Forum dyskusyjne

Zasługujesz na kogoś lepszego=spadaj?

Autor: Adekwatna   Data: 2017-12-27, 13:26:06               

Mam 21 lat. Znalazłam się w dosyć skomplikowanej sytuacji... Poznałam faceta, jest starszy ode mnie dwa lata. Był klerykiem. Właściwie to nadal jest, nie pytałam go o szczegóły, bo nie chciałam na niego naciskać. Od września mamy ze sobą kontakt, znaliśmy się też wcześniej około 3 lat ale tylko na ''cześć'' i ''pa''. Od września on zaczął szukać kontaktu ze mną, ja z nim również ale traktowałam go raczej jak kolejnego znajomego stamtąd (znam tam sporo osób). W końcu zaczął mnie widocznie podrywać. Zaprosił mnie i koleżankę na pewne spotkanie - skończyło się tak, że dostałam od niego różę przy tych wszystkich ludziach. Zakochałam się. Od tego czasu zaczęliśmy pisać ze sobą praktycznie codziennie. Coraz to częściej. Raz w tygodniu się widzieliśmy zazwyczaj, czasem rzadziej, bo mieszkamy w innych miastach. Nic się wtedy nie działo przy świadkach, kiedy zostawaliśmy sami uśmiechał się i robił do mnie maślane oczy. Wiadomo, że nic nie było między nami skoro był w seminarium, jednak zawsze mnie przytulał na pożegnanie/powitanie. Aż któregoś weekendu dostałam od niego wiadomość ''Nie masz przypadkiem pokoju na wynajem? :P'' Powoli i spokojnie przekonałam go żeby mi opowiedział co się stało. Powiedział mi, że odchodzi z seminarium. Nie chciał tłumaczyć przez telefon dlaczego - ok, pogadamy w cztery oczy. Chciałam mu pomóc w tym wszystkim, gadałam ze znajomymi czy nie mają gdzieś miejsca w pracy gdzie mógł by się zaczepić. No ale w końcu nic z tego nie wyszło, bo okazało się, że to u nich nie do końca legalne. Ma śluby czasowe do sierpnia, odchodząc musiał by się zgodzić na ich anulowanie a uważa, że to nie było by w porządku i chciał doczekać do końca, wtedy odejść ostatecznie. W tej sytuacji dostał zgodę na przeniesienie się na praktyki do miasta w którym ja mieszkam. Już nie studiuje, tylko mieszka w klasztorze, o resztę nie pytam, bo tak jak wspominałam nie chcę naciskać, żeby go nie spłoszyć... Od momentu kiedy się tu przeniósł minęły dwa tygodnie. Spotkaliśmy się w tym czasie dwa razy. Na pierwszym spotkaniu gdy szliśmy obejmował mnie, znów robił te ''maślane oczy'' i przytulił mnie mocno na pożegnanie. Wróciłam do domu, pisał do mnie, martwił się czy dotarłam, wtedy już pisaliśmy codziennie prawie całymi dniami... Aż w końcu mnie zapytał czy mogę go przytulić, od tego właściwie zaczęły się czułości. Zaczął pisać do mnie całymi dniami. Rano pisał dzień dobry, pytał czy wstałam, jak się czuję. Tak rozmawialiśmy o wszystkim całymi dniami aż do wieczora jak mówiliśmy sobie dobranoc i rano od nowa to samo. Mówił mi, że cieszy się że mnie ma. Aż przyszedł czas kolejnego spotkania. On postanowił mi coś ugotować, bo ostatnio gotowałam ja. Zjedliśmy, poszliśmy do pokoju, tak sobie rozmawialiśmy aż w końcu zaczął mnie przytulać - tak po prostu, nie na pożegnanie/powitanie. Mówił mi, że mu ze mną dobrze, że dziękuje że mnie ma. Znowu na mnie patrzył ''maślanymi oczami''. Pocałował mnie. Od tego momentu zaczęliśmy zachowywać się trochę jak para. Widziałam, że był szczęśliwy. Aż do wigilii. Chciałam z nim o tym porozmawiać, sama byłam w szoku po tym co się między nami stało. Powiedział mi, że tego nie planował, że nie jest gotowy na to by tworzyć coś nowego. Że zasługuję na wspaniałego faceta, a on nim nie jest bo teraz znajduje się w takim momencie swojego życia, że nie wie kim jest i czego chce. A nie chce mnie ranić. Zazwyczaj uznaję że takie słowa znaczą - spadaj. Ale on sam z siebie zaczął podkreślać, że jestem jedyna i nie spotyka się z nikim innym, po prostu nie chce żebyśmy na siebie naciskali. Potem wynikła pewna sprawa, pokłóciłam się z przyjaciółkami. To było tego samego wieczora co rozmowa z nim. Wspierał mnie, mówił, że mnie przytula, pocieszał. Czyli tamta rozmowa właściwie niczego chyba między nami nie zmieniła. Nadal rozmawiamy ze sobą całymi dniami o wszystkim, dodatkowo on chce spędzić ze mną Sylwestra (będziemy sami). Zdaję sobie sprawę jak to musi być wszystko dla niego trudne. W końcu był tam 4 lata a teraz powoli musi się odnaleźć w normalnym życiu. Do tego jest nieśmiały i ma niską samoocenę. Sama mu się nie dziwię, że nie chce pchać się w związki. Naprawdę może myśleć, że na mnie nie zasługuje, mieć wyrzuty sumienia, że zawiódł samego siebie odchodząc z seminarium. Ale z tyłu głowy zastanawiam się czy to nie jest jakaś gra. Zakochałam się w nim, chcę pomóc, jestem gotowa na to by czekać, dać mu dużo czasu by mógł się odnaleźć. Proszę powiedzcie mi co o tym myślicie.

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku