Artykuł

wywiad z dr Janem Blecharzem, psychologiem sportu, byłym członkiem ekipy Adama Małysza

Trenuj psychikę jak ciało


Dr Jan Blecharz z krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego, psycholog sportu, od trzech lat pracujący z Adamem Małyszem, od czterech - z parą łyżwiarzy - Dorotą Zagórską i Mariuszem Siudkiem, opiekujący się też strzelcami (m.in. Renatą Mauer), wcześniej kadrą koszykarek czy gimnastyczką Teresą Folgą.

Małgorzata Mrowiec: Czy uprawia Pan sport? To przydaje się w pracy psychologa sportu?

Dr Jan Blecharz: Psycholog sportu powinien znać sport, nie tylko jako kibic: powinien rozumieć istotę sportu, podstawy treningu sportowego, gdyż to pozwala zrozumieć problemy, które występują w trakcie treningu, zawodów. Sam trochę biegam. Uczestniczę też w niektórych treningach sportowców, z którymi współpracuję; nawet z kierowcą rajdowym Leszkiem Kuzajem wsiadłem do jego samochodu - modliłem się przed każdym zakrętem, żeby to nie był mój ostatni zakręt w życiu, ale też ten przejazd pozwolił mi poznać problemy zawodnika. Od dziecka pasjonowałem się sportem, kibicowałem, pod koniec szkoły podstawowej uprawiałem kolarstwo, a w szkole średniej i na studiach - lekkoatletykę. Nie miałem większych osiągnięć, ale z tego, że trenowałem, spotykałem się z zawodnikami, którzy uprawiali sport na poziomie reprezentacji Polski, że miałem wśród nich kolegów - zrodziło się moje zainteresowanie. Będąc na IV roku psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim postanowiłem napisać pracę magisterską z psychologii sportu. Zdziwiłem tym nauczycieli akademickich, miałem problemy ze znalezieniem promotora...

Dlaczego? Nikt się tym nie zajmował?

W tych czasach - a kończyłem studia w 1978 r. - psychologia sportu była jeszcze w powijakach. Wcześniej, w latach 60., panowała fascynacja techniką. Uważano, że ten, kto lepiej opanuje technikę w danej dziedzinie sportu, będzie miał przewagę nad rywalami. Ten okres zaowocował wieloma nowinkami w sporcie, choćby dwuręczny bekhend w tenisie. Ale okazało się, że bardzo dobre przygotowanie techniczne nie zawsze gwarantuje zwycięstwo. Więc lata 70. - fascynacja fizjologią, wydolnością organizmu. Ten okres przyniósł m.in. wprowadzanie treningu wysokogórskiego. Ale znów okazywało się, że nie zawsze świetnie przygotowani technicznie i wydolnościowo - wygrywają. Dlatego w latach 80. zwrócono się ku psychologii.

Jakie jest zadanie psychologa w sporcie?

Pracuje nad tym, by zawodnik osiągnął swoją pełną dyspozycyjność psychiczną na konkretny termin, moment - na start olimpijski, na zawody. Poziom w sporcie wyczynowym jest dziś szalenie wyrównany i często to czynnik psychiczny decyduje o zdobyciu medalu. W chwili startu zawodnik musi więc być w pełnej dyspozycyjności, zaprezentować najlepsze z możliwych wykonań (pick performance). Potrzebny jest do tego trening umiejętności psychologicznych, które nasz zawodnik będzie mógł wykorzystać do lepszej koncentracji, do osiągnięcia stanu psychofizycznego, który nazywamy stanem flow (przepływ). To stan optymalnej gotowości umysłu, systemu nerwowego do wykonania danej czynności. Uwaga jest skoncentrowana tylko na tych informacjach, które są istotne do wykonania czynności, istnieje idealny przepływ informacji pomiędzy umysłem a ciałem. Rzeczy dzieją się jakby same, automatycznie - obserwatorom wydaje się, że zawodnik wykonuje działania sportowe bez większego wysiłku, z lekkością.

Jak sportowiec dochodzi do tego?

Psychikę można trenować, jak ciało. I tą drogą zawodnik musi posiąść umiejętność kontroli własnych stanów emocjonalnych, opanowania się, musi zdobyć zdolność koncentracji i musi mieć rozbudowaną pewność siebie, zaufanie do siebie i własnych możliwości.

Jak tu kontrolować emocje, gdy staje się na szczycie skoczni narciarskiej i odczuwa zwykły ludzki lęk przed upadkiem, urazem, śmiercią?

Wielokrotnie byłem na szczycie rozbiegu, także na skoczniach mamucich - to robi duże wrażenie (nie, nie skoczyłem - próbowałem tego tylko w dzieciństwie, na skoczniach terenowych, gdzie mój rekord wynosił kilka metrów). Stresujące jest też to, że w skokach narciarskich, w odróżnieniu od innych dyscyplin, czynności rozpoczętej nie można przerwać, nie można zawrócić: gdy skoczek odepchnie się od belki - musi jechać, wykonać skok. Po wyjściu z progu rzuca się głową do przodu w przestrzeń, przy równoczesnym odwodzeniu rąk do tyłu, nie widząc miejsca, gdzie wyląduje - a więc wbrew instynktowi samozachowawczemu. Zawody odbywają się na obiektach o różnych parametrach, przy zmieniających się warunkach atmosferycznych. Dlatego skoczek startując musi się przełączyć tylko na to, co ma zrobić. Powinien być wyzwolony: swobodny w swoim ciele, sylwetce i mieć swobodną psychikę.

Jakie techniki panowania nad psychiką zaleca Pan sportowcom?

Trening zaczynamy od pracy z ciałem, umiejętności wczuwania się w to, co dzieje się w naszym organizmie oraz angażowania w dany ruch tylko tych mięśni, które są niezbędne. Na początku uczę zasad relaksacji, rozluźniania się. Np. relaksacji mięśniowej, progresywnej, polegającej na naprzemiennym napinaniu i rozluźnianiu danych mięśni, wczuwaniu się w płynące z nich odczucia i osiąganiu w ten sposób stanu relaksu (gdy sztywnieje kark i barki, unieść barki do góry, przytrzymać, następnie rozluźnić - po kilkakrotnym powtórzeniu ćwiczenia mięśnie się rozluźniają; to samo z mięśniami pleców, klatki piersiowej, nóg) lub relaksacji przez oddychanie torem brzusznym, przeponowym (głęboki wdech nosem, parcie na przeponę, przytrzymać ok. 2 sekund i wypuścić powietrze ustami; oddechów wykonujemy 4-5, nie więcej, by nie wywołać reakcji hiperwentylacji, oddychania na zapas, co może skutkować np. zawrotami głowy). Sam ruch jest dobrą formą niwelowania dużego pobudzenia, z tym, że musi to być wysiłek umiarkowany (szybki marsz, wolny bieg), pozbawiony cech rywalizacji i atakowania naszego ego. Obok tych technik dla wewnętrznego spokoju zawodnika jest ważne, by w domu sprawy się układały, by miał wsparcie. Nieraz moja praca jest nakierowana na trenera, bo i on musi posiadać umiejętność własnej kontroli emocjonalnej; jeśli panikuje, drży z emocji - nie będzie dobrze oddziaływał na zawodnika, na zespół.

Gdy zawodnik uspokoi już ciało, jak ma uspokoić myśli?

Prof. Henschen, szef psychologów amerykańskich, zwykł mówić: "odetnij sobie głowę". To znaczy: zrób wszystko, żeby twoja głowa nie przeszkadzała twojemu dobrze przygotowanemu, wytrenowanemu ciału. Myśli, często destrukcyjne: co będzie, jeśli mi się nie powiedzie, albo: jak jestem postrzegany przez otoczenie - rozpraszają uwagę.

Słynne na cały świat są relaksacyjne kasety Adama Małysza: na jednej stronie muzyka, na drugiej coś Pan mówi...

Jedne służą mobilizacji, inne relaksowi po zadaniu. Dobór muzyki często pozostawiam zawodnikowi, potem wspólnie przesłuchujemy, czy się nadaje. Ważne, by miała jednolity charakter, była bez dysonansów, bo to rozbija koncentrację - nie potrafimy być jednocześnie weseli i smutni. Dobiera się nawet muzykę do konkurencji. Mogą to być też odgłosy natury: puszczy, dżungli, morza. W okresie świątecznym wykorzystywaliśmy kolędy. Na drugiej stronie kaset są już elementy bardzo osobiste treningu mentalnego i każdy zawodnik ma tu swoje tajemnice. To wypowiadane kwestie, do których zawodnik się przyzwyczaja, chce je posiadać jako własność. Gdy kiedyś Adam zakończy karierę może je ujawni, a wtedy okaże się, że wielkość jest w prostocie. Nie mogę tu wszystkiego zdradzić, bo moje metody to wynik lat pracy.

Pana praca polega też na towarzyszeniu sportowcom, doradzaniu.

Wspólnie rozwiązujemy problemy - podczas rozmów nie tylko gabinetowych, na spacerach, na boisku, na skoczni. Zaprzyjaźniamy się. I zawsze im mówię: musisz mieć jakąś filozofię tego, co robisz. W sporcie jest ważne, by nadać sens zwycięstwu, ale też zrozumieć i nadać sens porażce. To niekiedy ważniejsze: wykorzystać moment porażki do rozwoju osobistego, do zbudowania motywacji do nowego działania. I wtedy też trzeba być z zawodnikiem: kiedy doznaje kontuzji, nie wie, czy z tego wyjdzie, przeżywa załamanie - rehabilitacja musi być fizyczna, ale i psychiczna.

Uczy Pan zdobywania pewności siebie. Jak sam Pan do niej doszedł?

W mojej rodzinie była atmosfera akceptacji i miłości dzieci - ale równocześnie atmosfera rozumnej swobody: trzeba było sobie radzić w sytuacjach życiowych, były stawiane wymagania - przez to musiałem dość wcześnie osiągnąć samodzielność. To, jaką pewność siebie mamy, zależy właśnie m.in. od wychowania. Lepiej jest wychowywać przez pozytywy, wskazywanie, co jest w nas dobrego. Potem pozostaje praca nad sobą. Ważne jest przeświadczenie, że od nas dużo zależy. I tego uczę podopiecznych: to ty decydujesz - nie sprzęt, warunki atmosferyczne; to ty musisz się do nich dostosować, zaradzić. Pewność siebie zdobywają przez solidny trening. Ale też cały zespół, który pracuje z zawodnikami, decyduje o tym, że są pewni tego, czego się nauczyli, są pewni metod.

Gdy jest Pan proszony o konsultację, pomoc - od czego zaczyna Pan swoją pracę?

Od obserwacji. Obserwuję, jak wygląda trening, jakie procesy psychiczne są zaangażowane. Rozmawiam z zawodnikiem, trenerem, żeby poznać historię kariery sportowca, poziom, jaki prezentuje, dowiedzieć się, jak znosi stres startowy. Potem badania diagnostyczne: aparaturowe, kwestionariuszowe. Na koniec wspólnie formułujemy problemy, które są do rozwiązania (np. problemy techniczne zawodnika, kłopoty z koncentracją uwagi, problemy w komunikacji na linii zawodnik-trener).

Gdy, jak w wypadku skoków narciarskich, pracuje cały zespół, pewnie powstaje kompleksowy plan pracy.

Psychologia z fizjologią są ściśle powiązane, wszystkie procesy psychiczne mają podłoże fizjologiczne, a to, że przeżywamy pewne stany emocjonalne ma przełożenie na naszą fizjologię. Niczego sam psycholog ani sam fizjolog nie załatwi. Wspólnie ustalamy kierunki działań, wprowadzamy innowacje, gdy zawodnik podnosi swój poziom. Czasem dyskusje mają charakter "burzy mózgów". Istotna dla wyniku pracy jest też dobra atmosfera w zespole i wzajemny szacunek.

Wpaja Pan zawodnikom, że nie nagrody są najważniejsze, ale jak najlepsze wykonanie zadania. Tyle razy słyszeliśmy tej zimy spokojne: "oddałem dobry skok".

Wychodzę z założenia, że to, co się robi, powinno się robić dobrze. Nie myśleć o nagrodzie, że musi być już. To jest cechą wielkich mistrzów, że dla nich nagroda może poczekać. Ona przyjdzie prędzej czy później, jeśli będziesz bardzo dobry, pojawi się niemal mimochodem.

Pracuje Pan z zawodnikiem tak, by dał z siebie wszystko, uzyskał rekordowe rezultaty. Po tym zostawia go Pan samemu sobie?

Moja praca to nie jest żadne psychoanalityczne grzebanie w głowach. Pomagam sportowcom zrozumieć samych siebie i by rozwijali się jako ludzie. Dążę do tego, żeby nie uzależnić zawodnika od siebie, ale by on stawał się coraz bardziej samodzielny. Żeby przekonał się, że to nie ja skutkuję, ale ćwiczenia, których go nauczyłem. Zawsze dbam, by przygotowywał się do zakończenia kariery i by wtedy nie odczuwał pustki, wiedział, co ze sobą zrobić. Nie może być odizolowany od normalnych sytuacji, problemów, bez przystosowania społecznego. Sport zaś jest kapitalną szkołą umiejętności, które stają się naszą własnością, i które możemy spożytkować nie tylko na jednych zawodach. Zdobyta umiejętność koncentracji czy pewność siebie mogą być przydatne w każdej działalności: studentowi, który idzie na egzamin, biznesmenowi, który ma zaprezentować swój program, wynalazcy, który coś projektuje, lekarzowi, pilotowi. Na Zachodzie wiele firm z chęcią zatrudnia byłych sportowców. Dlatego, że są przyzwyczajeni do systematyczności wymaganej w treningu, dyspozycyjności.

Przeżywa Pan sukcesy i dołki formy podopiecznego?

Muszę się przed tym bronić, tak jak zawodnicy muszę posiadać umiejętność zachowania równowagi. Jak każdy mam momenty zachowania bardziej emocjonalnego, ale nie wymyka mi się to spod kontroli.

Czy kiedyś przestaje Pan być potrzebny sportowcom?

Moim ideałem jest doprowadzić do tego, by stawali się coraz bardziej samodzielni i coraz mniej mnie potrzebowali. Największe zadowolenie odczuwam, gdy stajemy się partnerami i moja praca sprowadza się do doradztwa.

Dla każdego zawodnika ma Pan dobre metody - a przecież nie każdy zostaje mistrzem. Może tak naprawdę liczy się talent?

Nasz mistrz Adam Małysz był zawsze talentem: dwa lata, trzy lata temu... Ale dwa lata temu zdarzało mu się nie wchodzić do 50., rok temu dopiero druga połowa sezonu napawała optymizmem. Bo na to, by ktoś osiągnął mistrzostwo, musi być spełnione wiele czynników. Faktem jest, że w tym sezonie szczególnie skupiliśmy się na Adamie. Ale nie powiedziane, że ktoś z pozostałych skoczków, przy odpowiednim treningu fizycznym i psychicznym - w przyszłym sezonie nie błyśnie. Chodzi o to, by ujawniać talent, potencjał, który w nas drzemie. Często go mamy, ale nie wierzymy w siebie, nie podejmujemy działań - bo np. od dziecka nam mówiono: "znaj swoje miejsce w szeregu". Ale zdarzają się w końcu sytuacje w życiu, kiedy nagle okazuje się: "ojej, ja to mogę osiągnąć, to jest dla mnie".

Czy teraz właśnie w Panu nie ujawnił się taki potencjał? Jest Pan dziś najbardziej znanym psychologiem w Polsce.

Hmm... (uśmiech pod wąsem). Nie najbardziej znanym, może jednym z najbardziej w tym momencie popularnych. Cieszę się z sukcesów podopiecznych, ale staram się wyrabiać w sobie postawę służebności - jestem po to, by pomagać innym w wydobywaniu ich potencjału.

Popularność mistrza Małysza dosięgła i Pana.

Owszem, przychodzą ludzie, piszą do mnie listy, e-maile - z prośbą o poradę. Muszę też już skończyć z wywiadami, by zająć się pracą na uczelni.

Sukcesy przyszły u Pana trochę późno... Czy do siebie nie potrafił Pan zastosować swoich metod, które kreują mistrzów?

Rzeczywiście, po magisterium na UJ zrobiłem jeszcze doktorat z psychologii, ale można by się zastanowić, czemu jeszcze nie jestem profesorem i na AWF od 23 lat zajmuję to samo biurko. Przyczyna w części leży w tym, że zawsze ciągnęło mnie do praktyki, oprócz tego, że jestem psychologiem, jestem też trenerem odnowy biologicznej. Ale teraz osiągnięcia w praktyce zmobilizowały mnie i chciałbym swoje działania sfinalizować habilitacją. Mam już pomysł badawczy: chcę się zająć problematyką uwagi w różnych dyscyplinach sportu, możliwością jej kształtowania.

W jaki sposób organizuje Pan swój czas?

Maksymalnego wykorzystywania czasu nauczyłem się na studiach: starczało go na naukę, wyjazdy na zgrupowania sportowe, spotkania ze znajomymi, intensywne korzystanie z życia kulturalnego Krakowa i studencką pracę. Trzeba dzień zawsze zaplanować. Spisuję na karteczce, używam terminarza. Staram się przestrzegać zasady, że jeżeli ustaliłem, że coś robię, np. umówiłem się z kimś - to mam ten czas i poświęcam danej osobie, ona nie może mieć wrażenia, że gdzieś się spieszę. Po tym z kolei staram się zapomnieć, co było wcześniej - jestem cały oddany, skoncentrowany na nowej sytuacji. Tego się nauczyłem: nie zalegać emocjonalnie, nie pozostawać w sytuacji, która już minęła. A jeżeli mam jakieś zadanie do wykonania, to przygotowuję się poprzez narzucenie sobie rygoru ćwiczeń i stałe godziny snu, wysypianie się. Buduję kondycję fizyczną, a mój umysł funkcjonuje lepiej, gdy ciało jest sprawne.

Nawet metody relaksacyjne nie wykluczają zmęczenia...

Dobrze zorganizowana praca, dająca satysfakcję sprawia, że nie czuję się zmęczony za bardzo. Ale charakter mojej pracy wymaga, bym był nastawiony na odbiór, czuł daną osobę, był kreatywny. Do tego wyjazdy, konieczność adaptowania się do coraz innych warunków, stref czasowych i klimatycznych. Więc co jakiś czas potrzebuję zregenerowania sił. Lubię wypoczywać w domu: samo zajęcie się prostymi rzeczami domowymi jest dla mnie relaksujące. Lubię pracować w ogródku, iść w góry, pobiegać, pojeździć na rowerze, a gdy jest okazja - na koniu. Często lubię być sam - by móc się wsłuchać w głos natury, spokojnie podglądnąć, co się w niej dzieje. Wiem, że jest mi to potrzebne. Obserwujemy wypalenie zawodowe w różnych dziedzinach życia, zagubienie powstałe ze zbytniego zaangażowania się - a bierze się ono także z tego, że ludzie nie potrafią wypoczywać.

Dwóm trzecim skoczków narciarskich śni się lot. A co Panu się śni?

Miewam sny związane z danymi konkurencjami. Ale bardzo lubię sny, w których lewituję, unoszę się - po nich jestem w bardzo dobrym nastroju. Pamiętam też sen, w którym w górach szedłem pod duże wzniesienie, wyłożone płytami. Szedłem bardzo dynamicznie. I przebudziłem się optymistycznie nastawiony.



    Rozmawiała Małgorzata Mrowiec. Wywiad opublikowano w miesięczniku "Atest". Skopiowano na strony portalu "Psychologia.net.pl" za zgodą redakcji.






Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu