Artykuł

Zbigniew Grochowski

Zbigniew Grochowski

Wprowadzenie do artykułu „Przed alkoholem”


    „Wyobraźnia znaczy więcej niż wiedza”
    (Albert Einstein, 1879 - 1955)

Dla ciekawych genezy artykułu „Przed alkoholem” chcę opowiedzieć jak doszedłem do swoich przekonań, które w nim zawarłem. Dochodzenie do nich trwało kilka, może kilkanaście lat. Opis tej drogi jest bardzo krótki, zachowuję tylko chronologię poszczególnych etapów. Pominąłem wszystkie niesprawdzone domniemania, aby nie komplikować zrozumienia całości. Nie wydaje mi się, aby więcej szczegółów było konieczne.

Z początku byłem gorącym zwolennikiem poglądów reprezentowanych przez współczesną naukę o uzależnieniach. Uznawałem wtedy za dogmat podział na alkoholików, innych uzależnionych i „civilians” - „cywili” (tak amerykańscy alkoholicy czasami nazywają żartobliwie osoby, które nie są uzależnione). Wierzyłem też, że zdrowy człowiek uzależni się od alkoholu, jeżeli będzie go dostatecznie długo nadużywał.

W połowie lat osiemdziesiątych, w czasie mojego długiego pobytu w USA na którymś z kolei mityngu AA zasłyszałem historię kobiety, która została na ten mityng zaproszona w zastępstwie nieobecnego spikera. Nie byłoby w tym niczego szczególnego, lecz po pół godzinie jej wystąpienia okazało się, że nie jest ona alkoholiczką, lecz należy do Overeaters Anonymous (Anonimowych Obżartuchów). Mimo to, historia tej pani zabrzmiała niemal identycznie jak wszystkie dotychczas słyszane wypowiedzi alkoholików. Opowiadała ona o swoich emocjach, przeżyciach, problemach i sposobach radzenia sobie z nimi, a nie o objadaniu się. Na marginesie chcę dodać, że na mityngach AA, przynajmniej w okolicach gdzie mieszkałem, opowiadanie „piciorysów” jest zawsze przyjmowane z dużą rezerwą. Programowo AA nie zajmuje się bowiem samym piciem, lecz trzeźwieniem.

Pewnie bym nie przywiązywał do tego większej wagi, gdyby nie inne zdarzenie. Otóż jeden z moich znajomych powiedział mi, że w naszej okolicy istnieje grupa oparta o „Program XII Kroków”, składająca się z ludzi o różnych uzależnieniach i funkcjonuje bardzo dobrze. Z ciekawości poszedłem tam parę razy, żeby sprawdzić, co to takiego. Okazało się, że ludzie uczestniczący w mityngu tejże grupy rozumieją się doskonale, mówią o identycznych emocjach oraz problemach i nic właściwie ich nie dzieli. Dziś podobnych grup jest na pewno więcej.

Życie - najbardziej obiektywny i bezwzględny sędzia - samo odrzuciło podziały idące po liniach „przedmiotów uzależnienia” (alkohol, narkotyki, seks, hazard, praca, pieniądze, władza, aby wymienić kilka). Sam zresztą nigdy nie spotkałem „czystego alkoholika”. Każdy na dodatek do uzależnienia od alkoholu i narkotyków miał kilka różnych, mniej widocznych, z reguły nawet nie uświadamianych uzależnień, często „niechemicznych”. Miałem wtedy zawsze duże problemy gdzie „takiego” zakwalifikować.

To doprowadziło mnie do przypuszczenia, że w chorobie nazywanej przeze mnie ciągle jeszcze uzależnieniem istnieje jeden wspólny dla wszystkich „rdzeń”. Zacząłem poszukiwać czegoś, co nazwałem roboczo „rdzeniem wszystkich uzależnień”. Już wtedy słyszałem i zapamiętałem cytowane w moim artykule wypowiedzi alkoholików o „czasach przed alkoholem”. Wiedziałem, że wszyscy chorzy (pomijając „piciorysy”) mówili o trudnościach z adaptacją do istniejących warunków zewnętrznych, które stanowiły dla nich przeszkody niekiedy niemal nie do przebycia, zawsze będące powodem dużego stresu. Ludzie zdrowi nie mieli z takimi samymi przeszkodami żadnych kłopotów. Trudności w radzeniu sobie z tymi przeszkodami leżą więc w samych chorych. Wtedy doszedłem do wniosku, że ten „rdzeń” jest niezależny od „przedmiotów uzależnienia” i w stosunku do nich pierwotny.

Zauważyłem też, że często lecz nie zawsze reakcje chorych na spotykane w życiu problemy (przeszkody) bywały nadmiarowe w stosunku do samych przeszkód, nieraz zupełnie błahych. Czasem jednak reakcje te były mniejsze niż można było się tego spodziewać. Nie zważając na pozorną przypadkowość siły odpowiedzi chorego na powstały stres myślałem, że to sposób radzenia sobie ze stresem jest u chorych upośledzony. Zacząłem się jednak zastanawiać, dlaczego odpowiedzi na stres są niemożliwe do przewidzenia. Wtedy jeszcze nie umiałem wyjaśnić tego problemu.

Tak było do czasu, kiedy natknąłem się na zapisane relacje osób uzależnionych od alkoholu sprzed okresu aktywnego „picia” i doceniłem ich wagę oraz wymowę. Stało się to stosunkowo niedawno. Uzupełniłem je słyszanymi często na mityngach AA wypowiedziami dotyczącymi tego samego okresu. Poddałem cały ten materiał szczegółowej analizie. We wszystkich cytowanych w tym artykule wypowiedziach wyraźnie zaznaczone są zaburzenia postrzegania oraz oceny siebie i otoczenia. Stało się dla mnie jasne, że są tam też ślady istnienia wewnętrznego konfliktu i wynikłego z niego stresu. Sięgały one do czasów sprzed używania alkoholu (do czasów tak odległych, jak sięga pamięć) i trwały przez całe życie, niezależnie od okresów „picia” czy abstynencji.

Tak więc za całość reakcji chorego na otoczenie jest odpowiedzialny stres powstający u niego z powodu wewnętrznego konfliktu, spowodowanego konfrontacją obiektywnie istniejącej rzeczywistości z zaburzonym obrazem (oceną) tej rzeczywistości oraz obrazem siebie (własnych możliwości). W zasadzie nie umiemy ocenić ani zmierzyć stresu pochodzącego z tego konfliktu. Czasem stres ten (nazwałem go stresem wewnętrznym) jest bardzo silny. Wtedy odpowiedź chorych na stres pochodzący z zewnątrz będzie znaczna, nieporównywalnie większa niż u zdrowych. Innym razem stres wewnętrzny nie jest zbyt ciężki i wtedy odpowiedź na stres zewnętrzny jest mniejsza niż spodziewana. Stąd pozorna przypadkowość i nieprzewidywalność odpowiedzi chorego na stres. Dlatego czasem niewielki z pozoru stres pochodzący z zewnątrz nakłada się na już istniejący, silny stres wewnętrzny i w efekcie daje stan odczuwany subiektywnie jako katastrofa. Kończy się to pragnieniem używania „pomocy” z zewnątrz (alkohol czy inne „sposoby”).

Dostrzegłem wtedy, że myślenie w kategoriach uzależnienia ma swoje negatywne strony. Teoria uzależnienia, czy uzależniania się wprowadza sztuczne podziały na różne i odrębne uzależnienia, zapominając niejako, że pojedyncze, izolowane uzależnienia po prostu nie istnieją. Nie tłumaczy kontynuacji podstawowych dla chorego dolegliwości poza okres używania substancji uzależniającej, ani tak często obserwowanych zamian jednego uzależnienia na inne (często kilka innych) w trakcie procesu zdrowienia. Przede wszystkim wywodzi powstanie choroby od początku używania substancji chemicznej przez osobę uprzednio zdrową - sprowadza więc chorego do roli podrzędnej, pozostawiając nadrzędną rolę substancji chemicznej.

Postawienie chorego na pierwszym miejscu, które jest podstawą wszystkich prezentowanych tu rozważań zawdzięczam mojemu wykładowcy psychiatrii z krakowskiej A.M., śp. profesorowi Antoniemu Kępińskiemu, wielkiemu lekarzowi a przede wszystkim człowiekowi. On tego właśnie mnie nauczył i tą postawę uważam za najistotniejszą w całej mojej działalności zawodowej.

Przyznaję, że dość długo byłem zwolennikiem teorii uzależniania się. Pewnie bym nim był do dzisiaj, gdyby nie dociekliwość, wewnętrzna potrzeba szukania wyjaśnień tam, gdzie ich brakowało. Wyjście z „zaklętego kręgu uzależnień” wymagało dużej wyobraźni i przemyśleń, jednak w końcu się opłaciło. Te same zjawiska mogłem zobaczyć inaczej, w zgodzie z obiektywnie istniejącą rzeczywistością, bez potrzeby zmieniania jej lub dopasowywania do moich przekonań. Jedno, co musiałem zmienić, to moje przekonania. Nie tracąc niczego zyskałem wiele.

Już od dawna wydawało mi się naiwnym twierdzenie, że zdrowa osoba może bez powodu pić alkohol w taki sposób i w takich ilościach, aby w końcu się uzależnić. Zwłaszcza, że znałem wielu alkoholików, którzy wręcz nie znosili smaku stężonego alkoholu (wódki), mimo to pili go w nadmiarze, nieraz połykając po kilka razy cofający się pierwszy łyk. Pewnie dlatego wielu alkoholików pije wyłącznie piwo. Byłem głęboko przekonany, że musi być ku temu jakiś ważny powód. Dziś wiem, że moje przypuszczenia były słuszne. Cała reszta treści zawartych w artykule „Przed alkoholem” to tylko uzupełnienie moich obserwacji i przemyśleń oraz nazwanie ich po imieniu.

Ze względu na brak miejsca umieściłem w artykule tylko nieliczne wypowiedzi zaznaczając, że są one znamienne. Znacznie więcej jest ich na przykład w wydawanym przez Alcoholics Anonymous World Services, Inc. , miesięczniku „Grapevine”, gdzie można „kopać” bez końca. Także na dobrych mityngach AA, gdzie nie wysłuchuje się „piciorysów” lecz opowiadania uczestników o ich problemach, emocjach i sposobach w jakie sobie z nimi radzili, znajdzie się wiele wypowiedzi dotyczących czasów „przed alkoholem”. Trzeba tylko chcieć je usłyszeć i umieć je interpretować.

W czasie czytania tego artykułu trzeba zacząć rozumować od początku w innych kategoriach, które zamykają się w stwierdzeniu: ze wszystkich osób, które mają kontakt z alkoholem, niektóre nadużywają go w ściśle określonym celu, czerpiąc z tego ściśle określone korzyści i ponosząc konsekwencje tego aż do samounicestwienia włącznie. Korzyści te jednak pozwalają na doraźne przeżycie i dlatego są chronione przez psychologiczne mechanizmy obronne. Próba takiego podejścia do artykułu jest z całą pewnością dużym wyzwaniem, szczególnie dla osób, które myślą w koncepcjach uzależniania się. Staranie się zrozumienia treści mojego artykułu w tych koncepcjach nie jest możliwe.






Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu