Forum dyskusyjne

RE: Presja, frustracja, lęk, bezradność.

Autor: Milan9053   Data: 2019-06-06, 05:40:27               

Czy coś się wydarzyło? Nic wielkiego.
Nie przypilnowałem się wystarczająco 😉
Zwyczajnie usiadłem w ciągu dnia żeby zebrać myśli, gapiąc się jak zwykle w jeden punkt. Wtedy weszła żona i od razu wiedziała, że coś mnie gryzie. Ona potrafi przejrzeć i przeczytać czasem człowieka jak stronę książki. Nie dała oczywiście za wygraną jak mówiłem, że nic się nie dzieje.
Więc powiedziałem jej o sprawach bardziej bieżących, które mnie nie pokoją, stwarzają presję czy martwią. Trochę mnie zmotywowała, uspokoiła i zrobiło mi się lepiej. Człowiek idzie czasem w zaparte, boi się przełamać, a wystarczy chwila z kimś empatycznym i widać jakieś światełko.
Bo oczywiście mnóstwo spraw zostało mi do ogarnięcia.
Ale przynajmniej z tymi kilkoma nie jestem już sam.
A jeśli chodzi o wychodzenie przed szereg... hmmm...
Od okresu przysłowiowego buntu nastolatka byłem osobą, która chciała czegoś więcej niż to co ma, co dają jej inni. Chciałem inaczej funkcjonować, głośno nie zgadzać się z tym, na co inni jeden za drugim przytakują. Mówiłem głośno, co myślę, zwłaszcza jak mnie to od nich odróżniało. Lubiłem podejmować się rzeczy, na które inni krzywo patrzyli albo wypychali jeden drugiego do przodu. Ja wtedy wychodziłem sam do przodu. I mówiłem sobie: zrobię to.
To nie były jakieś wyczyny typu zdobycie Himalajów w spodenkach i klapkach😁😁
Poprostu lubiłem robić na przekór przekonaniom, ściśle określonym ramom.
Krytyka i niedowierzanie ze strony ludzi motywowały mnie i wiedziałem że chce taki być. Do tego można by dorzucić czasem jakaś charakterystyczną część garderoby, czy wytrwałość w swoich przekonaniach.
Jeżeli ktoś twierdził, że coś jest za ciężkie do zrobienia, że może warto odpuścić albo podzielić na etapy, ja mówiłem " nie". Ja zrobię to sam, po swojemu i pokaże, że dałem radę.
To nie były wielkie rzeczy ale ważne dla mnie, dla mojego poczucia własnej wartości i pewności siebie. Jak się za coś brałem, nie chciałem odpuszczać, często kosztem czasu dla innych. Ale nawet w przypadku niepowodzenia wiedziałem, że zrobiłem tyle ile mogłem.
Trzymałem się zwyczajnie tego jaki jestem, nie chciałem się sprzedać o wtopić w tłum. Zyskiwałem w relacjach z ludźmi po głębszym poznaniu, nie rzucałem się od razu w tłum prosząc o akceptację. Na samym początku zawsze trzymam się z boku, z dystansem. Starając się pokazać swoją wartość, a nie o niej mówić. Wszystko przychodziło mi naturalnie, bez spinania się, bo taki właśnie byłem.
Na pierwszy rzut oka, nie miły, nigdy nie uśmiechający się gbur😁😁😁 , który nie leciał w stronę tłumu z otwartymi ramionami. I tak jest w sumie do dziś. Tylko tego luzu, spokoju mi brakuje.
Bo mnie jest ciężej się teraz otworzyć, a ludziom ciężej do mnie przebić.

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku