Artykuł

Beata Szurowska

Beata Szurowska

Jedna anoreksja? 1000 chudych twarzy


Anoreksja nervosa (jadłowstręt psychiczny) to poważne zaburzenia odżywiania o podłożu psychologicznym. Choroba ta dotyczy przede wszystkim młodych dziewcząt. Anorektyczka w drastyczny sposób ogranicza pożywienie, nienawidzi swego ciała i panicznie boi się przytyć. Mimo przerażającego wręcz wychudzenia wciąż się odchudza i nie aprobuje swej normalnej wagi. Prowadzi to oczywiście do poważnych zaburzeń funkcjonowania organizmu i czasami nieodwracalnych już zmian fizycznych i psychicznych.

Anoreksja może również okazać się chorobą śmiertelną. Śmierć następuje w znacznej liczbie przypadków (według różnych źródeł waha się ona między 5 a 10%). Spowodowana jest ogólnym wyniszczeniem całego organizmu.

Leczenie anoreksji jest bardzo trudne. Głównie ze względu na opór stawiany przez chorą oraz złożoność czynników powodujących rozwój tej anomalii. Wymaga ona szerokiego spojrzenia pod różnymi kątami (społecznym i kulturowym, biologicznym, rodzinnym, psychoanalitycznym, poznawczo-behawioralnym). Dlatego zrozumienie istoty zaburzeń odżywiania może nastąpić jedynie poprzez połączenie wysiłków lekarzy, psychologów, pedagogów i rodziców. Środowisko rodzinne jest, bowiem szczególnie ważne zarówno w profilaktyce jak i w czasie leczenia pacjentki. Analiza literatury oraz badań specjalistów zajmujących się anoreksją, a także moje własne obserwacje pozwalają stwierdzić pewne ogólne prawidłowości dotyczące stosunków rodzinnych (sztywność, nadopiekuńczość, usidlenie, unikanie i nie rozwiązywanie konfliktów, wciąganie dzieci w konflikt między rodzicami).

Jest to oczywiście tylko jeden z czynników sprzyjających powstawaniu zaburzeń jedzenia, ale moim zdaniem bardzo istotny. To matka i ojciec są pierwszymi, najważniejszymi nauczycielami życia. Dziecko otoczone troską, miłością, ciepłem i zrozumieniem dorasta w pewności, że zawsze może liczyć na pomoc bliskich. To oparcie daje siłę do działania i wiarę we własne możliwości. Chorzy na anoreksję nie potrafią brać odpowiedzialności za swoje życie (często bardziej boją się życia niż śmierci). Proces leczenia musi objąć całą rodzinę, ponieważ tylko zrozumienie, że każdy członek rodziny jest odrębną indywidualnością pozwala chorej zdobyć autonomię i samodzielnie zmierzyć się z życiem. Często to właśnie rodzice obawiają się psychoterapii, a przecież nie jest ona polowaniem na czarownice, szukaniem i karaniem winnego. Dotarcie do prawdy, pozwala zrozumieć skąd pochodzą pewne blokady i lęki, które w istotny sposób hamują rozwój młodej osoby. A niestety najczęściej pewne schematy i mechanizmy obronne utrwaliły się już we wczesnym dzieciństwie.

Rodzice oddają dziecko w ręce terapeutów z nadzieją, że oni nauczą je jeść. A chory przede wszystkim musi nauczyć się żyć. Anoreksja jest chorobą bardzo skomplikowaną i nie może być traktowana jednostronnie (czysto medycznie). Nawet najlepsi lekarze pozostają często bezradni wobec problemów psychologicznych i pedagogicznych, tak istotnych w leczeniu zaburzeń odżywiania. Wzrastający wciąż wskaźnik zachorowań na anoreksję w Polsce zmusza wręcz do poważnego i wszechstronnego zajęcia się tym zjawiskiem. Należy jednak pamiętać, że zaburzenia w łaknieniu rozwijają się wtedy, gdy jedzenie i waga ciała stają się obsesyjnym centrum niezaspokojonych potrzeb psychicznych.

Monika lat 23
    Jestem anorektyczką. Od pięciu lat próbuję walczyć ze swoją chorobą, ale dopiero podczas psychoterapii zrozumiałam istotę swoich problemów. Wcześniej skupiałam się tylko na objawach (głodówkach, wymiotach). A to przeciwnie - zamiast pomóc, nasilało je. Nienawidziłam siebie za to, że jestem tak słaba. I okrutne koło tortur zamykało się. Żyłam w ciągłym stresie, a napięcie emocjonalne rozładowywałam w jedyny znany sobie sposób (głodziłam się lub wymiotowałam). Dzisiaj wiem, że za wysoko postawiłam sobie poprzeczkę, ale gdzieś głęboko czułam, że muszę być najlepsza, bo tylko wtedy zasłużę sobie na miłość rodziców. Mamie nie wystarczały czwórki, często porównywała mnie do dzieci swoich koleżanek. Musiałam być od nich lepsza, musiałam być najlepsza - dla niej! Chciałam być idealną córką, a potem tak jakoś ten perfekcjonizm i dążenie do ideału pojawiły się w całym moim życiu. Miałam być idealną córką, kobietą, kochanką, przyjaciółką, uczennicą... Kiedy więc zaczęłam się odchudzać, to zrobiłam to najlepiej, jak umiałam (planowałam, że zrzucę 5 kg a schudłam 25 kg). Ważyłam 32 kg. I chciałam umrzeć, bo nie dawałam sobie sama już z tym wszystkim rady. Mama mówiła: „Córeczko, jesteś silna, musisz sobie poradzić”, a mnie od razu mdliło od tych słów. Kocham ją i chcę, żeby była ze mnie dumna, ale dzisiaj uczę się żyć dla samej siebie.


Mama Moniki
    Skrzywdziliśmy nasze dziecko. Nieświadomie, bo to przecież nasza jedyna córka i życie byśmy za nią oddali. Zawsze była grzeczna, posłuszna. Zaślepieni egoistyczną miłością nie zastanawialiśmy się nad tym, co ona czuje. A ona żyła dla nas. To, co cieszyło nas sprawiało radość i jej. Pogubiła się gdzieś wśród naszych chorych ambicji, wymagań i pragnień. Nie potrafiliśmy jej pomóc i patrzyliśmy ze zgrozą jak nasze jedyne dziecko umiera na naszych oczach. Potem przyszedł ten straszny moment, gdy podczas rozmowy z terapeutą córki dotarło do mnie, że w dużym stopniu jestem odpowiedzialna za chorobę Moniki. Traktowałam ją jak tresowaną małpkę, którą można się pochwalić. A ona do prawidłowego rozwoju emocjonalnego potrzebowała miłości. Teraz już wiem, że ani ja, ani mąż (wychowani w rozbitych rodzinach) nie potrafiliśmy stworzyć normalnego, ciepłego domu, ponieważ nie mieliśmy odpowiednich wzorców. Chcieliśmy mieć idealne dziecko i prawie zabiliśmy je naszą chorą miłością. Terapia Moniki objęła całą naszą rodzinę i nadal jest nam trudno. Wszyscy uczymy się kochać, wybaczać, żyć swoim życiem. Mąż do tej pory nie zaakceptował choroby córki. Wiem, że Monika cierpi z tego powodu i dlatego staram się ze wszystkich sił, aby wiedziała, że ma we mnie oparcie. Kocham swoją córkę. Chorą, zagubioną, wychudzoną i niezaradną i zrobię wszystko, aby jej pomóc. A mąż? Myślę, że potrzebuje po prostu czasu, aby się z tym wszystkim oswoić.


Kasia lat 29
    Nie wiem, czy mam anoreksję. Z pewnością byłam chora, gdy ważyłam 29 kilogramów, ale teraz wyglądam już normalnie, ważę 38 kilo i nie zamierzam więcej przytyć. Nie wchodzę w swoje ubrania i obco się czuję we własnym ciele. Najchętniej zrzuciłabym chociaż 3 kilo, ale boję się, że wtedy znów położą mnie na oddziale psychiatrycznym i będą tuczyć jak gęś. A tego nie zniosę. Wolę umrzeć! Wiem, że cały ten smutek siedzi gdzieś głęboko we mnie, jeszcze parę lat wcześniej próbowałam tam dotrzeć, zrozumieć. Nie udało się. Teraz już mi się nie chce, nie mam siły. Odkąd pamiętam zawsze walczyłam z mamą, ale nigdy nie udało mi się wygrać. Ona jest niezwykle silną kobietą. Mówiła mi, co mam jeść, jak się uczyć, z kim przyjaźnić. Wybrała studia, których nie znosiłam, kontrolowała każdy mój ruch. Moje zdanie zupełnie się nie liczyło, nie miałam prawa do prywatności i swoich małych sekretów. Nawet w szafach mi układała ubrania i książki, bo twierdziła, że zrobi to lepiej ode mnie. I wreszcie znalazłam coś, w czym byłam lepsza od niej - odchudzanie. Diety, głodówki i ćwiczenia były tylko moje. Robiłam to tylko dla siebie i każdy stracony kilogram napełniał mnie radością. Nawet surowa mama nic nie mogła zmienić. Na tym polu ja wygrywałam każdy bój. Było mi jej szkoda, gdy prosiła i płakała, ale jednocześnie czułam się nareszcie dowartościowana, silna i zdecydowana. Nie umiałam, a może nie chciałam z tego zrezygnować. Moja sylwetka to mój wybór, a nie choroba. Chciałabym pójść do pracy, ale nie skończyłam studiów, nic nie potrafię i mama mówi, że teraz jest duże bezrobocie, pracodawcy mają wysokie wymagania i nie mam szans na pracę. Czasem chciałabym mieć swoją rodzinę, dzieci, ale to chyba niemożliwe, bo nawet nie mam okresu.


Mama Kasi
    Nie uważam się za zła matkę. Terapeuci mówią, ze zbyt ingeruję w życie córki, nie pozwalam się jej usamodzielnić, ale oni nie wiedzą co to znaczy być matką anorektyczki. To kara boska. Nie wiem, jak można tak zgłupieć na punkcie odchudzania. Kocham Kasię i zawsze starałam się dać jej wszystko, co najlepsze. Jeżeli ktoś jest winny, to nie ja, ale ojciec Kasi. Mąż odszedł od nas, gdy córka miała 3 latka. Założył nową rodzinę. Ja musiałam zastąpić jej ojca. Zrezygnowałam z własnego życia - dla niej. Może, gdyby Kasia była inna - zdecydowana, zaradna, odważna - nie musiałabym się nią tak zajmować. Ale ona nigdy nie umiała postawić na swoim, dokonywać słusznych wyborów. Tylko w sprawie odchudzania jest nieugięta. Moje życie od 10 lat to ciągła walka z choroba córki, szpitale, terapie... Czasami jestem zmęczona, nie mogę patrzeć, jak dzieli jedną rzodkiewkę (pól na śniadanie, pół na kolację). Nienawidzę zakupów w supermarketach, gdzie Kasia dokładnie sprawdza ilość kalorii w każdym produkcie. Ale nic nie mogę zrobić. Jej cały świat kręci się wokół jedzenia. Do szału doprowadzają mnie słowa lekarzy: „Musi pani jej pomóc, zmienić swoje zachowanie.” To ja mam się zmienić? Przecież to moja córka jest chora!


Małgosia lat 20
    Czułam się winna za to, że zaczęłam się odchudzać, niszczyć swoje życie i zdrowie. To poczucie winy tylko nasilało objawy choroby. Im bardziej chciałam z tego wyjść, tym głębiej wpadałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Dzięki psychoterapii dotarłam do prawdy, przestałam się szarpać i trafiłam na właściwą drogę - tę prowadzącą do normalnego życia. Jestem jedynaczką. Bardzo związana z domem rodzinnym mocno przeżywałam każdy kryzys małżeński rodziców. A między nimi było coraz gorzej. W końcu przestali się do siebie odzywać. Tylko ja ich łączyłam. Ale ja dorastałam, dobrze się uczyłam i nie sprawiałam kłopotów. Kiedyś mama powiedziała, że jak pójdę na studia to będą mogli się rozwieść. A potem stało się coś, nad czym nie panowałam. Anoreksja. I znów rodzice mieli wspólne sprawy - lekarze, szpitale, terapia, długie godziny nad talerzem zupy... Nareszcie znowu razem! Czułam się jak księżniczka. Mogłam manipulować rodzicami, kierować ich życiem, ponieważ przerażeni wizją mojej śmierci posłusznie spełniali wszystkie moje prośby. Miałam 19 lat, a zachowywałam się jak małe, rozkapryszone dziecko. Pewnego dnia zrozumiałam, że straciłam kontrolę nad własnym życiem. Anoreksja mną zawładnęła, odebrała mi wolność i jasność myślenia. To był ostatni dzwonek, aby coś zrobić. Wiem, że moi rodzice kochają mnie, ale nie pasują do siebie i męczą się razem. Nie chcę im odbierać prawa do decydowania o swoim życiu. Mam własne marzenia, pragnienia. Uczę się zajmować sobą i sprawia mi to satysfakcję.


Mama Małgosi
    Małgosia nie była zaplanowanym, wytęsknionym dzieckiem. Oboje z mężem mieliśmy wtedy po 20 lat i nie byliśmy gotowi na założenie rodziny. Pobraliśmy się jednak z poczucia obowiązku. Po urodzeniu dziecka od razu przelaliśmy na nie ogromne pokłady miłości, której nie potrafiliśmy dać sobie. Małgosia zresztą w pełni zasługiwała na tę miłość. Zawsze grzeczna, miła, uśmiechnięta, wrażliwa i chętna do pomocy była wzorem córki. Kolejne lata zamiast zbliżyć tylko oddalały mnie i męża od siebie. W końcu porozumiewaliśmy się wyłącznie przez Małgosię: „Powiedz ojcu...?”, „Poproś matkę...?” Na pewno cierpiała z tego powodu, ale nie skarżyła się, a nam się wydawało, że jeżeli w domu nie ma awantur i kłótni to wszystko jest w porządku. Byliśmy tak ślepi, że dopiero choroba pozwoliła nam dostrzec, jak bardzo wciągnęliśmy ją w nasze konflikty. Małgosia kocha i mnie i męża, a często zmuszaliśmy ją do dokonywania nieludzkich wyborów. Może gdyby potrafiła wykrzyczeć nam całą prawdę... Jej choroba rzeczywiście zbliżyła naszą rodzinę. Jako rodzice musieliśmy zjednoczyć siły w walce o życie naszego jedynego dziecka. Ale nie zdarzył się cud i nie pojawiła się między nami miłość. Lubię swojego męża, szanuję, ale nie kocham. Wiem, że on czuje podobnie. Rozmawiamy o tym z Małgosią i mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, gdy bez lęku w oczach siądzie do posiłku.

AB anoreksji i bulimii


Leczenie zaburzeń jedzenia to długa i ciężka praca pod kierunkiem psychologa lub psychiatry. Nie nastąpi cudowne ozdrowienie. Często bardzo pomocne i wspomagające leczenie są leki.

Pierwszym krokiem jest przyznanie się do choroby (anoreksji, bulimii) i chęć dokonania zmian w swoim życiu. Dobrze jest odpowiedzieć sobie na pytania: Co zyskuję, a co tracę przez swoje zaburzenia? Czy warto? Do czego mnie to prowadzi? Konieczne jest poinformowanie najbliższych. Wsparcie, zrozumienie i miłość ze strony rodziny podczas wspólnych wizyt u terapeuty są istotnym elementem w walce z chorobą.

Jeżeli jest to możliwe należy unikać sytuacji związanych z jedzeniem i jego przygotowywaniem. Jeść regularne posiłki wspólnie z rodziną.

Charakterystyczna dla anoreksji i bulimii jest koncentracja na jedzeniu i rezygnacja z prawdziwego życia. Aby odwrócić swoją uwagę od diet, kalorii, posiłków i sylwetki trzeba dać sobie coś w zamian - zajęcie, które sprawia nam radość i przynosi satysfakcję.

Niewiele osób rozumie, że zaburzenia jedzenia są tylko objawem niezaspokojonych potrzeb psychicznych. Leczenie wymaga, więc pracy nad sobą, a skupianie się na objawach (wymioty, przeczyszczanie się, głodówki...) tylko je potęguje. Najlepszym rozwiązaniem w leczeniu bulimii i (szczególnie) anoreksji jest pobyt na oddziale terapii zaburzeń odżywiania. Pozwala on chorym na:
  • oderwanie od środowiska, gdzie utrwaliły się już chorobowe nawyki żywieniowe,
  • poznanie siebie, swoich słabych i mocnych stron,
  • dotarcie do źródła problemu zaburzeń odżywiania,
  • kształtowanie umiejętności rozwiązywania swoich problemów,
  • korzystanie z opieki lekarzy, dietetyków i terapeutów w pierwszym etapie nauki życia i jedzenia,
  • udzielenie sobie odpowiedzi na pytanie: dlaczego boję się jeść?

Liczba zachorowań na anoreksję i bulimię w Polsce stale rośnie. Charakterystyczna dla zaburzeń odżywiania jest rezygnacja z normalnego życia i skrajna wręcz koncentracja na jedzeniu. I wokół niego (jedzenia!) obraca się każda myśl, każdy dzień, każde zdanie cierpiących kobiet. Niewiele mówią o swoich zainteresowaniach, znajomych, radościach i kłopotach. W zamian doskonale potrafią poinformować o swoich wymiarach, dietach, ilości spożywanych posiłków, wymiotach i składzie herbatek przeczyszczających. A przecież zaburzenia odżywiania są tylko skutkiem poważnych, często ukrytych problemów. Potrzeba wiele odwagi, wytrwałości i systematycznej pracy nad sobą, aby osiągnąć sukces w leczeniu.

Chore często wspominają o swoich próbach zerwania z chorobą (szpitale, wizyty u psychologa, terapie grupowe, wizyty w specjalistycznych ośrodkach). Myślę, że warto odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy naprawdę chciałam się leczyć, czy tylko pozwalałam sobie na złudzenie terapii? Zaburzenia jedzenia mają charakter uzależnienia i bez wewnętrznego przekonania osoby chorej o konieczności leczenia nawet najlepszy psychoterapeuta nic nie pomoże. Chore wspominają o wzlotach i upadkach w swoim dochodzeniu do siebie. To normalne. Odkrywają prawdy (nie zawsze miłe), burzą stare schematy, budują nowe. To wszystko wymaga wysiłku, pochłania wiele energii.

W każdym z nas jest rodzic opiekuńczy, który lubi opiekować się sobą. Pozwólcie mu na to. Tylko od Was zależy czy dacie mu energię potrzebną do działania. Kto lepiej od nas samych wie, czego nam potrzeba? Kto zna nasze marzenia i pragnienia? Może, więc warto porozpieszczać siebie?

Najważniejsze: nie rezygnujcie z wizyt u specjalistów (psychiatra, psycholog). Nie wstydźcie się prosić o pomoc, ponieważ jej bardzo potrzebujecie. Prawdziwe życie toczy się na razie obok was (miotających się nerwowo między kuchnią a łazienką). I uwierzcie - warto spróbować życia, bo smak ma wyborny. Istnieją grupy wsparcia AB, gdzie przyjeżdżają chorzy z zaburzeniami jedzenia na różnych etapach leczenia. Podczas tych spotkań mówią o swoich kłopotach i sukcesach, a obecni terapeuci udzielają im rad, pomagają w zrozumieniu siebie i pokonywaniu choroby.

Warto jednak pamiętać, że najlepsze rezultaty w leczeniu bulimii i anoreksji przynosi pobyt w szpitalu na oddziale terapii zaburzeń odżywiania. Oderwanie od środowiska, gdzie utrwaliły się już chorobowe nawyki jedzeniowe oraz fachowa pomoc psychologów, psychiatrów, dietetyków i lekarzy to kluczowe elementy terapii.

Bardzo współczujemy również matkom chorych, bo chyba nie może być nic gorszego niż bezradność rodzica patrzącego na głodzące się na śmierć dziecko. Skrajnie niezdrowy sposób odżywiania uniemożliwia dostarczenie organizmowi podstawowych witamin, makro i mikroelementów. Konieczne jest wykonanie dokładnych badań, aby ocenić stan zdrowia dziecka. Nie lekceważcie tego! Wymioty i głodówki przyczyniają się do spadku potasu, który może spowodować zatrzymanie akcji serca.

Leczenie zaburzeń jedzenia to długa droga, ale im wcześniej rozpoczęta zostanie terapia, tym większe są szanse na całkowite wyjście z choroby.









Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu

  • Jedna anoreksja? 1000 chudych twarzy

    Autor: akostek24   Data: 2009-11-19, 17:07:53               Odpowiedz

    Bylam anorektyczka 7 lat i mysle ze jeszcze do konca sie nie wyleczylam.Dluga droga przed wyleczeniem czeka dziewczyny ktore sa chore i tylko od nich samych zalezy czy beda tego naprawde chcialy nawet teraz kiedy to pisze nie moge uwiezyc jak moglam byc taka glupia i doprowadzic sie do takiego stanu... Czytaj dalej

Zobacz więcej komentarzy