Forum dyskusyjne

Brat - pomocy...

Autor: souleeah   Data: 2018-04-15, 17:58:05               

Witajcie,

założyłam tu konto, ponieważ borykam się z dużym problemem i nie wiem jak na to wszystko zaradzić.

Mam 24 lata, odkąd skończyłam 18 lat mieszkam z babcią. Mój młodszy brat ma 17 lat obecnie. Dodam, że moja matka jest alkoholiczką, która nie chce się leczyć, a mój ojciec zmarł, gdy miałam 15 lat (swoją drogą nie miałam z nim nigdy dobrego kontaktu, był wręcz znikomy). Rok temu brat przyszedł do mnie i do babci i oznajmił, że nie wraca już do domu. Zdarzało się, że uciekał z domu i spał u nas, głównie z w/w problemu matki, ale wtedy to była ostateczna decyzja. Babcia wniosła sprawę do sądu o zostanie rodziną zastępczą dla brata, była sprawa, zjawiła się moja matka, która finalnie zrzekła się praw do niego i tym samym sąd ustanowił moją babcię zastępczą rodziną.

Zanim to się stało, zaczęły dochodzić do mnie informacje, że mój brat ma problem z narkotykami. Byłam nawet na spotkaniu z jedną matką, która powiedziała mi o swoich obawach - dotyczyły również jej syna. Brat po wakacjach poszedł do nowej szkoły (zaczął szkołę średnią) i szybko okazało się, że opuszcza bardzo dużo godzin lekcyjnych, nie uczy się, nie chce korepetycji ani pomocy z naszej strony. W trakcie walki o brata babcia kontaktowała się z CPRem, który zapewnił jej pomoc finansową. Współpracowałyśmy także ze szkołą brata, jak i 'kuratorką' z CPRu, której wyjawiłyśmy o problemach z młodszym - w tamtym czasie bywało, że brat często wybuchał, gdy zwróciło mu się nawet najmniejszą uwagę, nie umiał zapanować nad złością (kiedyś rozerwał na sobie koszulkę, kiedy babcia próbowała z nim rozmawiać [!]). 'Kuratorka' nakazała mi wręcz powiedzieć na sprawie o problemach z narkotykami, co też zrobiłam. Nie wdając się w szczegóły wyjawiłam przed sądem, że brat ma z tym problem i że wiem, że to dlatego, że nie radzi sobie zupełnie z obecną sytuacją (oboje byliśmy bardzo zżyci z matką) i że chciałabym, aby sąd mu pomógł (co też poniekąd tłumaczyła mi Pani z CPR - wg niej sąd ma na tyle duże prawa, żeby coś zrobić w tej sprawie). Sędzina orzekła kolejną sprawę o demoralizację.

Brat miał dostać początkowo kuratora, jednak został skierowany do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. Próbowałyśmy z nim rozmawiać o tym - bezskutecznie; na wszystkie nasze próby rozmowy reagował krzykiem, agresją. Nie zgłosił się dobrowolnie i kilka dni temu przyjechała po niego policja. Zakuty w kajdanki pojechał do policyjnej izby dziecka, gdzie spędził kilka godzin i stamtąd policja zabrała go do ośrodka. Ośrodek jest oddalony o mniej więcej 100 km od mojego miejsca zamieszkania.

Byłam tam z babcią, brat nie chciał z nami rozmawiać. Rozmawiałyśmy z wychowawcą, dowiadywałyśmy się jak wyglądają przepustki, kiedy będzie mógł wyjść, itp. To miejsce jest okropne - chłopcy zachowują się poniżej krytyki, a nauka jest na poziomie znikomym.

Zanim zobaczyłam jak to wygląda chciałam, by brat tam pojechał, bo chcę, żeby skończył szkołę - tutaj gdzie mieszkamy, w szkole, w której był i z towarzystwem, w którym się obraca to byłoby niemożliwe. Jakąkolwiek szkołę, bo został mu niecały rok do ukończenia 18 lat. Tego roku tutaj by nie zaliczył, a w MOWie jest możliwość, by nie przepuścił roku. Do tego dochodzi nadopiekuńczość babci, która biorąc go do domu nie wymagała nic od niego, zamiast tego podstawiała mu wszystko pod nos i rozpieszczała do granic możliwości chcąc tym wynagrodzić mu trudne życie - co poniekąd rozumiem. Byłam chyba jedyną osobą w domu, która była w stanie ustalić jakieś reguły, ale dość mocno uświadomiono mi, że moje zdanie się tu mało liczy.

Odkąd zabrali brata (ok. 4 dni temu) nie umiem sobie znaleźć miejsca. Nie ma chwili, bym o nim nie myślała. Mam żal do siebie i gigantyczne wyrzuty sumienia, że powiedziałam o tych narkotykach na sprawie, ale zrobiłam to po to, by go ratować, by zmienił środowisko i skończył szkołę... nie chciałam, by przechodził przez np. zakucie w kajdanki ani przez to, co miał w domu z moją matką. Wiem, że jest wiele rzeczy, na które nie mam wpływu... ale serce mi pęka jak pomyślę o tym, że on siedzi tam w ośrodku, bez niczego, nawet nie w swoich ciuchach (chodzi w piżamie, którą tam dostał), nie umie zaaklimatyzować się z grupą. To nie jest zły chłopak i nie mówię tego dlatego, że jest moim bratem - narobił złych rzeczy, owszem - ale dlatego, że jest naprawdę dobrym chłopakiem, który się strasznie pogubił i któremu potrzebni są rodzice, których mieć już nie będzie. Miałam ten sam problem kilka lat temu, kiedy musiałam wyprowadzić się z domu i nie umiałam sobie z niczym poradzić przez to, że mama, którą tak bardzo kochałam nie chciała mieć mnie już przy mnie. Nie chciał mnie też mój ojciec, przez co przez wiele lat czułam się bezwartościowa. Myślę, że brat ma tak samo... tak bardzo chciałabym mu pomóc, ale on nie chce ze mną rozmawiać, a ja naprawdę nie wiem jak mam do niego trafić... dodam, że brat był w szpitalu na badaniach psychiatrycznych - wyjawił lekarzowi, że ma problemy ze snem, czuje, jakby miał depresję i że marihuana pomaga mu się uspokoić i zasnąć. Nie chciał podjąć leczenia.
Do tego jeszcze dochodzi moja babcia, która jest starszym człowiekiem, wprawdzie 'na chodzie', jest dość energiczna, ale często zapomina wielu rzeczy, zmienia zdanie co kilkanaście minut pod wpływem emocji i z nią też jest trudno żyć czasem... i czuję, że na mnie spada cała odpowiedzialność za brata.
brat dzisiaj zadzwonił i poprosił, żebym mu przy następnej wizycie przywiozła opatrunki i ciuchy, bo on tu nie wytrzyma i ucieknie. Pomóżcie, jestem tym wszystkim przytłoczona i naprawdę nie wiem co robić...

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku