Forum dyskusyjne

Wyjść z depresji i anoreksji

Autor: Adekwatna   Data: 2018-01-03, 19:49:43               

Drodzy forumowicze 😊 Miałam już kilka dni temu napisać ten post, ale trochę przeliczyłam się z czasem, więc dopiero dziś się za to zabieram.

Cała historia zaczyna się na przełomie szkoły podstawowej i gimnazjum. Nagle trochę się pozmieniało, nowa szkoła, utrata kontaktów z przyjaciółmi, zerwanie z chłopakiem, choroba babci i brak zainteresowania ze strony rodziców (całe dnie spędzali w szpitalu) i już dla 12 latki robi się życiowy dramat. Czułam się samotna. Opuszczona. Tym bardziej, że w mojej rodzinie był spory konflikt a babcia była w jego centrum. Brakowało jej na życie, mieszkaliśmy zaraz obok siebie, rodzice kupowali jej leki, jedzenie, drewno na opał, ona oddawała to wszystko swojej drugiej córce i wciąż przychodziła do nas. Dziadek nie żył od kiedy moja mama skończyła 13 lat. Był alkoholikiem, zmarł nagle i od tej pory w rodzinie zaczęły robić się poważne problemy, wcześniej mimo swojej choroby jakimś cudem trzymał wszystko w ryzach.

Całe swoje dzieciństwo, właściwie od kiedy tylko pamiętam bardzo się bałam, że będę miała rodzeństwo. Samolubne. Martwiłam się, że zostanę ''zastąpiona''. Bardzo zabiegałam o uwagę rodziców ze względu na to, że mama miała napady migrenowe, całe dnie spędzone w łóżku, w ciemności a ja w kuchni sama jako 6latka cichutko byle nie obudzić mamy. Tato z kolei pracował często w delegacjach, później wyjechał za granicę i wtedy zjawiał się już tylko raz na 2-3 miesiące.

Kiedy babcia zachorowała - cała uwaga spadła na nią, stało się właśnie to czego się obawiałam. Zostałam sama. Nie miałam z kim porozmawiać (znajomości klasowe jakoś się posypały a poza tym nie było nic więcej, jako dziecko nie miałam okazji bawić się z innymi dziećmi, zawsze sama lub z dorosłymi, moi rodzice nie mają przyjaciół, nie wychodzą, z rodziną taty też kontakt był słaby). Zaczęłam szukać sobie ludzi którzy mi to wszystko zastąpią. W złym miejscu, bo w internecie. Znalazłam. Oczywiście był to tylko substytut. Pojawił się 6 lat starszy ode mnie chłopak. Nigdy się z nim nie spotkałam, jednak przez internet nakłonił mnie do paru rzeczy których nie chcę sobie właściwie przypominać. W tym czasie zmarła babcia. Później rodzice odkryli moją znajomość z tym chłopakiem - wybuchła awantura i natychmiast zabrali mnie na policję. W tym momencie zaczął się horror.

Mama zaczęła płakać, ojciec się wściekł. Na policji mnie nie przesłuchano, chyba że przesłuchaniem można nazwać szarpanie mnie za ramię przez policjantkę i wydobycie kilku zdań. Wtedy czułam się winna, dziś już nie czuję, rozumiem dlaczego to wszystko się stało. W domu było najgorzej. Pamiętam słowa rodziców gdy zabierali mnie do psychologa ''niech oceni czy ona jest normalna''. Strasznie się wtedy poczułam, ciągle krzyczeli i mówili mi, że zrobiłam im to złośliwie. A to nie było tak, ja szukałam kogoś z kim będę mogła porozmawiać skoro rodzice są zajęci. Zawsze bardzo doskwierała mi samotność. Nazywali mnie głupią i naiwną, odcięli od ostatnich kontaktów jakie miałam z innymi ludźmi. Psycholog z centrum interwencji kryzysowej orzekł, że absolutnie wszystko ze mną w porządku.

Był to też początek gimnazjum, nowi ludzie, nowa szkoła. Ja przez sytuację w domu chodziłam ciągle w strachu i zdenerwowana, siedziałam cicho pod ścianą i nie miałam ochoty rozmawiać z nikim. Rodzice zabraniali mi wychodzić gdziekolwiek poza szkołą, wstydziłam się kiedy ktoś mnie gdzieś zapraszał a ja musiałam odmówić, w ten sposób ludzie się ode mnie odsunęli. Co prawda miałam jakąś garstkę ''znajomych'' ale to nie były bliskie mi osoby. W tym czasie odnowiła się też stara sprawa ze szkoły podstawowej. Kolega z którym teraz chodziłam do klasy i wcześniej chciał być ze mną w związku. Ja nie chciałam. Odmówiłam mu. On się wściekł i zaczął mi dokuczać.

Zaczęło się dosyć lekko. To mnie nazwał głupią, to mi coś zabrał ze stolika i rzucali do siebie. Z czasem robiło się coraz gorzej, z głupiej epitety zmieniły się na ''Ty gruba dziwko'', przykre komentarze non stop gdy mnie tylko zobaczył, kopanie, popychanie, hakerstwo (włamał mi się na telefon), obmacywanie, zamykanie w klasie. Nastawił przeciwko mnie swoich kolegów i w ten sposób 3/4 klasy mi dokuczało. Trwało to 1,5 roku. Wracałam do domu z siniakami wszędzie, codziennie. Nie było dnia przez ten okres czasu żeby mnie ktoś nie kopnął, nie uderzył ani nie wyzwał - to właściwie było na każdym kroku więc ze zdolnej dziewczyny która miała świadectwo z paskiem, wygrywała konkursy recytatorskie i grała w przedstawieniach zmieniłam się w niemowę która przestała się zgłaszać, bo każde słowo które wypowiedziałam wiązało się z falą krytyki ze strony klasy (nauczyciele nie reagowali). Rodzice z kolei mi nie wierzyli kiedy płakałam im, że nie mam przyjaciół i chcę zmienić szkołę, twierdzili, że tak musi być, bo to taki wiek, tata zna ojca tego chłopaka ale od czasu gdy rozwiódł się z jego mamą stracili kontakt. Tamta kobieta twierdziła, że jej synowi cytuję ''wolno nazywać Pani córkę dziwką i szmatą ile mu się podoba''.

Niejednokrotnie jego koledzy w szatni łapali mnie, trzymali i obmacywali. Wtedy nie było to dla mnie jakoś specjalnie traumatyczne, jednak dziś zdaję sobie sprawę, że po prostu to wyparłam a skutki były i tak w dorosłym życiu. Być może w tamtym momencie to by mnie już całkiem dobiło.

W końcu poznałam pewnego chłopaka. Kilka razy stanął w mojej obronie, dużo pisaliśmy ze sobą, ale w realnym świecie - nic. Wstydził się mnie, wstydził się ze mną rozmawiać na przerwach, koledzy go za to linczowali. Jednak ja się cieszyłam, że mam kogoś bliskiego. W wakacje zaczęliśmy się spotykać poza szkołą, najpierw na stacji, później zapraszałam go do domu. Jego matka mnie nie znosiła. Nazywała ofermą, raz jak zobaczyła mnie w albumie klasowym powiedziała, że wyglądam jak jakaś ''lama'' i jestem gruba. Pisała do mnie smsy, że mam się odczepić od jej syna. On mnie z kolei nie bronił, ani przed nią ani przed kolegami. W tamtym momencie zaczęły się zaburzenia odżywiania. Jej słowa tak mnie zabolały, że postanowiłam przestać ''tyle'' jeść. Zaczęło się od diety 1000 kalorii. Zielona herbata, wafle ryżowe i blogi o tematyce pro-ana. Sama miałam swój i do dziś go prowadzę, lecz tematyka mocno się zmieniła, teraz to po prostu dziennik.

Mama właściwie się ucieszyła z mojej zmiany diety, wiedziała, że liczę kalorie i nie miała nic przeciwko, ponieważ lekarz ortopeda (mam lekkie problemy z kręgosłupem) kiedyś powiedział, że mam ,,zrzucić opakowanie''. Dlatego i ona się ucieszyła, że odrzuciłam słodycze, chipsy i zaczęłam coś ćwiczyć. A ja czułam, że robiłam to za karę dla siebie, karałam siebie za to, że Ci ludzie mnie nie znoszą i, że mój ''chłopak'' (dziwny to był związek) się mnie wstydzi. Ważyłam wtedy 56 kg na 155 cm wzrostu. Jak teraz patrzę na zdjęcia - nie byłam gruba, byłam po prostu bardziej rozwinięta, dobrze zbudowana, to w mojej klasie większość koleżanek ważyła po 40 kg więc byłam najgrubsza. Z tego powodu przestałam też jeść w szkole, wstydziłam się, nie chciałam by ktoś to widział. Sądziłam, że z tym jak wyglądam nie mam prawa jeść i ludzie którzy widzą mnie z jedzeniem (choćby to były wafle ryżowe) myślą o mnie ''nie dość, że taka gruba to jeszcze wpieprza, porażka'', bałam się komentarzy ze strony tych którzy mi dokuczali, ciągle słyszałam ''nie żryj tyle gruba świnio''. Na wfie nie ćwiczyłam przez problemy z nadgarstkiem, od podstawówki nie lubiłam tego przedmiotu, zawsze słabo radziłam sobie w grach zespołowych. (to powodowało jeszcze większy lincz ze strony rówieśników i mój wstyd).

Moja relacja z tamtym chłopakiem się rozpadła. W końcu posłuchał kolegów i zdradził mnie ze swoją byłą dziewczyną (też chodziła z nami do klasy, to było dość hermetyczne, wiejskie środowisko). Zależało mi na nim, próbowałam go w jakiś sposób odzyskać, nie udawało się. Aż pewnego wieczoru w trzeciej klasie gimnazjum nie wytrzymałam i sięgnęłam po żyletkę i pocięłam się pierwszy raz. Cięłam się na tym nadgarstku z którym miałam problemy, zależało mi cały czas by nikt tych ran nie zobaczył, nosiłam ochraniacz, nikt się nie połapał. Moja mama zrozumiała co robię dopiero w liceum gdy weszła przez przypadek do łazienki kiedy się przebierałam a ja miałam pocięty brzuch.

Ogólnie w tamtym momencie zaczęła się też depresja, jeszcze wtedy nie myślałam o samobójstwie. Za to odcinałam się od ludzi, pakowałam jeszcze bardziej w świat internetu, gdzie szukałam osób z podobnymi problemami do mnie, miałam w szkole jedną przyjaciółkę z którą o wszystkim rozmawiałam. Ona też się samookaleczała, jej też dokuczali. Myślałam w tamtym momencie o tym, że chcę sobie wyrządzić krzywdę, jednak nie samobójstwem, bo to zbyt łatwa droga i tylko skrzywdzi moich rodziców. Całymi dniami zastanawiałam się nad tym jak by to było urodzić się w innej skórze i być kimś innym. Nienawidziłam siebie. Płakałam każdej nocy i oskarżałam siebie o to, że to moja wina, że nie mogę znaleźć sobie przyjaciół, że nikt mnie nie kocha a rodzice na każdym kroku wytykają mi błędy, oskarżają, że kłamię gdy mówię prawdę. Ojciec wiecznie wracał do tej sytuacji z przełomu szkoły podstawowej i gimnazjum nie szczędząc przy tym złośliwych komentarzy.Właściwie rozmowa z nim aż do 1 liceum była niemożliwa, zawsze kończyła się powrotem przez niego do tamtej sytuacji i awanturą, nieważne jaki temat bym zaczęła, więc unikałam go jak tylko mogłam, wielokrotnie płakałam przez jego słowa. Wierzyłam, że taka się urodziłam, beznadziejna i nic już tego nie zmieni. Nieważne jak bardzo będę się starać, to nadal będę ja a nade mną wisi czarna chmura i pada deszcz. Marzyłam o tym by nie być sobą lecz kimś innym.

Prześladowanie ze strony kolegów z klasy jednak się skończyło. Miarka się przebrała jak wróciłam do domu z płaczem i zakrwawioną twarzą, mama postanowiła zadzwonić do szkoły i przypadek sprawił, że odebrała Pani dyrektor a nie moja wychowawczyni. Ona zajęła się sprawą, wcześniej żaden z nauczycieli jej o tym nie poinformował. Zagroziła temu chłopakowi i jego matce policją, resztę klasy wzięła na dywanik, od tego czasu przemoc fizyczna się skończyła. Trochę odetchnęłam z ulgą, ale jak w tamtym momencie nienawidziłam siebie tak nie zmieniłam nagle o sobie w jakiś magiczny sposób zdania. Miałam trochę więcej spokoju, ale jak to ze strony nastolatków obelgi i krzywe spojrzenia pojawiały się nadal. Ja w dalszym ciągu brnęłam w depresję, zaczęłam wyglądać jak typowe ''emo'', z bardzo wierzącej stałam się ateistką. Bo miałam pretensje i nienawiść do Boga o to wszystko. Twierdziłam, że nie istnieje i dlatego jest tak źle, a jeśli istnieje to jest zły a ja z takim nie chcę mieć nic wspólnego. Jak płakałam w poduszkę to przeklinałam go nocami.

Na samym końcu gimnazjum wybuchła afera i znów wróciły problemy. Skradziono dziennik a ja byłam jedną z osób które to widziały. Ktoś się wygadał. Wina spadła na mnie, pojawiły się groźby, że mnie pokaleczą, mówili to nawet przy nauczycielach, którzy nie reagowali w ogóle. Dzwonili do mnie, zastraszali. Jednak to było 2 tygodnie przed końcem szkoły więc rodzice pozwolili mi na ten czas zostać już w domu i tam nie chodzić.

W liceum było jakoś lepiej na początku, zobaczyłam zupełnie innych ludzi, zdecydowanie dojrzalszych. W mojej klasie nie znałam nikogo, więc miałam czystą kartę. Znalazłam sobie koleżanki, nikt mi nie dokuczał, po prostu byłam traktowana neutralnie choć w środku potwornie bałam się opinii i byłam wręcz pewna, że każda z tych osób myśli o mnie źle. Dlatego, że ''jestem''. Nigdy nie byłam osobą która obgadywała innych, dokuczała lub była niemiła, więc realnie patrząc nie mieli powodu by o mnie źle myśleć. Miałam też poczucie, że każdy z kim rozmawiam widzi co myślę, widzi moją przeszłość i ma mnie za ofermę. Od czasu rozpoczęcia diety do początku liceum schudłam jakieś 2-3 kg, ale to mi nie wystarczyło i robiłam to dalej, cały czas przy tym nienawidząc siebie jednak mając nadzieję, że może będzie teraz trochę lepiej.

Nadal słabo się uczyłam, najgorzej było z matematyką. Miałam ledwie dwa. Nauczyciel zaczął się interesować moimi wynikami i mną. Miał dosyć luźne podejście co mnie przerażało... Był pasjonatem swojej dziedziny, każdemu chciał pokazać ''hej, matma jest spoko''. Pewnego dnia wziął mnie do tablicy do jednego zadania, kompletnie nic nie umiałam, stresowałam się klasą i nim. Zaczął mnie obejmować w talii mówiąc ''słoneczko, nie tak'' i złapał mnie za rękę pisząc mi nią poprawne działanie. To mnie wprawiło w osłupienie. Bardzo przeraziło. Później na to złożyło się mnóstwo dziwnych sytuacji typu - inni mogli poprawiać sprawdziany na lekcjach, ja musiałam sama przyjść do niego osobiście, zazwyczaj też lepiej mnie oceniał. Byłam tak przerażona jego zachowaniem, że wpadłam w jakieś osłupienie. Nie mogłam spać, jeść ani myśleć. Jak go widywałam to cała się trzęsłam, obawiałam się, że ma złe zamiary. (gość był w wieku mojej mamy, czyli koło 50tki) Często mnie nagabywał, właściwie to miałam u niego jakieś ''specjalne względy''. Aż wpadłam w coś na kształt jakby syndromu sztokholmskiego? Nie wiem czy tak to można nazwać, ale w stresie, nerwach i strachu co dzieje się teraz ja się w nim zakochałam. Brakowało mi ojca, bo mój własny albo był w delegacji albo mnie poniżał, więc nie miałam z nim praktycznie żadnego kontaktu. Deklarowałam się wtedy jako aseksualna a ten facet był dla mnie trochę jak substytut ojca. Troszczył się, martwił, interesował. Ja pokochałam jego przedmiot i z 2 wyszłam na 5. Byłam najlepsza w klasie, chodziłam na konkursy i samodzielnie przerabiałam materiał do matury rozszerzonej z tego przedmiotu. Może nie do końca samodzielnie, bo ten nauczyciel mi pomagał, zostawał po lekcjach specjalnie jak przychodziłam i prosiłam żeby mi coś wytłumaczył. Byłam nadwrażliwa, źle odebrałam jego intencje. On nas lubił, traktował jak własne dzieci. Faktycznie ze strony faceta, nauczyciela nie powinny mieć raczej miejsca takie gesty w stosunku do młodych uczennic. Ale złych intencji w tym nie było. To ja miałam potwornie zniekształcony osąd rzeczywistości przez to wszystko co stało się wcześniej. Panicznie bałam się mężczyzn, szczególnie tych starszych ode mnie co najmniej 10 lat.

Historia z nauczycielem tak mnie dobiła, że w końcu napisałam tutaj ten post, który jeszcze niektórzy sobie przypomnieli :D - http://www.psychologia.net.pl/forum.php?level=257558&post=257558&sortuj=0&cale=
Szukałam pomocy, ale trochę po omacku. Parę rzeczy z niego było też przesadzonych. Byłam wyczerpana psychicznie i fizycznie więc pojawiały się u mnie hipnagogi. Przedawkowywałam leki na kaszel, zaczęłam przy tej sytuacji z nauczycielem, tak mnie to stresowało i wyprowadzało z równowagi, że nie potrafiłam przychodzić na jego lekcje na trzeźwo. Przez to też zarywałam noce i żywiłam się zupkami chińskimi. W tamtym momencie jadłam już max 500-600 kalorii dziennie. Piłam mnóstwo energetyków, oczywiście bez cukru. Mój organizm był wykończony. Miałam natarczywe myśli samobójcze, nie raz miałam poczucie, że za chwilę stracę nad sobą kontrolę i wejdę na środek ruchliwej ulicy lub trzymając w ręce nóż podczas krojenia wbiję go sobie w brzuch.

Jakiś czas po napisaniu tego postu w końcu tupnęłam nogą i wymusiłam na mamie wizytę u psychologa. Pani psycholog powiedziała, że powinnam zapisać się do psychoterapeuty, ona nie ma wystarczających kompetencji by mi pomóc. Mama mnie zapisała, choć zrobiła to z dużym oporem. Psychoterapeutka powiedziała, że wygląda jej to na depresję, ale powinnam wybrać się jeszcze do psychiatry by to potwierdzić i by ocenił czy potrzebuję wsparcia farmakologicznego. Psychiatra zdiagnozował u mnie depresję i lęki - o problemach z jedzeniem mu nie powiedziałam, ponieważ nie uważałam tego za problem. Przepisał mi antydepresanty i leki na uspokojenie. Uczestniczyłam w psychoterapii. Trochę mi to pomogło, myśli samobójcze nie były już aż tak silne i mniej się samookaleczałam. Jednak przekonania co do ludzi nadal miałam negatywne a sytuacja z nauczycielem trwała. Do tego w domu ciągle wybuchały awantury z rodzicami. Szczególnie kiedy zaczęłam palić papierosy (miałam wtedy 16 lat). Nie paliłam dużo, może raz w tygodniu, przez długi czas tak było.
Za ścianą mieszkała moja ciocia z konkubentem. Moi rodzice zawsze się z nią kłócili, sytuacja stała się bardzo napięta od momentu gdy na jaw wyszło, że nakłoniła babcię niedługo przed śmiercią do wzięcia kredytów i po latach zaczęli się do naszych drzwi dobijać komornicy. Dodatkowo jej konkubent wcześniej odsiadywał wyrok za znęcanie się nad byłą żoną, nad ciotką też się znęcał. Przez jakiś czas też mieszkała tam moja kuzynka, z ''zawodu'' prostytutka, właściwie to spędziłam z nią pół swojego dzieciństwa gdy do mamy przyjeżdżała karetka z uwagi na silne napady migreny.
Cała ta sytuacja sprawiła, że bardzo znienawidziłam swój dom rodzinny. Źle się tam czułam, moja mama w tym się ze mną zgadzała. Nie chciałam do niego wracać, ile tylko mogłam tyle czasu spędzałam poza domem, bo gdy tylko wracałam dopadały mnie myśli depresyjne. Taka jakby ''beznadzieja''. Dodatkowo ciotka z konkubentem próbując dokuczyć mojej mamie nie dawali mi spać, budzili w nocy, przeszkadzali w nauce. Dojazdy do szkoły miałam bardzo kiepskie, albo się spóźniałam na lekcje, albo czekałam po nich 2-3 godziny na pociąg lub autobus. Stwierdziłam, że dłużej tak nie wytrzymam, znalazłam argumenty które mogłam przedstawić rodzicom i ostatecznie przekonałam ich do wyprowadzki.
Wyprowadziłam się z domu w zimie w drugiej klasie liceum, miałam 17 lat, rodzice wynajęli mi pokój blisko szkoły. Natychmiast po przeprowadzce poczułam się lepiej. Myśli samobójcze zniknęły całkiem, choć to nie sprawiło, że cokolwiek w moim stosunku do siebie i ludzi się zmieniło. Nadal czułam do siebie niechęć. Z terapii zazwyczaj wychodziłam w bardzo złym nastroju. Szczerze mówiąc nie wiem, czy tak miało być, bo najpierw musiałam przepracować najtrudniejsze rzeczy by wyjść choć odrobinę na prostą czy po prostu ta terapia nie była dobrze dobrana dla mnie. Psychoterapeutka pracowała w nurcie psychodynamicznym, nie posiadała wykształcenia psychologicznego, skończyła pedagogikę i kurs psychoterapii. Współpracę zakończyłyśmy początkiem drugiego semestru 3 klasy liceum. Jednak terapia, leki i wyprowadzka sprawiły, że moje relacje z rodzicami się poprawiły. Byłam dobra z matematyki (mój tata woli przedmioty ścisłe) i od tego czasu tato przestał mi dogryzać, nasze kontakty nadal były trochę zimne jednak nie było już w nich raczej awantur. Z mamą też było ich mniej i zaczynałam się przed nią otwierać, mówić o swoim życiu, rozmawiać o terapii czego wcześniej nie robiłam. Zbliżyłyśmy się do siebie. Moi rodzice, oboje zrozumieli, że tamta sytuacja która zniszczyła nasze relacje nie była moją winą. Przez jakiś czas obwiniali za to siebie, bo być może gdyby nie to nigdy bym nie zachorowała. Ale to tylko być może, bo już wcześniej miałam w głowie negatywne schematy które po prostu zostały podsycone przez wszystko co się później stało.

W czasie w którym trafiłam na terapię, mój kolega przyprowadził mnie także na pewną grupę przy kościele. Zajmowaliśmy się tam wtedy robieniem różnych ozdób, w gronie osób które znałam i lubiłam, oraz obcych którzy podchodzili do mnie pozytywnie. To było w pewnym sensie lekarstwo. Odnalazłam tam spokój, stabilizację i bezpieczeństwo. Grupę prowadziło kilku kleryków którzy przez długi czas byli dla mnie trochę jak zastępstwo ojca. Troszczyli się o mnie, interesowali, traktowali dobrze. Nikt tam nigdy nie powiedział mi złego słowa i to mnie leczyło z lęku przed ludźmi oraz ich oceną.

Jeśli chodzi o anoreksję najgorszy moment był w drugim semestrze 1 klasy liceum zaraz po tej sytuacji z nauczycielem. Prawie całkowicie przestałam jeść, dużo ćwiczyłam. Schudłam do 41,5 kg. Przez pół roku ''niejedzenia'' czułam się z tym fantastycznie. Byłam z siebie dumna, bo w końcu wreszcie coś mi się udało. Wpadłam w perfekcjonizm. Matematyka szła idealnie, a jeśli zrobiłam choć jeden błąd na sprawdzianie i nie miałam maksymalnej liczby punktów tylko np. 29 na 30 to przychodząc do domu płakałam w poduszkę i wyolbrzymiałam to wszystko. Matematyka i anoreksja były moim sposobem na udowodnienie sobie, że jednak nie jestem do niczego, że jednak coś potrafię. Dawały mi odczuć, że mam kontrolę której mi brakowało. Kompletnie nie miałam jej nad swoim życiem, łatwiej było kontrolować przyjmowane kalorie i jedzenie. No i mogłam pokazać tamtym ludziom którzy nazywali mnie ''grubą świnią'', że to już przeszłość. Jednak to miało swoje oczywiste skutki już w wakacje. Włosy zaczęły wypadać mi garściami, robiło mi się słabo, udawałam przed ludźmi, że jem a tak naprawdę nie jadłam. Wyrzucałam jedzenie z obiadu przez balkon (jeszcze wtedy mieszkałam w domu) lub chowałam do szafy by później po kryjomu je wynieść i wyrzucić. Każda nadprogramowa kaloria była dla mnie niedopuszczalna. Jednak był pewien przełomowy moment - dlatego też wspomniałam o tej grupie. Trwała akcja sprzedażowa, spędzałam w klasztorze razem ze swoimi znajomymi praktycznie całe 10 dni. Jedliśmy wspólne obiady, kolacje, zawsze przynosili nam jakieś słodycze. Zawsze odmawiałam, ze wspólnych posiłków uciekałam albo jadłam samą sałatkę i nic więcej, do tego wyglądałam jak chodzący szkielet i byłam blada. Po kilku dniach zaniepokoiło to jednego z kleryków. Zaczęli mnie wręcz zmuszać do jedzenia. Siedział i patrzył na mnie czy jem, pilnował mnie, przynosił mi jedzenie a jeśli nie mógł, pilnowali mnie jego współbracia. Po którymś dniu coś we mnie pękło. Zaczęłam jeść z nimi normalne posiłki.

Później wyjechałam na wakacje do Włoch, przytyłam ale było już ze mną zdecydowanie lepiej. Anoreksja jeszcze wracała jednak już nigdy nie tak mocno jak wtedy, przeraził mnie mój własny stan. Zwiększyłam limit kalorii. Nadal nie było to zdrowe, ale jadłam zdecydowanie więcej. Tyłam. Nie potrafiłam sobie z tym radzić, patrzyłam w lustro z obrzydzeniem. Ciężko mi opisać to uczucie, wiedziałam, że muszę jeść by żyć, jednak czułam się nieszczęśliwa, bo chciałam mieć tamtą wagę z wakacji. Ostatecznie nigdy już do niej nie wróciłam. Głównie przez to, że zaczęły się u mnie napady objadania się. Szczególnie po przeprowadzce. Kupowałam masę słodyczy i po prostu jadłam. Wróciłam do wagi sprzed jakichkolwiek diet. Okresy objadania się przeplatały się z okresami głodówek. Mimo wszystko z dnia na dzień było coraz lepiej. Ostatecznie problemy z jedzeniem skończyły się u mnie w wakacje po liceum. Miałam wtedy chłopaka który mnie wspierał, dbał o to żebym jadła. I tak zostało do dziś. Jedyny problem który jest z jedzeniem w tej chwili to taki, że dosyć często jem niezdrowo. Ale nie wykracza to poza granice normy, nie czuję wyrzutów sumienia kiedy jem, tak jak było wcześniej. Po prostu jem to co lubię. Nie liczę kalorii. Jem do momentu kiedy czuję, że już nie jestem głodna. Muszę jednak pamiętać o jedzeniu, ponieważ gdy się na czymś mocno skupię to o tym zapominam i potrafiłabym nie zjeść niczego przez cały dzień, przyczyną nie jest to, że chcę schudnąć czy siebie ukarać.

Przez kilka miesięcy mojego związku z tamtym chłopakiem było bardzo dobrze, po zakończeniu terapii z pierwszą terapeutką (poszła na urlop macierzyński) miałam około 3 miesięcy przerwy. Całkowicie przestałam się samookaleczać, zniknęły myśli depresyjne jednak czasami pojawiały się lęki. Szczególnie na początku, wieczorami miałam ''napady'' kiedy nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wtedy on przyjeżdżał i był obok. W tamtym czasie nawiązałam też nowe przyjaźnie, było wokół mnie więcej ludzi i codziennie z kimś się widywałam. Jednak po tych kilku miesiącach zaczęło się między nami psuć. Pojawiły się kłótnie, on zaczął pić i miał dla mnie coraz mniej czasu. Znów wróciłam do przedawkowywania leków. Powiedziałam mu o tym, jednak niewiele to wtedy pomogło. Ostatecznie dzieła dokończyła moja wyprowadzka na studia. Jeszcze więcej awantur i coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie. Aż w końcu dochodziło do sytuacji kiedy w trakcie kłótni mówił, że nie wie czy mnie kocha, ja z nerwów miałam problemy z żołądkiem. Robiło mi się słabo i wymiotowałam - nie mogłam też nic jeść, bo wszystko stawało mi w gardle. W końcu podjęłam decyzję o odejściu. Byłam już pod opieką kolejnej psychoterapeutki z którą cała ta relacja została dokładnie przegadana. Po rozstaniu dość szybko poczułam ulgę. Odstawiłam całkowicie leki i do dnia dzisiejszego ich nie biorę (minęło 1,5 roku). Powoli zaczęłam dochodzić do równowagi. Zniknął stres, miałam dobre relacje ze współlokatorami, rodzicami i przyjaciółmi, jednak na uczelni nie mogłam się odnaleźć, ponieważ czułam się ''gorsza''. Głównie z tego względu nadal uczęszczałam na terapię, wciąż miewałam przekonanie, że ludzie źle o mnie myślą.

Zauważyłam ogromną różnicę po kontaktach z tą drugą psychoterapeutką. Była zdecydowanie bardziej pozytywna i uśmiechnięta. Zawsze wychodziłam od niej z uczuciem ulgi, wygadania i nadziei. Pracowała w nurcie terapii systemowej. Dzięki rozmowom z nią odnalazłam w swojej głowie schematy które nie dawały mi żyć normalnie i przez które wciąż tkwiłam w błędnym kole. Rodzice przez całe życie uczyli mnie, że nie można ufać ludziom, ponieważ są obłudni. We mnie był konflikt, bo w głębi duszy pragnęłam wierzyć, że ludzie są dobrzy. Świadomość istnienia tego schematu dała mi większą kontrolę. Kiedy wchodziłam pomiędzy ludzi i pojawiały się negatywne przekonania ja ucinałam je próbując zrozumieć skąd mi się to wzięło. Szczególnie ten schemat utrwalił się u mnie poprzez wydarzenia z gimnazjum, dla mnie to był dowód na to, że to stwierdzenie rodziców jest prawdziwe. Przez jakiś czas też rodzice robili ze mnie swojego powiernika. Jedno narzekało do mnie na drugie. Bardzo ciężko było mi w tym układzie, jednak dzięki terapii udało mi się poukładać te relacje i powiedzieć im stanowcze nie. Odsunąć się, nie ratować ich małżeństwa, zająć się własnym życiem i po prostu ''być córką'' nie ich osobistym terapeutą. Zaczęłam wprost mówić, że nie chcę by mieszali mnie w swoje sprawy i co w związku z tym czuję. To było jak walka z wiatrakami ale w końcu zrozumieli. Czasem nadal trochę się zapędzają lecz wiem jak w takiej sytuacji reagować i nie daję się w to wciągnąć. To mi dużo pomogło.

Dzisiaj, w momencie pisania tego tekstu puściłam sobie nagranie z yt o którym wspominałam w tamtym poście. Jestem sama w mieszkaniu, za oknem ciemno. Nie czuję już lęku ani strachu, jest ono po prostu niezbyt przyjemne w odbiorze z uwagi na treść padających słów. W żadnych innych sytuacjach nie pojawiają się u mnie lęki. Raz na jakiś czas pojawiają się u mnie koszmary nocne, że jestem gwałcona lub więziona. Po nich budzę się roztrzęsiona, ale szybko mi to przechodzi i kładę się spać z powrotem a rano już jest w porządku. Wróciłam do udzielania się na zajęciach. Długo trwało wyjście z lęku przed tym ''co inni sobie pomyślą'', wymagało dużo pracy i samozaparcia. Myśli negatywne czasem się pojawiają, coraz rzadziej. Radzę sobie z nimi dzięki świadomości tego co się stało w przeszłości i jaki to miało na mnie wpływ, jakie we mnie zostały przez to wszystko wykształcone schematy które zniekształcały mi rzeczywistość. Dzisiaj wiem, że wtedy patrzyłam na świat właśnie przez pryzmat tych schematów, szukając ich potwierdzenia. Nie rozumiałam, że ludzie są różni i postępują różnie, niekoniecznie z uwagi na to, że mnie nie lubią. Nie widzą co najmniej połowy tych rzeczy które uznajemy za wady, często oni sami uznają to za nasze zalety, ponieważ każdy ma inny gust. Myślałam, że na pierwszy plan w oczach innych wysuwają się moje błędy i słabości. A tak naprawdę tylko ja je widziałam i postrzegałam przesadnie negatywnie. Przez jakiś czas uczyłam się od nowa budowania kontaktów z ludźmi upewniając się, że obecne schematy są prawidłowe. Stałam się odporna na krytykę i wiem jaka jestem. Zrozumiałam swoje emocje i zachowania dzięki czemu pozbyłam się poczucia winy. Stany depresyjne nie wróciły już do tej pory, bywa tak że jestem smutna jednak szybko umiem poprawić sobie nastrój. Znalazłam sobie hobby i to w takich momentach mi pomaga. Z reguły nawet jeśli poniosę sporą porażkę, jestem lekko zdołowana przez kilka godzin a wieczorem lub następnego dnia rano już wszystko wraca do normy. (w trakcie depresji po każdej porażce zakopywałam się w smutku jeszcze bardziej, w tej chwili nie wyobrażam sobie tego, po prostu najwyraźniej już nie potrafię tego robić, bo zdaję sobie sprawę, że to zniekształcenie rzeczywistości)

To na ten moment wszystko co przychodzi mi do głowy w związku z chorobą. Mam nadzieję, że mój post komuś pomógł mimo tego, że jest napisany dość chaotycznie (ciężko mi to wszystko złożyć w całość, ponieważ historia ma wiele przeplatających się wątków). Proszę pamiętajcie, że współpraca z dobrym lekarzem psychiatrą i zaangażowanie w psychoterapię potrafi naprawdę pomóc. Dla każdego jest nadzieja choćby wydawało się, że jej nie ma i już zawsze będzie źle. Ja dzisiaj żyję i studiuję normalnie, jestem zdrowa a wcześniej myślałam, że to niemożliwe i nie uda mi się poradzić z przeszłością. Jednak się udało, choć wymagało to ode mnie wiele pracy i otwarcia się na ludzi pomimo strachu. Jeśli macie jakieś pytania - piszcie. :) Dziękuję za poświęcenie czasu i przeczytanie tego długaśnego postu do końca :D

Miłego wieczoru!

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku