Artykuł

Monika Zubrzycka - Nowak

Monika Zubrzycka - Nowak

Źródła autodestrukcji wyniesione z rodziny pochodzenia


Często obserwujemy z boku osoby, które żyją w sposób niezrozumiały dla nas. Męczą się w swoich związkach, rodzinach czy miejscu pracy. Opowiadają o swoim nieszczęściu ale nie robią nic by to zmienić lub dokonują zmiany, która prowadzi do podobnych uwikłań. Czemu tak się dzieje? Dlaczego ludzie dają się powodować emocjami i nie mogą ich kontrolować? Dlaczego niektórzy reagują agresją z byle powodu, inni „zapadają się” we własnych oczach z powodu najmniejszej krytyki, a jeszcze inni drżą ze strachu, chociaż powodzi im się zupełnie nieźle? Są i tacy, którzy całe życie są smutni czy melancholijni, chociaż wydaje się, że nie ma realnej przyczyny dla takiego stanu psychicznego. Wiele zachowań wynika z tego, czym skorupka nasiąkła za młodu. Postaram się powiązać zachowania w rodzinie pochodzenia z efektami, jakie może to wywołać w późniejszym życiu człowieka.

Najczęściej omawianą przyczyną nieszczęść jest rodzina patologiczna, w której dzieci zostają porzucone, są nadużywane fizycznie czy emocjonalnie, nie doświadczają podstawowej opieki gwarantującej bezpieczne życie (głód, chłód, brak podręczników szkolnych...). To są „wykroczenia”, które wszyscy dostrzegamy. Jest jednak jeszcze bardzo wiele zachowań, które traktujemy jako naturalne i normalne, które również odciskają swoje piętno destrukcji na dzieciach.

Do podstawowych można zaliczyć pomylenie ról w rodzinie, czyli nakładanie na dzieci odpowiedzialności, która nie pasuje do ich wieku i możliwości. Rodzic, który obarcza dziecko odpowiedzialnością za swój stan emocjonalny (dla ciebie pozostaję w tym związku, przez ciebie nie mogłem/am pójść wymarzoną drogą, czuję się źle i ty masz zadbać o to, żebym poczuł się lepiej...) stawia dziecko wobec zadań, którym ono nie jest w stanie podołać. W efekcie czuje się niezdolne zaradzić jakimkolwiek trudnym emocjonalnie sytuacjom. Pragnie bliskości, bo każdy w sercu chce być kochanym, a równocześnie ucieka przed nadmierną bliskością, bo to kojarzy się z dziecięcą frustracją - niemożnością podołania zadaniu.

Wiele dzieci wychowywanych przez samotnego rodzica podlega takiemu obciążeniu. Jednakże i dzieci z pełnych rodzin doświadczają takiego traktowania, w szczególności, gdy rodzice nie czują się szczęśliwi w swoim związku partnerskim. Wtedy często matka czyni ze swojego syna powiernika i zastępcę męża i lokuje w nim uczucia przynależne relacji partnerskiej. Podobnie mężczyzna sfrustrowany swoim związkiem czyni z córeczki księżniczkę i obdarza ją uwagą, opieką, wyróżnieniami należnymi żonie, a nie dziecku.

Takie dziecko czuje się związane z rodzicem więzami, które utrudniają potem nawiązanie głębokich i pełnych zaangażowania partnerskich kontaktów. Do pewnego stopnia dziecko, będące w takiej relacji z rodzicem, wchodząc w nowy związek czuje, że „zdradza” rodzica. Z kolei rodzice w takiej sytuacji czują się zagrożeni utratą bliskich kontaktów (czasem jedynych) i często nawet nieświadomie manipulują dziećmi poprzez obarczanie ich poczuciem winy, koniecznością wspierania w najdrobniejszych zadaniach, zapadając na zdrowiu...

Otwarte czy też zakamuflowane nieakceptowanie współmałżonka jest kolejną rafą, o którą rozbijają się powstające osobowości dzieci. Dziecko musi zaakceptować oboje rodziców by, używając biologicznych terminów, zgodzić się na zestaw swoich genów. Jeśli jedno z rodziców pokazuje się dziecku jako ten dobry rodzic, a drugiego dyskredytuje, ośmiesza, oskarża, odbiera mu wartość, to sprawia, że dziecko nie może pogodzić w sobie cech „męskich” i „kobiecych”, których w pierwszej kolejności uczy się od rodziców. Najgorszym układem jest odrzucenie ojca przez syna i odrzucenie matki przez córkę. Wtedy mamy do czynienia z zanegowaniem wartości swojej płci. A to rodzi różnorakie komplikacje, od kłopotów z samoakceptacją do niespełnienia w sferze seksualnej a co za tym idzie do prawdopodobnych wielkich problemów w związkach po homoseksualizm włącznie.

Innym typowym normalnym zachowaniem jest narzucanie dziecku swojej wizji drogi życiowej. Rodzice w najlepszej wierze pchają dziecko ku szczęściu ścieżką, która jest bliska ich sercu, lub którą uważają za niosącą szanse na godne i dostatnie życie. Nie biorą przy tym pod uwagę tego, że każdy jest unikalną jednostką i talenty i predyspozycje dziecka nie pasują do wybranej przez rodziców drogi. Jest to oczywiście temat rzeka i pole do długich polemik, jak wyważyć starania, by uspołecznić dziecko, a równocześnie dać mu szansę rozwijać się indywidualnie i wybrać drogę często niełatwą, ale za to dającą wewnętrzną satysfakcję. Niemniej dziecko wyraźnie popychane w kierunku „zadanym” przez rodziców z założeniem, że kształtują oni w pełni osobowość dziecka, nie znajdzie najprawdopodobniej satysfakcji w tym, co robi, nawet odnosząc sukcesy. Jeśli motywacja nie wypływa z wnętrza człowieka, szybko się kończy i frustracja, tak zwane lenistwo czy ucieczka w używki jest wielce prawdopodobna.

Kolejnym destrukcyjnym a absolutnie powszechnym i uznanym zachowaniem jest „inspirowanie” dzieci poprzez krytykę. Nikt nie lubi krytyki, więc skąd ten pomysł, że biczując dziecko narzekaniem, wymyślaniem, ośmieszaniem, krytykowaniem pomożemy mu rozwinąć skrzydła i wykorzystać swoje talenty? Niestety, żyjemy w czasach, w których krytycyzm naukowy jest metodą dowodzenia prawdy. Jeśli coś nie zgadza się chociażby w najmniejszym aspekcie z przewidywaniami teorii, to nie jest ona prawdziwa. I ten sposób myślenia przenieśliśmy na zachowania społeczne. Wszystko odnosi się do ideału. Jak długo nie osiągniemy upragnionego celu, jesteśmy „na minusie”. Ale takie postrzeganie życia nie przynosi spokoju i radości.

A co się naprawdę dzieje z dzieckiem, które z różnych stron bombardowane jest krytyką? Czuje się mało wartościowe, nie ceni w sobie tego, co je wyróżnia, usiłuje zasłużyć na dobrą ocenę otoczenia, ale ma małe szanse, bo zawsze znajdzie się coś, co można skrytykować. Wieczne szukanie potwierdzenia swojej wartości na zewnątrz staje się życiowym zadaniem i - przekleństwem. Dopóki udziałem takiej osoby są liczne sukcesy, zadowolenie współpracowników, dobre stosunki z przyjaciółmi, życie jest znośne, ale gdy pojawiają się trudności w relacjach, zwolnienie z pracy, choroba w domu.... świat wali się, bo człowiek nie wierzy, że podoła wyzwaniom.

Osoby o niskim poczuciu własnej wartości łatwo dają się „wmanewrowywać” w nadmierne obciążenia. Całe życie pragną zasłużyć na uznanie; poświęcają się rodzinie, oddają się pracy bez reszty, wyciągają pomocną rękę zapominając o sobie, o swoich potrzebach, o swoich prawach. Kończy się to frustracją, wypaleniem, poczuciem, że ludzie są niewdzięczni, świat niesprawiedliwy...

Takie osoby często wchodzą w relacje uzależniające. Bliski, czy ważny człowiek (zazwyczaj zajmujący w sercu to samo miejsce, co rodzic, którego akceptacji się pragnie) jest źródłem pożądanej pozytywnej oceny – nadania jej życiu wartości. I nawet w warunkach, które patrzącemu z zewnątrz wydają się nie do przyjęcia, osoba uzależniona będzie trwać, bo ciągle czeka na uznanie, ciągle wierzy, że sytuacja się zmieni i w końcu „zasłuży” na miłość.

Trzeba także przyjrzeć się kolejnej formie zachowań destrukcyjnych, które rzadko są omawiane jako szkodliwe. Mam na myśli wypieranie zdarzeń i emocji ze świadomości. „Udawanie”, że nic się nie dzieje, że poradziliśmy sobie z emocjami. Do tej klasy zachowań można zaliczyć także ukrywanie prawdy, robienie z jakiegoś wydarzenia czy sytuacji tematu tabu. Dorosłym wydaje się, że jeżeli przy dziecku nie wyrażają emocji (np. nie kłócą się otwarcie) lub nie mówią o trudnych sprawach, to chronią dziecko przed ich wpływem na jego psychikę. Nic bardziej mylącego. Dziecko wyczuwa znacznie więcej niż nam się wydaje. Z fachowych badań wynika, że przy porozumiewaniu się z drugim człowiekiem tylko kilka procent uwagi skupia się na treści przekazu, około trzydziestu procent poświęcone jest głosowi (sposobowi w jaki wysyłamy „komunikat”) a reszta (sic!) czyli ponad połowa uwagi skupiona jest na niewerbalnych sygnałach, czyli na „mowie ciała”. Chcąc nie chcąc cały czas przekazujemy informację. A małe dziecko, które jeszcze nie używa mowy, jest szczególnie wyczulone na przekaz pozawerbalny.

Dzieci wyczuwają nasze nastroje, odbierają nasze nastawienie do innych ludzi, obserwują bacznie nasze zachowania. I uczą się tego przez odwzorowanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie dostają informacji, co z tym należy zrobić. Weźmy dla przykładu ojca czy matkę, którzy wcześnie stracili swojego rodzica. Taka osoba tęskni za miłością, która się nagle urwała, może nawet chcieć umrzeć, by nadal być blisko kochającej osoby. Może nosić w sobie żal do zmarłego, że odszedł. Może czuć się winna, że to z jej powodu ukochany rodzic zmarł. Może odczuwać złość, że miłość została „odebrana”. Z drugiej strony zmarły rodzic jest zazwyczaj gloryfikowany w pamięci. I... świadomie wyraża się miłość do zmarłego, ale na nieświadomym poziomie „siedzą” inne uczucia. I dziecko to wychwyci. Tyle tylko, że nie nauczy się radzić sobie z tymi „energiami”, bo nie wie skąd pochodzą, jak je uwolnić, dlaczego miłość łączy się z żalem, złością czy poczuciem winy. I potem takie uczucia stają się stałym składnikiem życia dziecka, które nie umie ich zrozumieć, uwalniać i wykorzystywać, co zaburza kontakty w pracy, w partnerstwie, z własnymi dziećmi.

Wykluczenie członka rodziny rodzi podobne konsekwencje. „Zakazane” jest myślenie, mówienie i wyrażanie uczuć dotyczących osoby, której sposób życia czy rodzaj śmierci był nie do zaakceptowania dla żyjących. Dziecko może „wskoczyć” na miejsce takiej osoby i automatycznie zostać emocjonalnie odrzucone tak jak osoba wykluczona. Staje się wtedy z niezrozumiałych powodów trudnym dzieckiem, nie czuje się kochane. Idzie w życie z żalem do domu rodzinnego i przenosi ten żal na innych ludzi, którzy przypominają w jakiś sposób odrzucającego rodzica.

Gdy rodzice reprezentują zupełnie odmienne światy i nie szanują świata partnera, rodzi się niebezpieczeństwo powstania w dziecku konfliktu wewnętrznego. Nie ma sposobu, by zadowolić obydwoje rodziców. Dziecko „dzieli się” na dwie części. Albo jest w zgodzie z zestawem wartości reprezentowanych przez ojca, albo przez matkę. Dziecko nie umie przekroczyć samodzielnie tej bariery. Potem w życiu ciągle szuka swojej drogi i zachowuje się troszkę jak osoba z zaburzonym poczuciem równowagi. Chodzi od jednej skrajności do drugiej. Np. kobieta raz chce być żoną i matką, a po paru tygodniach czy miesiącach szaleje, że już tego dłużej nie wytrzyma, bo jest urodzona do robienia kariery. Każdy kolejny projekt (a jest twórcza w ciągłym poszukiwaniu zmiany status quo) budzi wielkie emocje i nadzieje, ale nie udaje się go zrealizować do końca, bo „druga strona” osobowości sprzeciwia się takim wyborom i „ciągnie „ w swoją stronę.

Co robić, by wypuścić dziecko w świat ze względnie czystą kartą potencjalnych zachowań destrukcyjnych?


To proste. Zgodzić się na to, że uczymy się całe życie i że dziecko wyjdzie z domu ze swoim bagażem. Wszak dzieci chowane, wydawałoby się w identyczny sposób, różnie odbierają dom rodzinny i wyciągają odmienne wnioski z tych samych doświadczeń. Po drugie pamiętać, że tylko otwartość, szczerość i spójność tego, co mówimy z tym, co robimy, daje podwaliny pod prawdziwe porozumienie, a więc i do naprawiania tego, co „psujemy”. Jedno jest żelazną zasadą – dziecko ma pozostać w roli dziecka względem rodziców i pozostałych dorosłych. Rodzice dają, dzieci biorą. Taki jest porządek rzeczy w naturze. I dzieci niosą dar życia dalej. I one odpowiadają za swoje spełnienie na wybranej drodze zawodowej, w nowej rodzinie czy też decydując się na inne rozwiązanie.

Dzieci nie są własnością rodziców. Powołanie nowego życia nakłada na rodziców zadanie wspierania dziecka w rozwoju, by mogło pójść w życie samodzielnie z wiarą, że sobie poradzi.









Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu