Forum dyskusyjne

Sortuj:     Pokaż same tytuły wpisów w wątku
  • Odeszła ode mnie żona...

    Autor: stayheavy   Data: 2013-02-10, 18:00:07               Odpowiedz

    Witam,

    Jestem nowym użytkownikiem forum, chociaż od dłuższego czasu śledzę niektóre wątki. Wielokrotnie zastanawiałem się czy nie założyć własnego i nie opowiedzieć swojej historii, ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Z tego co czytam jest ich niestety na pęczki, więc nie widziałem sensu opowiadać tej samej historii ponownie, zmieniając jedynie aktorów. Koniec końców postanowiłem o tym napisać, z kilku powodów.

    Po pierwsze, pomimo że jak już pewnie zauważyliście, jestem mężczyzną, a większość wątków które przejrzałem pisane są z perspektywy kobiet. Po drugie, jeśli w ogóle na coś liczę, to chyba na wpisy osób (dowolnej płci) które przez to przesły i potrafią powiedzieć ile to trwało i co jest dalej. Po trzecie i ostatnie, dzisiaj wiem że chciałbym sobie jakoś pomóc...

    Żona odeszła ode mnie pół roku temu, w zasadzie z dnia na dzień. Małżeństwem byliśmy (formalnie dalej jesteśmy, dzisiaj właśnie mija kolejna rocznica) 4 lata, wcześniej 9 lat byliśmy parą. Zawsze wydawało mi się że byliśmy dobrze dobraną parą, może nie idealną, ale przynajmniej mogę o sobie powiedzieć że to było udane 13 lat i było mi dobrze. Lubiłem nasze życie, wydawało mi się że żona również. Wszystko układało się naprawdę nieźle, kupiliśmy wymarzone mieszkanie, półtora roku temu urodziła nam się piękna i zdrowa córa, zawodowo też nie mogliśmy narzekać. Praca żony może nie była szczytem marzeń, ale była spokojna i stabilna. Moja praca wymagała więcej zaangażowania, ale jest dobrze płatna i pozwalała nam życ sobie względnie spokojnie. Wszystko ukłało sie nieźle, mieliśmy swoje problemy, ale kto ich nie ma. Zawsze wydawało mi się że o sile związku świadczy to w jaki sposób przechodzi się przez burze. Tej burzy niestety nie przetrwaliśmy...

    W zeszłym roku w kwietniu żona powiedziała mi że przestała mnie kochać. Było mi to trudno zrozumieć i przyszło zupełnie nieoczekiwanie. Czułem że od jakiegoś czasu oddaliliśmy się od siebie, ale uważałem że jest taki moment w naszym życiu że na chwilę naturalnie przestajemy się koncentrować na sobie. Żona wróciła 3 miesiące wcześniej do pracy, ja miałem dość ciężki początek roku w swojej pracy, do tego nasz maluch, który jak to dzieci pochłania sporo energii. Wydawało mi się że to wszystko jest przejściowe i może nawet na swój sposób naturalne. Niemniej jednak próbowałem rozmawiać z żoną, zawsze otrzymywałem odpowiedź że wszystko jest ok. I tak zastał nas kwiecień...

    Myślałem że zwariuję, chciałem rwać włosy z głowy. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść i ogólnie funkcjonowanie wychodziło mi średnio. Próbowałem rozmawiać, prosić, tłumaczyć. Próbowałem prosić o wytłumaczenie skąd, gdzie i dlaczego. Załatwiłem nam wizyty u psychologa, liczyłem na to że to coś zmieni. W końcu w małżeństwie zdarzają się kryzysy, ale nie chciałem pozwolić żeby ten najważniejszy (ze względu na małą córeczkę) kryzys rozbił naszą rodzinę. Żona po 3 wizytach powiedziała że przychodzi tam tylko dla mnie i że nie widzi szans na naprawienie tego związku.

    We wrześniu zeszłego roku wyprowadziła się do wynajętego mieszkania. Z dnia na dzień. Mieszkania szukała bez informowania mnie o tym, w zasadzie tydzień wcześniej przyszła i powiedziała że znalazła mieszkanie i że za tydzień się wyprowadza. Córkę zabrała ze sobą.

    Byłem naiwny. Aż mi się niedobrze robi jak o sobie myślę. Ufałem jej cały czas bezgranicznie. Wierzyłem że może po prostu coś sie faktycznie wypaliło i potrzebuje odpocząć i nabrać dystansu. Znajomi i przyjaciele mówili mi że kogoś musi mieć, że normalnie w takiej sytuacji człowiek tak nie robi. Rozumiem rodziny gdzie jest przemoc, alkohol i inne dziadostwa - coś w kobiecie pęka. My byliśmy normalną, kochającą się rodziną. Naiwnie odpowiadałem że nie, że to niemożliwe, a na potwierdzenie tej tezy przytaczałem szereg argumentów w które sam chciałem wierzyć...

    Byłem naiwny. Z poczuciem godności teraz jest u mnie słabo. W zeszłym tygodniu odwożąc córkę do żony zauważyłem że z jej klatki wychodzi jakiś pajac i wsiada do samochodu z logo firmy w ktorej żona pracuje. Po dłuższym naciskaniu przyznała się że się z nim spotyka. Nagle wszystko ułożyło mi się w całość z taką przejrzystością jakiej brakowało mi przez ostatni rok...

    Pogorszenie naszych relacji zacząłem odczuwać krótko po tym jak żona wróciła do pracy. Później czasem mi opowiadała że ma w pracy kolegę który jest w trakcie rozwodu. Opowiadała jaką to ma paskudną żonę która robi mu pod górkę i tak dalej. Czasem niby przypadkiem spotykała go w parku podczas spacerów z córką. W międzyczasie było jeszcze kilka takich sytuacji gdzie on się pojawiał. Wtedy już mnie to niepokoiło, ponieważ było to po tym jak żona powiedziała że mnie nie kocha...

    Ogólnie ostatnie miesiące spędziłem na rozpamiętywaniu i chyba użalaniu się nad sobą. Schudłem 15kg, a nigdy nie należałem do osób szczególnie przy kości. Wziąłem się co prawda za czynności na które wcześniej brakowało mi czasu (przede wszystkim squash, bieganie i ogólnie ćwiczenia fizyczne), ale w ogólnym rozrachunku to niewiele daje. Dobrze że mam pracę w której się realizuję, bo w przeciwnym wypadku chyba bym zwariował. Moje życie jest wyznaczane dniami w których widuję się z córką, którą kocham bardzo mocno i która bardzo kocha mnie, to widać. Trudno mi to wszystko zrozumieć, że można zdeptać wszystko z powodu jakiegoś zauroczenia.

    Żona ma szczęście że nie należę do osób złośliwch i zawziętych. Pomimo tego co się stało życzę jej dobrze, w końcu to matka mojego dziecka. Ale w tej chwili życzę jej również żeby się gorzko rozczarowała. Żeby trawiło ją to co trawi mnie, żeby przyszedł taki dzień w którym też nie będzie mogła spać i jeść. Żeby po prostu poczuła mój ból.

    Myślałem że z czasem będzie łatwiej, że człowiek jakoś się uodparnia. Nieprawda. Od czasu wyprowadzki, z pominięciem kilkudniowego okresu, było tylko gorzej. Nie mogę się z tym pogodzić, nie mogę zapomnieć. Zastanawiam się czy to że ją dalej kocham to stan faktyczny czy wmawiam to sobie. Nie mam do siebie szacunku, bo pomimo tego że przyznała się że kogoś ma, to powiedziałem jej że nie wszystko stracone. Brr... Tylko co tu zrobić, to jest 13 lat, ja po prostu nie znam innego życia i szczerze powiedziawszy to nie mam na inne życie ochoty. Wiem że powinienem iść do przodu, ale głowa jedno a serce drugie...

    Niemniej jednak klamka zapadła. Będę składał pozew o rozwód, nie ma co się dłużej oszukiwać. Kiedyś jak o tym rozmawialiśmy, żona powiedziała że chce rozwodu z winy dwóch stron lub bez orzekania o winie. Byłem gotów na to pójść, bo zdaję sobie sprawę że takie historie nie dzieją się z winy jednej ze stron. Dzisiaj już się na to nie godzę, w moim przekonaniu wina jest bezsprzecznie po jej stronie. Nawet jeżeli czegoś jej w małżeństwie brakowało, to nie wydarzyło się nic o czym nie można było porozmawiać i próbować prostować. Wybrała drogę na skróty. Wybrała zauroczenie (chyba) zamiast bezpieczeństwa i zaufania. Boję się tylko żeby nie zaczęła używać córki jako karty przetargowej. Nie posądzam jej o to, ale obawiam się tego. O przyznanie praw do opieki nad córą raczej nie będę walczył, to by było bez sensu i byłoby to tylko zaspokojenie mojej satysfakcji. Dziecko najbardziej potrzebuje matki, a chociaż czasem sam nie wierzę w to co mówię, to jest dobrą matką. Mnie przez większość dnia nie ma w domu, więc zabieranie jej córki tylko po to żeby spędzała większość dnia z opiekunką jest bez sensu.

    Pozostaje jeszcze temat podziału majątku, a w szczególności mieszkania które jest kupione w większości za kredyt. To wszystko napawa mnie przerażeniem.

    Przepraszam za tak długi wpis, zdaję sobie sprawę że trudno się to czyta, ale trudno również zawrzeć to w kilku zdaniach. Jeżeli ktoś z forumowiczów będzie chciał się podzielić swoimi przemyśleniami to będę zobowiązany.

    Pozdrawiam.



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: miriana   Data: 2013-02-10, 18:46:15               Odpowiedz

      Witam cie i wiem ze moje słowa w tej chwili sa mniej wazne ale przykro mi ze tak sie stalo.ale wiedz ze doskonale rozumie twoja sytuacje ale czas leczy rany choc nie do konca.ale musisz byc silny i teraz walczyc o czeste kontakty z córka bo ona jest teraz naj wazniejsza i napewno zle jej w tej sytuacji poniewaz jej mama okazała sie egoistka ktora widac mysli tylko o sobie.a ty masz szanse ulozyc sobie kiedys zycie bo jestes lojalny i odpowiedzialny.a co do rozwodu to masz racje a co do majatku to napewno jakos sie dn gadacie a jak nie to sad bedzie mial na uwadze to kto płaci kredyt i dalej to bedzie robil a naj bardziej ze dziecku tez trzeba a twoj płus ze ona sama sie wyprowadzila.takze teraz walcz o dziecko o kontakty z nim a nawet branie ja do siebie.pozdrawiam



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: noakei   Data: 2013-02-19, 10:28:28               Odpowiedz

        Nie potrafię pojąć dlaczego ludzie niszczą czyjeś małżeństwa. Gdyby nie ten pajac myślę ze nie byłoby tej sytuacji.



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: Fernando   Data: 2013-02-19, 11:20:20               Odpowiedz

          "(...)Nie potrafię pojąć dlaczego ludzie niszczą czyjeś małżeństwa. Gdyby nie ten pajac myślę ze nie byłoby tej sytuacji."

          Czy tylko "pajac"?
          Tu są dwie strony medalu....
          pani, też nie pozostaje bez winy...
          nawet gdyby "pajac" stawał na głowie, a pani, byłaby stanowcza i miała by chęć i charakter, by ratować małżeństwo, miast je rujnować, nie wskórał by niczego...
          Więc starajmy się być obiektywni przynajmniej...
          Nikt, nikomu nie zabierze, żony/męża, bez wyraźnego przyzwolenia tej/tegoż osoby/nika. To nie jest tak, że tylko ten, kto próbuje ingerować w związek, jest winny.
          Wina leży i po stronie, która na to przyzwala.
          A dlaczego to robi?
          Na to nie znam odpowiedzi....



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: moonshine   Data: 2013-02-10, 19:01:30               Odpowiedz

      Jak się czyta czasopisma kobiece czy fora dyskusyjne, to można odnieść wrażenie, że wszystko byłoby dobrze w związkach, gdyby nie mężczyźni-egoiści. To oczywiście tylko połowa prawdy. Kobiety także bywają egoistkami.

      Teraz Cię boli to, co ona Ci zrobiła, ale z czasem ból minie. Najgorsze, co mógłbyś zrobić, to pozwolić jej wrócić, gdy już przejdzie jej zauroczenie. Nigdy nie mógłbyś już jej zaufać, nawet, gdybyś jej wybaczył. Tak mógbyś się szarpać z nią do końca życia...

      Mieszkanie i kredyt trzeba jakoś podzielić. Za jakiś czas poznasz inną kobietę, a Twoja była żona będzie tylko wyblakłym, niezbyt przyjemnym wspomnieniem.



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-10, 19:20:20               Odpowiedz

        Wiesz co, sprobuje Cie pocieszyc....

        Zostales opuszczony, czujesz sie oszukany, te uczucia to duze emocje i straszny bol.
        Teraz gdy wiesz, gdy siedzisz w pustym mieszkaniu masz w glowie natlok mysli, miriady drobnych wspomnien w glowie, a ze wtedy tak spojrzala, a ze patrzyla tak slodko i milosnie w oczy mowiec ze zostaje w pracy dluzej.....Ze kiedys calowal i przysiegala i zapewniala ze zawsze tylko ty, jedyny ty...
        Zaczyna sie analizowanie co ona powiedziala, przemilczala i jak sie zachowywala, czyli roztrzasa sie wszystko i tak wokolo, bo znow przypominamy sobie jakis gest.
        Umysl pozniej proboje rozwiklac zagadke "dlaczego odeszla".
        Niepotrzebnie, bo jak swiat swiatem ludzie czasami odchodza od kogos, czasami nie wiedzac sami dlaczego.
        Odeszla do innego, nie lepszego, tylko do innego.
        To jest istna tortura i przez to roztrzasanie pojawia sie chec powrotu, powrozu do stalosci do poczucia bezpieczenstwa, do dawnych emocji.
        PRZEZ TO TRZEBA PRZEJSC, te meki moga trwac miesiacami.
        Dlatego wazne jest wiedziec, prawde ze ma ona kolege i ze powrot nawet jesli bedzie i tak nie zmniejszy cierpienia.
        Jeszcze troche potrwa, zanim sceny z waszego zycia przestana tak bolesnie tluc sie w glowie.
        Uwierz mi, kiedys przestana one wywolywac zlosc, jeszcze pozniej beda obojetne a moze kiedys nawet usmiechniesz sie na ich mysl, bo nie wiesz co Cie czeka.
        Moze czeka Cie cos niesamowitego i gdyby zona nie odeszla, nie zaznalbys tego.
        Nic nie dzieje sie bez przyczyny i bez skutku, teraz nie wiemy i to co teraz zdaje sie byc tragedia moze kiedys okazac sie szczesciem najwiekszym.
        U mnie tak bylo.
        Ok, nie wybiegajmy w hipotezy:)

        Na dzien dzisiejszy znasz prawde i w sumie widzisz tez ze zyles w iluzji.
        Chcialbys dalej zyc w iluzi?
        Wiec, widzisz juz cos pozytywnego, choc niesamowicie bolacego.

        Kurcze, wolana jestem na kolacje, wiec musze przestac na chwile pisanie pocieszenia.
        Kurcze, mam nadzieje ze to pocieszenie a nie dolowanie.
        Jesli dolowanie, to tylko na razie....CDN.

        Zjem krome chleba, wypije piwo i wracam:)



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: anonim63   Data: 2013-02-10, 19:49:53               Odpowiedz

          Znowu klamczucha jestes ,mowilas ze pijesz raz na rok:)a tu ciagle jakies popijawy :)
          W



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-10, 20:03:43               Odpowiedz

            Nie, nie klame.
            Raz na ruski rok upijam sie.
            Nawalona jak szpadel, tancuje, szaleje i czesto z glowa w kiblu laduje:)
            Czy male piwko do kromki chleba ze smalcem albo lampka wina do obiadu, zalicza sie do uzaleznienia?
            Jesli tak to jestem uzalezniona, do chleba ze smalcem i cebula:))
            Ale dodam ze nie szaleje po tym, nie obejmuje kibel i nie tancze, czyli nie ide w tango:)

            Dzis chyba juz nie pociesze autora wiecej, ale Dzwoneczka wpisy mi sie bardzo podobaja.
            Szczegolnie to ze trzeba z siebie wyrzucac te zle emocje, zeby nie zagoscily w naszej duszy na zawsze.
            Beda ludzie z Dzwoneczka:))

            Nalogowiec Magda z przedsiaka Europy, pozdrawia wszystkich smutnych i wesolych, normalnych i nienormalnych.
            I zyczy rownowagi midzy tymi normalnosciami i nienormalnosciami...:)



          • Dziękuję Madziu;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-10, 21:00:13               Odpowiedz

            I ja Cię pozdrawiam serdecznie.
            ;-*


            I załączam muzykę;)
            Może Ci się spodoba. Mam fazę i mi się wydaje, że nie sposób nie odlecieć;)
            Odlatuj i po jednym piwku;)
            A zwłaszcza od muzyki;) Miłego wieczoru i mam nadzieję, że owocnego w sentymenty do...kogoś;)
            Buziaki;)


            http://www.youtube.com/watch?v=JFQ8I-5MKv4&list=PL2DD30BF596EDE00F



      • Miłość.

        Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-10, 19:26:49               Odpowiedz

        Mi się pojawiło pytanie o miłość.
        Znowu rozróżnienie pomiędzy uczuciem a decyzją postawą...
        Twoja żona nie umiała dotrzymać obietnicy którą Ci złożyła.
        Nie będę snuć domysłów czy fakt, że kolega z pracy się rozwiódł ma znaczenie (wcześniejsze).
        Znam faceta od którego żona nie odeszła. Bo ten drugi się nie rozwiódł. Tkwi w martwym związku. I chyba jeszcze gorzej.
        Ty cierpisz.
        Nie będę oceniać twojej żony-koleżanki już to zrobiły...
        A ja myślę, że nie kochała Cię tak jak chciałeś być kochany...
        Czy to szczęście czy nieszczęście że odeszła?
        Jeśli już Cię nie kochała i trwałbyś w iluzji że jest dobrze-a ona cały czas myślałaby o innym -to byś tak wolał?

        Może to szczęście dla Ciebie bo nadzieja na przyszłość.

        Przykro mi, że to małżeństwo nie przetrwało.
        Ile macie lat?

        Wolałbyś aby dla "dobra" dziecka dotrwała do dorosłości córki i dopiero odeszła?
        Chciałbyś parę lat dłużej żyć w iluzji?
        ech...
        Smutne to i Ci współczuję.
        Bo każdy z nas chciałby być w dobrym związku na zawsze...
        Ale jak rzadko takowe się zdarzają...

        Zadziwia mnie fakt, że piszesz o tym związku prawie jakby był idealny, dobry, a tu ni z gruszki ni z armatki BUUUUMMMM!

        to pokazuje, że przynajmniej ona nie była szczera i to od jakiegoś czasu.
        Nie było kłótni o to co jest nie tak.
        Nie było krzyku, ze coś się dzieje...
        Nic, cisza i nagle BUM.
        To jest okropne.
        Okropne.

        Współczuję.


        Ja nie wiem jak bym sobie z tym poradziła. Chyba z tym, że żyłam w iluzji rogu obfitości i szczęścia byłoby najcięższe.
        Że nie wiedziałam co się dzieje w moim "ukochanym".
        Że nagle się dowiaduję, że nie kocha.
        Tak bez uprzedzenia. Bez walk. Bez niczego.
        Tak w ciszy i spokoju...nie wiadomo kiedy miłość umarła.



        Jest taki fragment wiersza T. Różewicza p.t. Bez

        "opuściłeś mnie bez szumu
        skrzydeł bez błyskawic
        jak polna myszka
        jak woda co wsiąkła w piach
        zajęty roztargniony
        nie zauważyłem twojej ucieczki
        twojej nieobecności
        w moim życiu

        życie bez boga jest możliwe
        życie bez boga jest niemożliwe"


        To jest taka kwintesencja odejścia
        nie wiadomo kiedy...
        I to nie napawa optymizmem.
        Że nie wiemy kiedy czasami miłość umiera...
        i wtedy b]pytania się rodzą
        Czy kiedykolwiek żyła....


        Ech...Smutek mnie dopadł.
        I nie wiem co Ci napisać.
        Jedno wiem:przestała Cię kochać i odeszła.


        Czy to dobrze czy źle..
        Czy to szczęście czy nieszczęście...
        Sam ocenisz.
        Kiedyś...
        Jak ból przeminie...
        Na pocieszenie powiem: To też minie...

        Pozdrawiam



        • Prawda czy iluzja...

          Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-10, 19:34:23               Odpowiedz

          jeszcze jedno:
          Wolisz prawdę czy iluzję...

          Żyłeś od jakiegoś czasu w iluzji, ale poznałeś prawdę.
          W końcu.
          To boli. Prawda czasami boli.
          Mogę Ci tylko życzyć prawdziwej głębokiej miłości
          która być może gdzieś tam jest na twojej drodze
          i musiałeś to przejść
          by do niej dojść.
          Tak sobie lubię tłumaczyć cierpienie...
          Że ono ma jakiś sens. Tylko, że my go w danym momemcie nie widzimy, bo nie ogarniamy całości...

          Pozdrawiam.
          Pisz. Wypisuj emocje. By w Tobie nie zostały i nie zniszczyły Ci życia i zdolności do kochania kobiety...
          Pozdrawiam serdecznie...



          • PS.

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-10, 19:44:52               Odpowiedz

            Moja matka została opuszczona przez mojego ojca w wieku 55lat
            Do tej pory jest sama.
            I pewnie tak zostanie.Jest dobrą wspaniałą kobietą (nie mówię, że idealną).Ale smutno mi, że przestała wierzyć w możliwość zmiany, mężczyzn i tak dalej.
            I smutno mi, że jest sama. Była piękną dziewczyną. Miała wielu facetów i pokochała mojego ojca.I wiele lat trwała ...pomimo, że powinna była odejść.
            Dlatego zapytałam Cię o wiek.
            I dlatego mówię Ci, abyś nie dusił tych emocji w sobie, by Cię zgorzknienie i niewiara nie dopadła.
            Byś nie zamknął się.

            Pomyśl -to mogło się zdarzyć wiele lat później...

            Nie pozwól by wiara i nadzieja w Tobie umarła.
            Pozdrawiam serdecznie...



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: fatum   Data: 2013-02-10, 19:44:29               Odpowiedz

      Mnie uderzył z kolei twój egoizm.
      Gdzie go widzę?
      Ano w tym momencie kiedy bezlitośnie chcesz oddać dziecko matce.A przecież wpis twój to idelny przecież wpis i chcesz go tak zmarnować?
      Zabierz dziecko ze sobą,bo ty je bardziej kochasz.
      Takiej hipokryzji to już dawno nie widziałam.
      Kocha człowiek,mężczyzna bardzo swoje dziecko,ale jednak chce je oddać matce,która faktycznie możliwe,że nie umie się zająć dzieckiem.Niech dziecko wychowuje ktoś kto umie kochać.



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: anonim63   Data: 2013-02-10, 20:02:15               Odpowiedz

      Nic nie jest pewne w tym zyciu,nic nie jest na 100% ,nic nie jest do konca zycia.Smutne,ze kolejne dziecko bedzie pokaleczone.
      Nie musisz sie obwiniac o wszystko,zachcialo sie jej adrenaliny ,nowosci to po prostu odstawila Cie jak niepotrzebna rzecz.Nie odpuszczaj niczego co Ci sie nalezy.
      To co przezywasz to nie jest nic nienormalnego.To jest strata ktora spotkala Cie w zyciu i trzeba to przezyc.
      Jest 5 etapow ktore trzeba przejsc
      Szok i izolacja
      • Gniew i bunt
      • Targowanie się z rzeczywistością
      • Depresja
      • Akceptacja

      W zaleznosci od osoby rozny jest czas przezywania , ale nie bedzie to ani miesiac ani pol roku.
      Byles z nia ponad 10 lat wiec gleboka emocjonalna wiez jest.
      Zajmij sie soba , utrzymuj tylko niezbedny kontakt odnoszacy sie do corki.Nie pytaj dlaczego to zrobila jakie powody nia kierowaly ,to pytania ktore niczego nie wnosza i do niczego nie prowadza.Zacznij nowe zycie ,zajmij sie soba.Tylko bron boze nie szukaj pocieszenia w ramionach innej.
      W



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: Amelia50   Data: 2013-02-10, 20:48:13               Odpowiedz

        Autor wątku pewnie już poszukał tego pocieszenia, to pierwsza rzecz, którą panowie robią, jak ich żona zostawi...



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: krakers   Data: 2013-02-10, 23:42:41               Odpowiedz

        Dlaczego Anonimie proponujesz, by Autor nie pytał, dlaczego tak został potraktowany?
        Ja po takim ciosie strasznie chciałam to wiedzieć, ponieważ od razu zaczęłam oskarżać siebie, szukać miejsc, w których zawiodłam, całą agresję skierowałam na siebie i nie mogłabym chyba się przed nią obronić, gdybym nie znalazła chociażby jakiegoś choćby najbardziej marnego argumentu, który by mnie wówczas powstrzymał przed zwariowaniem z powodu niewyobrażalnego bólu...



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: Amelia50   Data: 2013-02-11, 00:09:10               Odpowiedz

          Krakers, a jakąż to satysfakcjonująca odpowiedź może uzyskac osoba opuszczona od porzucającej?
          Gdyby miała mu coś do zarzucenia, to by wyjaśniła.
          Co mogłaby powiedzieć?
          Odchodzę bo nigdy Cię nie kochałam, tylko tak mi się wydawało, było mi z Tobą wygodnie żyć ale nudno, myślałam że nikt inny mi się już nie trafi, więc lepiej było być z tobą niż samej, zegar biologicznymi tykał i chciałam miec dziecko i żeby miało ojca, a ty się nadajesz na dobrego ojca itp.
          A do kochania to ja wolę samca alfa niż ciebie?

          Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: dlaczego mnie nie kochasz i dlaczego mnie porzucasz...



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: krakers   Data: 2013-02-11, 08:25:51               Odpowiedz

            Tak Amelko, chciałam wiedzieć i uznałam, że mam do tego prawo, ponieważ dla mnie mój związek też był trudny, ja starałam się, jak mogłam na miarę moich możliwości,predyspozycji i umiejętności, by dać z siebie dużo i wydaje mi się, że niejeden facet życzyłby sobie takiego właśnie życia.
            Te argumenty, które podałaś:-bo Cię nie kochałem(łam), -bo nuda,-bo było wygodnie,-bo było bezpiecznie, -bo strach przed samotnością
            to dla mnie cała masa sensownych argumentów (chociaż ciężko je przyjąć na klatę), o których warto dyskutować, rozmowa o nich ma sens-jeśli nawet nie dla naprawy tego związku-co równa się niemalże z zaparciem się samego siebie, to z całą pewnością dla przyszłego udanego związku-bo taką ewentualność biorę pod uwagę-nie chcę być sama.
            Te argumenty to kierunkowskazy do pracy nad sobą. Nie wyobrażam sobie wejść w nowy lepszy związek nie zmieniając nic w sobie, a tylko z urażoną dumą, siekierą w sercu, siniakiem na tylnej części, scyzorykiem w kieszeni, karabinem w nogawce gotowym do strzału bez ostrzeżenia i wielkim notesem żądań i pragnień, oczekiwań i dyspozycji.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: Amelia50   Data: 2013-02-11, 08:56:47               Odpowiedz

            Krakersiku, a dla mnie to nie są żadne argumenty!
            Szczególnie jak się kogos porzuca po 20 latach, szczegónie jak przez ten cały czas było wrażenie, że związek jest udany.
            Porzucajacy tak też nigdy nie powie, bo to swiadczy tylko źle o nim, że wykorzystał dobrego człowieka do własnych interesów, a teraz porzuca go jak niepotrzebnego smiecia.
            I nad czym tu chcicałabyś pracować? Nad tym, że jest się wrażliwym, solidnym człowiekiem dbającym o potrzeby parnera? Mozna popracowac tylko nad tym, żeby kolejnego partnera poszukać normalnego, "nudnego" jak mówi Anonim :-) który nie składa wielkich deklaracji o miłości, a który po prosty JEST (tak cos pisała BN o wiernej przyjaciółce)



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: krakers   Data: 2013-02-11, 10:44:22               Odpowiedz

            A właśnie, że jest nad czym pracować. Wiesz nad czym muszę popracować i chyba Ty też?:) Nad zdrowym egoizmem, nad tym, by -jak stwierdziła niegdyś Chello- nie oddawać się dobrowolnie w jasyr, spełniać zachcianki, by przestać się stale odruchowo martwić, czy ktoś czuje się ze mną dobrze, zacząć się zastanawiać, czy ja się czuję dobrze, na co mam ochotę, trzeba pracować nad resetem, traktowaniem siebie jak kogoś wartościowego,



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 18:56:58               Odpowiedz

            Ja chciałbym znać odpowiedź na pytanie: dlaczego, tak naprawdę? Myślę że jeżeli takie pytanie pozostaje bez odpowiedzi, to naprawdę można uwierzyć że to wszystko nie miało żadnego sensu. A skoro nie miało sensu, to czemu trwało tak długo?

            Żona kiedyś powiedziała mi że oddaliliśmy się od siebie. Z wszystkich bezsensownych w mojej opinii argumentów ten jeden był sensowny i miał pokrycie w rzeczywistości. Zastanawia mnie tylko cały czas jak można oddalić się od siebie w takim wspaniałym momencie życia, zostając rodzicami ślicznego malucha? Nie wiem, może nie byliśmy w stanie udźwignąć tej zmiany...

            Z oddaleniem to prawda, ale tak jak pisałem wcześniej, sądziłem że to chwilowe. Próbowałem temu przeciwdziałać, ale trafiałem na dystans żony. Do dzisiaj zadręczam się że nie zrobiłem wyarczająco dużo, że może koncentrowałem się na niewłaściwych rzeczach. Może ona potrzebowała czegoś innego, a ja nie byłem w stanie tego odczytać, nie otrzymując od niej jasnego komunikatu. Z drugiej strony małżeństwo to związek dwojga ludzi i potrzebne są chęci po dwóch stronach. Moje potrzeby emocjonalne też nie były zaspakajane, ale...przecież to miało być przejściowe...

            Dzisiaj już widzę że moje działania były skazane na porażkę, bo żona szykowała mi nowe rozdanie. Co nie zmienia faktu że wciąż pytam siebie co mogłem zrobić żeby ona nie czuła potrzeby 'zafascynowania się' kimś innym. Trochę to wszystko trudno, bo w pracy spędzamy sporą część życia i nagle okazuje się że obce osoby stają się bliższe niż rodzina...

            Ogólnie zawiodła chyba komunikacja. Po dwóch stronach niestety. Myślałem że uzmysłowienie sobie istnienia problemu to już połowa sukcesu. Że skoro już wiemy że mamy problem, że oddaliliśmy się od siebie, to zróbmy wszystko żeby ten stan rzeczy odwrócić. Wiadomo, to się nie zmieni dziś i jutro, ale skoro nam na sobie zależy, to poruszmy niebo i Ziemię. Są w życiu rzeczy o które naprawdę warto walczyć. W tym jednak ambaras...

            Zgadzam się z krakersem że jakkolwiek jest to bolesne, uczy nas wiele o innych ludziach i może w szczególności o nas samych. Żałuję tylko że bilans zysków i strat jest w moim odczuciu tak niesprawiedliwy...



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: krakers   Data: 2013-02-11, 19:49:42               Odpowiedz

            wygląda na to, że jesteś bardziej dojrzały od żony,o wiele od niej silniejszym, dlatego masz bardzo dużo z porządnego faceta, poza tym dobrze chyba wiedzieć dlaczego tak się stało-jeśli nie teraz to za jakiś czas. Dodatkowo wydaje mi się, że człowiek podejrzewa, może nawet podświadomie wie. Z jednej str. chce wiedzieć, z drugiej odpycha to od siebie. Woli to usłyszeć od tej drugiej osoby, która skrzywdziła.

            Bilans strat i zysków-to tylko jest takie łatwe do ustalenia w
            ekonomii.
            To prawda, że w odczuciu Twoim, moim, innych obserwatorów jest niesprawiedliwy. Mam jednak pewność, przeświadczenie, że w życiu człowieka tak ciężkie doświadczenie, mimo że odbiera oddech, rzuca na kolana i prawie że zabija, otwiera przed Tobą nową, lepszą perspektywę Ciebie, to szczególny czas, byś poszanował siebie, docenił, pokochał:), nad sobą pracuj, bądź dla siebie miły, nie bierz wszystkiego na klatę!
            Pozdrawiam



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 22:22:47               Odpowiedz

            Silniejszy od żony...raczej nie, przynajmniej jeszcze nie teraz. Nauczę się jednak być silnym, jestem tego pewny. Może nie dziś i nie jutro, ale nauczę się. Mówi się że wiemy o sobie tylko tyle na ile nas sprawdzono. Moja żona powiedziała: sprawdzam...

            Wiesz, zastanawiam się tylko co jest moją motywacją w tym wszystkim. Czy chcę być silny dla siebie, czy chcę być silny dla dziecka, czy chcę zwyczajnie żonie pokazać że nie złamała mnie. Aktualnie chyba niestety bycie silnym dla siebie jest najmniejszą motywacją.



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: chello1   Data: 2013-02-11, 10:01:03               Odpowiedz

        Jest 5 etapów które trzeba przejść
        Szok i izolacja
        • Gniew i bunt
        • Targowanie się z rzeczywistością
        • Depresja
        • Akceptacja


        Stary, dobry Anonim ma jak zwykle rację.
        Jestem w stanie depresji.Mam nadzieje,ze minie.

        Przede mna tylko akceptacja,he,he



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: stayheavy   Data: 2013-02-10, 21:15:08               Odpowiedz

      Dziękuję za wszystkie wpisy i słowa otuchy. Ustosunkuję się do nich w jednym poście, myślę że tak będzie łatwiej śledzić wątek.

      Najprościej będzie odpowiedzieć na pytanie o wiek. Mamy po 30 lat.

      Jeśli chodzi o moje odczucia, to niezmiennie od pół roku jest tak jak pisze Magdallenabann. Jestem sam w pustym mieszkaniu, w mieszkaniu które kupiliśmy razem, które urządzaliśmy razem i w którym każda rzecz przypomina mi żonę, córkę i wspólnie spędzone chwile. Jestem niestety osobą emocjonalną, więc trudno jest mi nie rozpamiętywać tego wszystkiego. Są ludzie którzy potrafią zamknąć pewien rozdział swojego życia i iść dalej niezależnie od przeszłości. Jestem pewny że ja też to potrafię, tylko pomimo tego czasu chyba jeszcze nie chcę, dla mnie jest na to za wcześnie...

      Chciałbym też zaznaczyć że nie jest tak że całe dnie spędzam w tym mieszkaniu użalając się nad sobą. Mam wsparcie przyjaciół i znajomych, mam rodzinę, mam jakieś dodatkowe zajęcia którymi staram się zająć myśli. Ogólnie mam lepsze i gorsze dni. Są dni gdzie wydaje mi się że odpuszczam, wybaczam i chcę iść dalej. Są też takie gdy nie chce mi się wstać z łóżka...

      Chciałbym to wszystko po prostu zrozumieć. Wiem że to naiwne pragnienie, ale nie potrafię przestać myśleć że gdybym potrafił to zrozumieć, to byłoby mi łatwiej się z tym pogodzić. Potrafiłbym to sobie jakoś wytłumaczyć. Zawsze starałem się być dobrym mężem, a wcześniej partnerem. Na pewno nie byłem idealny, mam swoje wady, ale zawsze starałem się żyć w tym związku tak, żeby pamiętać że ponad codziennością i codziennymi problemami jest coś więcej, coś o czym nie można zapominać. Dlatego tak trudno jest mi pogodzić się z sytuacją w której moja żona z dnia na dzień o tym zapomniała.

      Jeżeli chodzi o możliwość powrotu, to na chwilę obecną nie widzę jej w ogóle. Mógłbym pisać o swojej męskiej godności, dumie i tak dalej, ale tak naprawdę chodzi o prozaiczną sprawę - żona kategorycznie twierdzi że nasz związek jest skończony i że chce iść dalej. Nie zmuszę jej do niczego, zresztą to nie miałoby sensu. Nie sądzę również że byłbym w stanie o tym zapomnieć. Najtrudniej jest odbudować zaufanie gdy się je straci.

      Z drugiej strony, tak jak pisałem wcześniej, głowa jedno a serce drugie...

      Najtrudniej jest mi się pogodzić z tym że zafundowaliśmy córce spaprane życie. Ona niczym nie zawiniła, a będzie ponosiła największe konsekwencje tego dramatu. To jest takie słodkie i wesołe dziecko że aż mi się nie chce wierzyć skąd w niej tyle radości. Niemniej jednak widać że ona wie co się dzieje. Nie rozumie jeszcze dokładnie co, ale na poziomie emocjonalnym na pewno to odczuwa. Dlatego przy córce nie mówię źle o żonie, kiedyś jej to wytłumaczę. Zresztą piszę do niej listy w zeszycie, na różne tematy, również dot. tego co się stało. Nie oczerniam tam żony, staram się po prostu napiać co czuję. Ostatnio znalazłem w internecie bajkę dla dzieci tłumaczącą co się dzieje podczas gdy rodzice się rozstają. Bajka o małej chmurce i dwóch wiekszych churkach które rodzą wyładowania podczas gdy są razem. Mądrze napisane. Ja tak ładnie nie potrafię, ale chciałbym po prostu żeby córka wiedziała że zrobiłem co mogłem...

      Trudno mi właśnie oswoić się z myślami że córka kiedyś może mieć innego tatusia. Nie potrafię sobie wyobrazić że przytula się do kogoś innego tak jak robi to do mnie. Mam nadzieję że żona zachowa rozsądek i jeżeli zacznie sobie układać życie na nowo, to nie zapomni kto jest ojcem i nie będzie starała się obcym mężczyzną zastąpić mnie. Z drugiej strony, jeżeli już ma mieszkać z kimś innym, to chciałbym jednak żeby była szczęśliwa, żeby miała ciepłego wujka, a nie drania który nie będzie o nią dbał. Pełno we mnie sprzeczności, ale po prostu nie chcę zostać zepchnięty na drugi plan. Nie chcę żebym to ja został wujkiem...

      Co do życia w iluzji i związku idealnego...oczywiście nie chciałbym takiego życia. Jeżeli to rzeczywiście była iluzja, to może dobrze że tak się stało. Co nie zmniejsza faktu że wciąż wszystko we mnie krzyczy. Byłem szczęśliwy przez większość tego czasu, może nie była to wzorcowa miłość ze scenariusza filmowego, ale co tu dużo mówić, po prostu było mi dobrze. Chciałbym myśleć że mojej żonie również. Chciałbym wierzyć że to wszystko ma głębszy sens którego jeszcze nie rozumiem, ale że przyjdzie taki dzień gdy zrozumiem. Może okaże się że to było najlepsze wyjście dla nas wszystkich. Ja sobie jakoś pewnie poradzę. Jeśli chodzi o żonę, to...podobono karty w życiu się odwracają, ale we mnie naprawdę nie ma nienawiści. Lub już nie ma. Po tym jak się dowiedziałem że spotyka się z kimś innym znów nie spałem i nie jadłem przez jakiś czas. Teraz juz nic nie czuję. Pustka i chyba obojętność. Tak naprawdę nie chcę jej znienawidzieć, przez wzgląd na te wszystkie lata i przez wzgląd na córkę. W grunie rzeczy to dobra osoba, tylko pogubiła się bardzo, a ja nie byłem jej w stanie pomóc. Kiedyś zrozumie, ale będzie już za późno. Wydaje mi się że w życiu wszystko do nas w jakimś sensie wraca, więc moja nienawiść niczego nie zmieni.

      Co do wypowiedzi fatum, to nie jestem się w stanie z Tobą zgodzić. Rozdzieliłbym miłość do dziecka i miłość do partnera. Wiem że moja córka jest kochana, widzę to. Mam nadzieję że to się nigdy nie zmieni, że nie zejdzie na dalszy plan przez zauroczenie. Poza tym walka w sądzie o córkę najgorszy wpływ miałaby właśnie na nią, a tego nie chcę. Tak długo jak wiem że żona dba o córkę nie będę walczył o odebranie jej praw do opieki, co nie znaczy że nie będę walczyć o widywanie się w jak najszerszym wymiarze czasu. Moje ego nie jest najważniejsze.

      Amelia50 - nie znalazlem sobie pocieszenia. Nie mówię że tak nie byłoby łatwiej zapomnieć, ale tak jak napisałem wyżej, dla mnie jest za wcześnie na cokolwiek. Koncentruję się na córce i na pracy.

      Uciekam zrobić obiad na jutro. Dzięki wielkie za wszystkie wpisy. Jeżeli nic już dzisiaj nie napiszę, to życzę wszystkim kolorowych!



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: miriana   Data: 2013-02-10, 21:55:48               Odpowiedz

        Podziwiam cie i masz naprawde duzo rozsadku i dobre serce.masz racje co do komentarza Fatum bo jak matka dba o dziecko a do tego nie broni ci z nim kontaktu to nie ma sensu dziecku jeszcze wiekszego bolu dodawac a po za tym dzieci duzo rozumia mimo wieku a ty jak bedziesz uczestniczyl w zyciu dziecka to nigdy nie bedziesz na drugim planie i nigdy nie bedziesz zadnym wujkiem tylko dobrym i kochajacym tatem jak do tej pory.Wierze w ciebie,dasz rady.dobranoc



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 16:17:49               Odpowiedz

          Przykro mi to mówić, ale teraz poza rozsądkiem i dobrym sercem będę potrzebował twardej dupy...



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: pawel5260   Data: 2013-02-10, 22:19:14               Odpowiedz

        taki to już świat
        współczuję

        feministki nawpisywały co wiedziały, same nie poukładały sobie życia , a tu na forum RAdZą

        człowiek jest do tego by budował i żył z towarzyszem, tobie pozostało już budowanie własnego świata

        pozostało:
        1. spłacać kredyty
        2. płacić alimenty
        3. budować własny świat
        4. pamiętać o swojej naiwności

        przywiązać do siebie, a nie jak dokonałeś, przywiązałeś się do towarzysza

        nie licz na dziecko, nie licz na żonę, licz na siebie i dbaj o siebie, reszta to tak jak podatek VAT, nadwyżkę wartości dodanej się płaci i nie ma , że boli

        uszy w górę i postaw na siebie



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: fatum   Data: 2013-02-11, 09:38:11               Odpowiedz

        Nie potrafisz się przyznać,że gdyby faktycznie tobie przyznano dziecko to byłbyś najszczęśliwszym facetem na świecie?
        Tego to już w zaden sposób pojąć nie potrafię.
        Możesz mnie oświecić w mojej hipokryzji?



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 16:14:05               Odpowiedz

          Wybacz, ale nigdzie nie odnosiłem się do hipokryzji, ani Twojej ani swojej. Masz prawo do własnego osądu, a ja mam prawo się z tym osądem nie zgodzić.

          Najszczęśliwszym facetem na świecie byłbym gdyby moja rodzina nie musiała przechodzić tej ścieżki zdrowia którą właśnie przechodzi. Rozbita, w jakiejkolwiek postaci, nie daje mi poczucia szczęścia.

          Reasumując, chciałbym po prostu rozwiązać ten temat po ludzku. Nie zależy mi na karaniu żony. Nie wiem, może powinienem pałać do niej nienawiścią, może powinienem życzyć jej wszystkiego najgorszego. Czasem nawet myślę że tak właśnie powinno być. Ale tak nie jest i nie wiem o czym to świadczy...

          Może to nadzieja.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: fatum   Data: 2013-02-12, 17:31:21               Odpowiedz

            A co dzisiaj było słychać u ślicznego malucha?
            Pamiętasz jeszcze o nim?
            Myślę nad twoim smutnym położeniem i dlatego znów pytam o dziecko.W przeciwieństwie do mnie ciebie mi jest mimo wszystko żal.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 18:02:11               Odpowiedz

            Pamiętam przede wszystkim o niej.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: fatum   Data: 2013-02-12, 18:10:33               Odpowiedz

            Proszę napisz coś więcej o dziecku.
            Bardzo proszę.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 19:49:43               Odpowiedz

            Czego chciała byś się dowiedzieć? Napisanie 'czegoś' to rozległy temat, a być może Twoje pytanie ma konkretne podłoże.



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: walentyna   Data: 2013-02-12, 12:52:21               Odpowiedz

        "Uciekam zrobić obiad na jutro." - ożeń się ze mną ;) facet idealny noo;)
        A co do sedna sprawy tak mi się ostatnio nasunęło, że nas kobiety karmi się bzdurami typu: to facet ma się starać, to facet ma zabiegać, stawać na głowie żeby nam królewnom dostarczac wiecznie jakiś rozrywek.To on ma okazywać ze mu zależy. A jak nie nosi wiecznie na rękach tylko jest normalnie czyli praca, wspólne wychowywanie dzieci, zmęczenie, znudzenie w końcu "zycie to nie bajka" to jest źle. A dla wielu mężczyzn taka normalność, proza życia to szczęście.

        Trzymaj się, wyglądasz na poukładanego faceta więc przejdziesz to mądrzejszy i mocniejszy. Jedyne co mnie przeraża, że coraz młodsi stwierdzają że im nie po drodze...



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 14:10:06               Odpowiedz

          Obiad to może zbyt dużo powiedziane, ale coś jeść trzeba. Reklamują teraz w mediach tzw. papirusy, różnych firm. Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy wynalazek kulinarny od czasu poprzedniego najlepszego wynalazku kulinarnego, cokolwiek nim było. Dla ludzi o ograniczonych zdolnościach kulinarnych naprawdę fajna rzecz. Szybko i smacznie. I jak się człowiek postara, to nawet patelni nie trzeba myć ;-).

          Z prozą życia trafiłaś w sedno. Lubiłem swoje spokojne życie. Przez te wspólnie spędzone lata nauczyłem się też że żona nie jest osobą której specjalnie potrzebne są fajerwerki. Byliśmy raczej domownikami i tam czuliśmy się najlepiej. Książka, film czy radio, to był nasz świat.

          Dlatego zawiodłem się na niej i na sobie, że nie potrafiliśmy sobie na czas zakomunikować że potrzebna jest jakaś zmiana.

          Dzwonecznik pytała w którymś poście o co konkretnie się obwiniam. Teraz właśnie uświadomiłem sobie że chyba obserwowałem to oddalanie się żony przez jakiś czas. Że pozwoliłem na to. Wiesz, potrafię przypomnieć sobie kilka takich sytuacji które mnie zaniepokoiły. Próbowałem rozmawiać z żoną, tylko wtedy to już trafiało w próżnię - zawsze wszystko było ok. Werbalnie przynajmniej. Naprawdę ufając żonie, a także tłumacząc sobie że to jest przejściowe i jest wynikiem ogólnego zmęczenia, myślałem sobie chyba - to minie... A właśnie wtedy powinienem być stanowczy. Właśnie wtedy powinienem pokazać że jestem facetem.

          W momencie kiedy się na to zdobyłem (psycholog, etc) to ona mentalnie była już gdzie indziej...

          Mogę się tak obwiniać w nieskończoność, z tym że rozumiem że nie o to chodzi. W gruncie rzeczy chciałbym żeby ona też walczyła o mnie, a nie zdobyła się na nic. Jest mi smutno z tego powodu, bo to znaczy że w tamtym czasie nie przedstawiałem już dla niej wartości. Szkoda, fajnie było mieć własną rodzinę i trwać sobie w tej prozie życia...

          Wiesz, pytałem gdzieś o to dlaczego tak się stało. Jedną z rzeczy która przychodzi mi do głowy to to że ludzie mają wobec siebie inne oczekiwania w wieku 16 lat i inne oczekiwania w wieku 30 lat. Może to zaważyło. Z drugiej strony, będąc ze sobą przez te lata zmieniają się razem, więc myślę że poniekąd też zmieniają się wzdłuż tego samego kierunku. W końcu życie to sztuka kompromisu, więc jeżeli wiem że chcę z kimś dzielić swoje życie i widzę jak ta osoba się zmienia, to częścią tego kompromisu jest to że zmieniam się razem z partnerem, o ile oczywiście nie godzi to w jakieś moje fundamentalne wartości.

          Podsumowując, w jednym z wątków na tym forum przeczytałem piękną metaforę która głęboko mi utkwiła w pamięcie. Pozwolę ją sobie przytoczyć, bo jest bardzo uniwersalna, a może i są na forum osoby które jej nie czytały.

          Chodzi o porównanie związku i radia i o podejściu do tych tematów dzisiaj i kiedyś. Kiedyś zepsute radia się naprawiało, a dzisiaj się je wyrzuca i kupuje nowe. Naprawdę dobra analogia.

          Pozdrawiam i wracam do pracy.



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: fanfantulipan   Data: 2013-02-11, 00:02:39               Odpowiedz

      Stayheavy, wydajesz się być racjonalnym porządnym facetem ,
      poszukaj w necie i poczytaj o fazach rozstawania. jest tego mnóstwo, i to napewno rozjaśni to co odczuwasz i być może ułatwi sytuację.

      i nie obwiniaj się ze córce nie zapewnicie pełnej rodziny, bo dzieci wyczuwają fałsz jesli coś nie gra. Wolą rodziców szczęśliwych i prawdziwych :-)

      poza tym sprawiaj sobie przyjemności, dobrze że cwiczysz ale chyba robisz to dosyć zadaniowo, i niemyśl za dużo, co będzie to będzie. najwidoczniej tak ma być.



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: pasjaa   Data: 2013-02-11, 00:45:34               Odpowiedz

      Bardzo Ci współczuję tego co Cie spotkało i czasu który przeżywasz i przeżywać jeszcze będziesz... .
      Praktycznie wszystkie targające Tobą uczucia, emocje,
      pytania, szok były tez moim udziałem...
      schemat szalenie podobny z tą różnicą, że mój mąż w żaden ale to żaden sposób nie odkrył swoich kart przez 3 lata do orzeczenia rozwodu...,
      ja wiedziałam że ktoś jest choć na początku naiwnie chciałam wierzyć, że może to tylko pogubienie, chęć pobycia samemu...
      takie tam głupoty... dość szybko jednak intuicja zaczęła podpowiadać, że w próżnię się nie odchodzi mając w sumie dobre życie...
      Wielkim dramatem w tym wszystkim sa dotknięte dzieci co często jest bagatelizowane...
      Dla mnie w tamtym czasie życie sie skończyło, podobnie jak Ty mocno schudłam. ważyłam niewiele ponad 40 kilo, były momenty, że drapałam pazurami w ścianę, wyłam z bólu i dopadały mnie zachowania kompulsywne - musiałam chwycic za telefon i gadać. całe szczęśćie, że były osoby które w tym czasie poświęcały siebie. Potrafiły być ze mna godzinami na telefonie kiedy ja wylewłam z siebie cały ból. Jestem do dziś im za to wdzięczna, że pomogły mi przeżyć. Innego zycia sobie nie wyobrażałam, nie chciałam juz na nic sie otwierać, ułożyłam sobie w swojej głowie,
      że zostanę sama bo innego mężczyzny obok siebie juz nie widzę.
      Nie wyobrażałam sobie jakiejkolwiek innej więzi emocjonalnej z innym mężczyzną a co dopiero więzi fizycznej zwłaszcza, że mąz był pierwszym i jedynym moim facetem. Byliśmy prawie 20 lat.
      długo pragnełam powrotu męża i bardzo o ten powrót sie modliłam. dziś dziękuję Bogu, że mnie wtedy nie wysłuchał.
      Mysle sobie, że gdyby dopuścił jego powrót ja z tej szczęśliwości zatraciłabym siebie i całkiem bym się poddała mężowi. Ten trudny czas długa terapia ludzie na mojej drodze pozwoliły poznac siebie lepiej. Dziś wiem czego nie chcę. Na pewno nie chcę powrotu męża. To przykre ale jest juz jak obcy człowiek w dodatku nie zaufałabym na poziomie kobieta-mężczyzna. Zawiódł.
      Dziś jestem mam nadzieję z dobrym człowiekiem i jest mi dobrze. Okaleczenie jednak spowodowało, że juz nie planuję przyszłości na lata. Żyję dniem dzisiejszym i cieszę się i doceniam to co mam. To banalne co napisze ale przez całe moje bycie z mężem i małżeństwo nie zaznałam czegos takiego, żeby mąz mi stopy wymasował - śmieszne może..., dziś doświadczam takich prostych i miłych gestów... .
      Piszę Ci to żebyś uwierzył, że to co przeżywasz jest tu i teraz to z czasem będzie się zmieniać. Jeszcze długi proces przed Tobą bo przejście przez rozwód i ustalenie widzeń będzie mocno trudnym czasem. Jeszcze wiele doświadczysz. Oczy i uszy twoje doznają szoku i wielkiego zdziwienia.
      poznasz lepiej fałsz i obłudę.
      Lekko nie będzie - nie chodzi o to by straszyc lecz byś nie był naiwny, że bez bólu szybko i łatwo się dogadacie. daj Ci Boże ale moje obserwacje świadczą inaczej.
      Życzę Ci duuużo zdrowia tego fizycznego i psychicznego
      oraz dobrych i mądrych ludzi na drodze.



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-11, 14:23:42               Odpowiedz

        Ladnie Ci Pasja, pozyczyla.
        A ja dokoncze pocieszanie.
        Jak moje pocieszania, beda Ci dzialac na nerwy, to daj cynk, zamkne sie:)
        Pocieszam Cie, bo jestem jedna z tych zdradzonyc i opuszczonych i teraz bardzo szczesliwa z tego powodu.

        Od czego zaczac..., no od konca, czyli napicze Ci dlaczego jestem szczesliwa z tego powodu.
        Bo, z perspektywy czasu oczywiscie, zobaczylam ze dostalam zyciowa lekcje na ktorej nauczylam sie wybaczac, akceptowac i przede wszystkim poznalam swoje mocne i SLABE strony.
        Napisalam z duzej litery slowo "slabe", bo to bylo najtrudniejsze do zaakceptowania:)
        Jak co to wyjasnie dlaczego.
        To byla lekcja i nauka samego siebie, dobra lekcja.
        Oczywiscie w czasie trwania lekcji, skurw...na chcialam zabic, caly swiat wydawal mi sie oszustwem wielkim, zadnych wartosci nie widzialam....
        Nie widzialam, bo lzy mi obraz zamazywaly, wic zebym tak ciagle nie plakala, znajomi, przyjaciele a nawet przypadkowo spotkani nowi ludzie pocieszali mie.
        Z jednymi pilam, z innymi plakalam, ba nawet z sasiadka czasami do kosciola poszlam I ZACZELAM widziec ze jednak po tym swiecie nie samie skurwiele bez skrupulow chodza;)
        Zaczelam brac aktywny udzial w lekcji, czyli snulam zemste.
        Ale glupia bylam, dobrze ze mnie inny zabawial piciem, tancem i kosciolem, bo bym naprawde zabila ex i nic sie nie nauczyla:)
        Kiedys jak sobie tak balowalam, przysla mi mysl ze przeciez nie byloby mi tak fajnie i wesolo jak bym dalej tkwila w ILUZJI perfekcyjnej pani domu z mniej perfekcyjnym mezem:)
        I oswicilo mnie to co mnie spotkalo jest impulsem do zmiany.
        I zaczelo sie zmieniac:)

        CDN....bo w pracy jestem:)
        Poudaje ze pracuje i zaraz wracam.



        • Big Brother;)

          Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 14:54:34               Odpowiedz

          Madzia -Ty tam uważaj by Cię szef nie przylukał;)
          Nie wiesz nigdy gdzie Wielkie Oko spogląda;)
          Może siedzi na forum i czyta;)))
          Buźka;)



          • Niczego nie oczekiwać;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 14:59:13               Odpowiedz

            Zaczynam to naprawdę rozumieć.
            Gdyby autor wątku nie oczekiwał, że żona będzie z nim na zawsze, że będzie uczciwa i szczera, że będzie kochać na dobre i złe...gdyby niczego nie oczekiwał...
            to podniósł by się i powiedział: a-ha skończyło już się..czyli czas iść dalej...
            Ale kto z nas jest do tego zdolny...
            Podoba mi sie pomysł, by żyć tak jakby dzień dzisiejszy był jedynym pewnym.
            Jeśli jutro partner odejdzie -to też trzeba brać pod uwagę, że dokładnie tak może się stać...

            Mru Mru
            http://www.youtube.com/watch?v=cjuUfZf4zwk

            Smutne to..ale fakt faktem nie ma żadnej gwarancji wieczności...
            ale my tak pragniemy gwarancji...
            Czy można żyć bez oczekiwań, że będzie...także jutro..



          • Mój ex kochał mnie bardziej niż ja jego...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 15:16:56               Odpowiedz

            Odeszłam, bo sama nie wiedziałam co się ze mną dzieje...
            Odeszłam bo się bałam, że staniemy na ślubnym kobiercu a ja skłamię mówiąc obietnice "na zawsze będę".
            Miałam ogrom wątpliwości czy dam radę dotrzymać.
            Czy mnie szlag nie trafi.
            Miałam wątpliwości czy w ogóle chcę żyć.
            Taki stan ogólnego poczucia nieszczęścia i bezsensu życia mnie dopadł.
            Odeszłam.
            I teraz zastanawiam się ile osób mówiąc TAK przy ołtarzu jest świadomych konsekwencji tego tak.
            Ile osób jest gotowych naprawdę dotrzymać tej obietnicy.
            Zawsze w związku jest ten co kocha bardziej i ten co kocha trochę mniej.
            Dlaczego tak jest?
            Dlaczego jednym się udaje kochać do końca a innym nie?
            Dlaczego jedni potrafią być szczęśliwi a inni ni z gruszki ni z armatki stwierdzają nie dam rady, nie chcę już i odchodzą?
            Dlaczego tak cierpimy, gdy nasze marzenia o tym, że na zawsze stają się bańką mydlaną?
            Dlaczego przywiązujemy się do tego "na zawsze" a jak tak nie jest jesteśmy wściekli i rozgoryczeni?
            Czy to lepiej gdyby partner który nie kocha został i udawał "miłość" dla nas? Czy to lepiej gdyby poświęcił siebie na ołtarzu "miłości dostawnej od kogoś a której już sam nie czuje"?
            Dlaczego czasem miłość przemija i odchodzi?-czasem pomimo naszych starań?
            Czy można żyć w rzeczywistym chaosie niepewności..czyli kochać wiedząc, że jutro być może odejdzie bo powie, że mu /jej minęło i nic nie zostało już w niej/nim?
            Czy tak się da-kochać z pełną świadomością, że jutro może się to skończyć? I i tak kochać?
            I nie cierpieć gdy odchodzi...
            Ech...idę, bo doła załapałam.
            Miłego dnia drodzy forumowicze;)



          • RE: Niczego nie oczekiwać;)

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-11, 15:21:20               Odpowiedz

            Wyobrazcie sobie, ze kupujecie bilety do kina na ciekawy film.
            Cieszycie sie, siadacie w miekkim fotelu, obok siada Dzwoneczek i ....opowiada zakonczenie filmu:)))

            "Gdyby autor wątku nie oczekiwał, że żona będzie z nim na zawsze, że będzie uczciwa i szczera, że będzie kochać na dobre i złe...gdyby niczego nie oczekiwał...
            to podniósł by się i powiedział: a-ha skończyło już się..czyli czas iść dalej..."

            No, nie calkiem zakonczenie, ale o to mi w sumie tez chodzilo:)
            Isc dalej, by szukac tego czegos nieprzemijajacego, najpiekniejszego itp..
            Chocby w sobie samym:))

            Oczywiscie, dokoncze pocieszenie, ale musze byc ostrozna bo czujne oko wielkiego brata jest malo empatyczne:)



          • Można mnie rozpoznać po wystających z głowy

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 16:56:08               Odpowiedz

            rogach z wacików;))
            Miałam zabieg;)
            Więc jak komuś wata wystaje z głowy-to ja;)))

            ;))

            Ale nie siadajcie obok mnie, bo moja Kasandra może się włączyć i "spartolić" zakończenie;))

            Ale rozczuliłam się dzisiaj wiecie...
            To wkleił John Forte dla Aliny
            z napisem:
            From Brooklyn to Russia with Love;)

            http://www.youtube.com/watch?v=BgDj_I4Iuws&list=PL2DD30BF596EDE00F


            Ech...
            I tak sobie myślę, że czasem nie warto rozmyślać o zakończeniach. Nic nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
            Nawet to czy przeżyję jutro;)
            Więc nie ma co czekać;) Po prostu miłych chwil i bądźcie najlepiej jak możecie;)

            From Poland to Poland with Sunset(on Emignation);))
            Sny Aliny;)

            http://www.youtube.com/watch?v=rPtYYfSlI8E



          • RE: Niczego nie oczekiwać;)

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 19:14:21               Odpowiedz

            Dzwoneczniku, nie wierzę że w związku można niczego nie oczekiwać. Rozumiem że to takie wyidealizowane i może wręcz książkowe, ale w rzeczywistości tak chyba nie jest, lub zdarza się bardzo rzadko i jest wynikiem trudnych przejść.

            Rozważ taką sytuację jak moja i wielu innych mi podobnych. Jest związek dwojga ludzi, małżeństwo. Pojawia się dziecko. Są inne zobowiązania. Ludzie muszą mieć wobec siebie oczekiwania, takie nawet trywialne, typu zapewnienie bezpieczeństwa, stabilizacja, emocjonalna i fizyczna bliskość i tak dalej. Nie wiem czy chciałbym żyć w związku bez jakichkolwiek oczekiwań. Nie mówię tu o jakiś kosmosach, ale o takich zwykłych, codziennych rzeczach.

            Co do mnie, biorąc ślub i ślubując na dobre i na złe, chciałem wierzyć że tak jest w rzeczywistości. Nie tylko na syto i bogato, ale też wtedy kiedy jest słabiej. To było moje oczekiwanie.

            Patrząc na to co się stało moim udziałem i na ludzi do okoła, gdzie takich historii jest wiele, tracę wiarę w ludzi i staję się cyniczny...



          • RE: Niczego nie oczekiwać;)

            Autor: pasjaa   Data: 2013-02-11, 19:23:47               Odpowiedz

            skoro o oczekiwaniach.... to pozwolisz - całkiem niedawny akurat mój wątek

            http://www.psychologia.net.pl/forum.php?level=258344&post=258344&sortuj=0&cale=1



          • RE: Niczego nie oczekiwać;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 19:40:57               Odpowiedz

            Chodzi mi o kwestię małżeństwa.
            Nie o codzienną wzajemność pomoc i tak dalej.
            Tu jest inaczej.
            Choć ja bym wolała dawać i dostawać "nie z obowiązku".

            Chodzi mi o to, że kiedy coś komuś dajesz to nie dlatego, że ON tego oczekuje ale dlatego, że masz ochotę, że chcesz mu to dać.
            Np. seks.Tu będzie to jasne i wyraźne.
            Można z obowiązku a można z poczucia, że się chce.
            Widzisz różnicę?
            Chodziło mi o to, że oczekiwanie rodzi zawody.
            Kiedy oczekujesz, że to będzie na zawsze, do grobowej deski...
            A tu klops. Koniec. Adieu! I co potem?
            Ból płacz i zatrata...
            A co by było gdybyś założył, że to może minąć i jest Ci dane "czasowo". Wcale nie do końca twoich dni... Czy tak nie byłoby lepiej?

            Związek: do tanga trzeba dwojga i nie da się tego kontrolować czy ktoś nas kocha czy przestaje kochać... Tak jak się nie da kontrolować kogoś! A nawet nie zawsze da się siebie samego...Siebie też czasem nie można w lejce ująć... Mimo, że człowiek chce (rozum, decyzje), ale czasem się nie da!Dlaczego tak się dzieje? Ja nie wiem.
            Jestem upośledzona w tym kawałku. I nie wiem.
            Dlatego czytam innych. Ja po prostu nie wierzę w obietnicę na całe życie. Chciałabym uwierzyć.Ale to dla mnie kompletna mżonka. Może kiedyś dojdę dlaczego... i uda mi się zaufać.Dlatego mnie nie słuchaj.

            Jest doskonała i wieczna miłość. Bóg. Tylko taka może być doskonała pewna i na wieki.W moim -na razie- przekonaniu...

            Pozdrawiam



          • Życia jak autobus...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 19:51:04               Odpowiedz

            Kiedyś zasłyszałam taką metaforę.
            Życie jak autobus.
            Twój autobus. Ty jesteś kierowcą. Kierujesz.
            Ludzie wsiadają i wysiadają. Jedni jadą z Tobą krótko. Na chwilę, ale też czasem dużo wnoszą.
            Inni jadą dłużej. Do niektórych się przyzwyczajasz bo bardzo długo jadą w tym samym kierunku. Jednak Nikt nie jedzie "zawsze"...choć może się tak zdarzyć.Ty sam jesteś ze sobą zawsze. No i jeszcze ktoś...
            Ponoć Bóg.
            Nie wierzę jeszcze w Boga. Ale chciałabym.
            Chciałabym mieć taką pewność i poczucie, że jestem kochana zawsze. Może "siebie samego pokochać"?
            Tylko jak? Jakoś tego nie umiem zrozumieć. Chociaż lubię ogólnie siebie.
            Nie wiem. Snuję takie różne rzeczy. Bo wiem już na pewno, ze wszystko się zmienia. I możemy być tylko jednego pewni. Na pewno umrzemy;) Cokolwiek to znaczy;)

            Więc twoja żona wysiadła.
            Cierpisz, bo zakładałeś dużo dłuższą drogę.
            Mogła też odejść z innych powodów. Po prostu odejść całkiem.
            Niczego nie oczekiwać. Chodziło mi o tą obecność na wieki.
            Pozdrawiam;)



          • nurtuje mnie pytanie

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 20:11:12               Odpowiedz

            Gdybyś wiedział, że to się skończy...
            Potrwa dokładnie tyle lat.
            Nie będzie więcej...
            Czy ożeniłbyś się ze swoją żoną jeszcze raz-gdybyś to wiedział?

            Pozdrawiam serdecznie;)



          • RE: nurtuje mnie pytanie

            Autor: Fernando   Data: 2013-02-11, 20:34:09               Odpowiedz

            Dzwoneczniku droga!
            Czy wszystko musi być zaplanowane?
            Czy zaczynając cokolwiek, wiemy jaki będzie finał?
            Czy może właśnie niewiadoma...a może bardziej ciekawość i wiara, że jednak się uda, nie mobilizuje nas i nie popycha do pewnych zachowań?
            Jesteśmy "ekspertami" po czasie....w większości wypadków, właśnie wówczas, gdy nic już nie można zrobić/poradzić....gdy po prostu jest za późno....

            Pewnie, że fajowo by było, gdyby nasze plany, przyniosły oczekiwane rezultaty. Gdyby związki trwały jak kiedyś i gdyby ich bazą było uczucie, głęboki szacunek i po latach zacieśniona przyjaźń.
            Ale tak nie jest.
            Nie wiemy na którym "zakręcie", wysiądzie partner, na którym rozdrożu spasujemy my....Mamy wielką niewiadomą, od momentu związania się z kimś...i wielkim szczęściem było by, gdybyśmy wówczas "zatrzymali się", by "podać sobie dłoń i iść razem na przód" - czego między innymi oczekiwał autor wątku - ale dla niektórych, w tym i nas, droga może okazać się zbyt trudna.

            Mówi się: gdybym wiedział/a, wcześniej...ale nie wiemy...nigdy nie wiemy wcześniej...

            I zostaje odwieczne: dlaczego? na które nie ma: dlatego, że....



          • RE: nurtuje mnie pytanie

            Autor: Fernando   Data: 2013-02-11, 20:48:27               Odpowiedz

            Może, nie staramy się zbyt dobrze?
            Może, ta druga strona nie daje niczego z siebie?
            Może, mamy zbyt nierealistyczne oczekiwania względem siebie nawzajem?
            Może, nie akceptujemy się w zupełności?
            Na pewno jednak, przestaliśmy dbać o coś, co zaczęliśmy tworzyć razem.
            Nie staramy się już tak, jak na początku, kiedy zależało nam na wzajemnej fascynacji.
            Mamy nie odparte wrażenie, iż po zdobyciu pierwszych "bram", następne już same z łatwością się otworzą....
            A przecież, życie, to ciągła "sztuka"....zmieniamy się my, zmienia się świat wokół nas....
            Nie pozostajemy wciąż tacy sami, uczymy się, przekwalifikowujemy się( jak w zawodzie, w którym trzeba być na bieżąco z nowinkami)...podobnie osoba którą mamy przy boku...
            Życie, to ciągłe dostosowywanie się....wypada "z gry" ten kto pozostaje "w tyle"....
            I wówczas, pojawia się "nowy dzień", a my, budzimy się obok kogoś, kogo tak na prawdę wcale nie znamy..............



          • RE: nurtuje mnie pytanie

            Autor: Amelia50   Data: 2013-02-11, 21:01:36               Odpowiedz

            Jeszcze do autora i krakersa - dlaczego?
            Bo ta druga osoba tak chciała. Dlatego.

            "Bo sie od siebie oddaliliśmy"? Jak dla mnie, śmiech na sali taki argument.
            Mój eks to było "sypiając z wrogiem", a jednak nie szukałam zaspokojenia potrzeb emocjonalnych w ramionach innego. A jednak długo walczyłam o ratowanie rodziny zanim zdecydowałam wnieśc o rozwód.

            Związaliśmy się z osobami, na których nie można było polegać.
            Ludzie dzielą sie na dawców i biorców.
            Np. Chello jest dawcą, a jej eks - biorcą.
            Pasja pisała tu o swoim mężu, pierwszy i jedyny mężczyzna, 20 lat małżeństwa, założę się, że była oddaną, kochającą żoną. A teraz jest luźno związana z panem, z którym nic nie planuje nawet na przyszłość. A jednak tego drugiego stać na gesty, na jakie nie stać było męża.
            Dlaczego? Czy ten drugi tak bardzo ją kocha? Z mojego własnego doświadczenia sądzę, że to nie o to chodzi. Chodzi o charakter człowieka.
            Ktoś może być tylko przyjacielem - ale potrafi dać nam wiecej, niż ślubny który mówił codziennie, że kocha, że jestem dla niego najważniejsza na świecie. I któremu tyle dawałam z siebie, a on nie dawał w zamian nawet 1/10 tego.



          • Nie ma odpowiedzi..

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 21:03:41               Odpowiedz

            To takie proste.
            Nie ma.
            Nie ma też gwarancji na przyszłość.
            I trzeba żyć z tą niepewnością. W końcu się nauczyć żyć. bez prób przewidywania;) Uchwycenia, przewidzenia...
            Bez założeń, że ma jakoś tam być.
            Ale z nadzieją. I tej nadziei nie pozwolić sobie odebrać żadnemu doświadczeniu (nawet kryzys).
            Dziękuję.

            Wiesz-chyba po prostu znowu za dużo trawię na myśleniu;)
            Odkrywam, że te wycieczki w przeszłość i przyszłość-przynoszą więcej szkody niż pożytku. Choć dają iluzję -bezpieczeństwa, możliwości przewidzenia i tak dalej.
            Po prostu żyć.
            Paradoks polega na tym, że każda z tych wycieczek jest zabarwiona naszymi emocjami.
            Lęk:
            Boję się przyszłości, wybieram to co najgorsze z przeszłości(na przykład kawałek związany ze związkami) -> straszę sama siebie i przyszłość =lęk, blokada-->widzę czarno dany obszar na przyszłość (związki: i tak się rozpadnie, i tak coś się stanie, nie uda się -i tak dalej).

            Ufność:
            Ufam, że będzie dobrze, zajmuję się dniem bieżącym, nie uciekam w przeszłość ani w przyszłość. Jeśli aktualnie cierpię->szukam dróg rozwiązań na przyszłość, zajmuję się tym co jest-> nie ma powodów by się bać przyszłości , a jak nawet coś się stanie to umiem sobie z tym poradzić. (ufam-nie zakładam- że będzie dobrze).

            Euforia i różowe okulary:
            Wybieram sam cud i miód z przeszłości--> świetnie się czuję i zakładam, że tak ma być zawsze lub jeszcze lepiej (nie zauważam tego co mogłoby mi zepsuć świetny humor i moją wizję )--> przyszłość widzę przez różowe okulary...(nie zauważam realnych zagrożeń).

            Ech...
            Dziękuję.
            Ps. Jestem jeszcze na przeciwbólowych więc może pierdzielę trzy po trzy ;)
            Ale mam dziwne poczucie, że to jest to, co muszę sobie zapisać na lusterku Fernando;)
            Być, żyć i nie wybiegać zbytnio "ni w te"- "ni we wte".;)

            Idę w końcu zająć się tym co powinnam;) Dziękuję;)





          • Amelia..Bo niektórzy to mają tak...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 21:11:54               Odpowiedz

            że jak jest kryzys i trzeba włożyć dużo wysiłku -to szukają kogoś z kim będzie łatwiej?
            Lepszego modelu...

            I jak coś jest nie tak -to po co się wysilać jak można znaleźć lepszy model...(bo ten się "zużył" i nie jest taki jak miał być).

            I tak też bywa.

            Zajrzałam do takiego nawet ciekawego artykułu.
            Bądźmy uważni nim oddamy komuś siebie.

            http://zwierciadlo.pl/2011/seks/milosc-spod-znaku-kamikaze

            Buziaki.
            Trzymajcie się tam;)



          • RE: nurtuje mnie pytanie

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 22:51:06               Odpowiedz

            Kurcze, nie mogę do końca załapać w jakiej kolejności wyświetlane są posty, więc przepraszam za trochę bałaganu.

            Zadajesz trudne pytania. Nie wiem czy potrafię tak na szybko odpowiedzieć sensownie, ale spróbuję.

            Gdybyś dzisiaj powiedziała: facet, tu jest urządzenie do przenoszenia w czasie. Wiesz że Twoje małżeństwo się skończyło. Możesz jednak przenieść się w czasie i przeżyć te dokładnie 13 lat raz jeszcze, ale nie będziesz wiedział że to się skończy. Tak, zdecydowałbym się z kilku przynajmniej powodów.

            Po pierwsze, żona dała mi wspaniałą córkę. Tego uczucia nie da się zastąpić żadnym innym. Cokolwiek będzie dalej między mną a żoną, chcę wierzyć że przede mną i córką jest całe życie.

            Po drugie, nawet jeżeli przede mną 5 lat użerania się ze swoimi demonami po tym co się stało, to pamiętaj że mam za sobą 12 lat wspólnego życia z których to lat naprawdę niewiele żałuję.

            Oczywiście nie wiem czy jako alternatywa nie czekałoby coś lepszego. Nigdy się nie dowiem i tego akurat nie potrzebuję wiedzieć. To był dobry czas i jestem za niego wdzięczny.

            Gdybyś natomiast przeniosła mnie w czasie i od początku miałbym świadomość że zostało nam 13 lat...nie wiem, chyba nie. Chodzi o to że taka świadomość jest niszcząca. Nie wiem jak odnosi się do tego fizyka, ale myślę że pragnąc przeżyć te 13 lat najlepiej jak potrafię spaliłbym się i zniszczył ten związek przed czasem.

            Zadajesz trudne pytania...



          • RE: Życia jak autobus...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 22:35:53               Odpowiedz

            Dzwoneczniku, ja również nie wierzę w Boga, chociaż również bardzo bym chciał w coś wierzyć. Mam poczucie że człowiek niewierzący jest o coś uboższy. Szczególnie teraz brakuje mi jakiegoś absolutu, jakiegoś bytu który zapewniłby mnie o tym że wszystko ma swoją pokrętną logikę.

            Z drugiej strony, o co miałbym ten byt zapytać...? Zadawałbym dokładnie te same pytania które zadaję Wam. A odpowiedzi jak nie było, tak nie będzie...

            Na koniec, pozwolę sobie też wrzucić linka do piosenki która w tym pokręconym czasie bardzo do mnie trafa.

            http://www.youtube.com/watch?v=zlFbqtNjB0A



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: stayheavy   Data: 2013-02-11, 22:59:20               Odpowiedz

      Na koniec dnia chciałem jeszcze napisać o jednej rzeczy.

      Wiecie, dni jakoś mijają jeden za drugim. Jedne wolniej, inne bardziej niezauważenie. Jedne są lepsze, inne są gorsze. Możnaby powiedzieć - życie...

      Jest jednak taka pora dnia która niezmiennie powoduje że chce mi się wyć. Budzę się rano i po prostu nie ma nic. Pustka. Cisza. Ciemność. Przejmujący brak ciepła. Samotność. Wtedy wszsytko do mnie wraca. Nieważne co nawkładałbym sobie do głowy dzień wcześniej, o poranku najzwyczajniej w świecie tęsknię za moją żoną...niezmiennie.

      Bardzo brakuje mi codzienności. Nie żadnych fajerwerków, ale codzienności właśnie. Wspólnych zakupów, sprzątania mieszkania, spacerów. Oglądania dr Housa w TV. Śniadań...

      Śniadania zawsze robiłem ja. To był taki nasz zwyczaj, wkladałem w to dużo serca...

      Brakuje mi codzienności, naprawdę. Nick Cave w tle chyba nie pomaga.

      Dobranoc.



      • Na dobranoc

        Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-11, 23:26:56               Odpowiedz

        Miałam już nie włazić, ale moja ciekawość mnie tu przywiodła.
        Odpisałeś.
        Bardzo fajnie odpisałeś;)
        W dwóch wersjach;)
        Nieświadomy końca...(żyjąc w iluzji wieczności)...
        I świadomy...

        Piszesz w taki sposób o swoim związku, że wręcz czuć czytając te słowa-jaka to musi być dla Ciebie strata.
        Tak jakby cała budowla po prostu runęła
        i pustka, popioły i nic...
        Jest jeszcze Feniks.
        Mało pocieszające-wiem.
        Ale jest coś takiego jak odrodzenie...
        To jest przed Tobą.
        Jeśli nie zeżre Cię robactwo cierpienia, jeśli zawierzysz-znajdziesz coś co wypełni te pustkę (nie będzie lekko)
        i upłynie po prostu czas..powstaniesz.
        Odrodzisz się inny..i taki sam.


        Piszesz też o świadomości końca. I mówisz, że byś nie chciał tak żyć. I to mnie zastanawia.
        Bardzo.
        Nie chcę snuć już dziś teorii, ale wiesz- ja mam często świadomość końca. Często jak patrzę na swoich bliskich.
        I jestem dla nich czulsza.(choć płakać mi się chce w środku- patrzę na nich i myślę: Oni odejdą...i wiesz, nawet jak mnie wkurzą ostro i sobie zatrzymam się w sobie. I pomyślę o śmierci-to jakoś uczucia mi się zmieniają na lepsze, cieplejsze...). Nawet mam ochotę na czułość, bliskość...przypomina mi o tym co ważne. I wściekam się czasem na siebie, ze tyle czasu trawię na pierdoły -nieważne i nic nie warte w kontekście skończoności (np. ktoś w pracy mnie wyprowadzi z równowagi).
        A zarazem: To straszna świadomość. Ale też nieunikniona konsekwencja życia. Umieramy od momentu narodzin. Każdy kto jest ...
        Ale nie będę Cię dołować dodatkowo.Dla mnie jest coś dobrego w tej świadomości. Daje taką uważność. Uważność na to co jest. Staje się to cenniejsze dla mnie kiedy wiem, że dane mi to na jakiś czas (jak sobie o tym przypomnę).

        To ciekawe, że gdybyś mógł przeżyć te 13 lat bez wiedzy o końcu-to mógłbyś być szczęśliwy.
        Jeśli byś wiedział-to nie...
        Hmmm...nie wiem jeszcze jak to zrozumieć.
        Nie wiem.
        Pomyślę.

        Ale pięknie napisałeś.
        I aż się chce to czytać. Że pomimo, że odeszła potrafisz tak czule o niej mówić. Mimo, że czujesz się opuszczony...
        to potrafisz być wdzięczny za te chwile które z nią spędziłeś. Jest w tym coś pięknego.
        Tych chwil już nikt Ci nie zabierze. One się już zdarzyły...
        Masz córkę;)
        Ona zawsze będzie twoim dzieckiem.


        Smutno mi, ale myślę też, że skoro raz potrafiłeś kochać (a nie każdy potrafi kochać) -to masz tą zdolność w sobie.
        Potrafisz.
        I to też jest dobre.
        Kiedys powstaniesz. I znowu obudzi się twoje serce-do tego by być szczęśliwym.Choć nie wiem z kim.


        Na pocieszenie mam jeszcze tyle: że nie tylko Ty jesteś samotny. Są inni ludzie, którzy czują podobnie i gdzieś tam tęsknią...tak jak Ty.

        To słabe pocieszenie -ale jakoś "raźniej".

        Pozdrawiam.
        I pisz. Pisz -bo to też daje jakieś poczucie "wspólnoty" w drodze...
        Dobranoc.



        • RE: Na dobranoc

          Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 08:52:41               Odpowiedz

          Dzwoneczniku, piszę z pracy, więc będzie krótko. Więcej napiszę wieczorem.

          Dla mnie ta budowla runęła, dosłownie. Wiesz, jak popatrzę na ostatnie lata, to to właśnie było budowanie. Mozolne i nie zawsze z górki, ale cały czas do przodu.

          Najpierw było kupno pierwszego mieszkania, z którym mieliśmy dużo problemów. Wydawało mi się wtedy że jeżeli nie damy się pokonać wtedy, to przejdziemy przez wszystko inne. Udało się.

          Potem był zakup drugiego mieszkania, tego wymarzonego. Remont i urządzanie. Pojawiła się córka. To wszystko było budowaniem czegoś, czego dzisiaj już nie ma. I dalej jest tylko pytanie: dlaczego? Co zrobiliśmy źle...? Nie szukam winnego, wiem że pomimo tego że nóż wbiła żona, zapracowaliśmy na to wspólnie. Nie zmniejsza to jednak bólu i rozgoryczenia. Może właśnie dlatego nie zmniejsza, że mam poczucie że gdzieś mogłem zrobić coś więcej.

          Co do świadomości końca, to jest naprawdę trudny temat. I chociaż nie do końca to rozumiem, to myślę że świadomość śmierci jest trochę inna. Jesteśmy w pewnym sensie pogodzeni z nieuchronnością śmierci. Jesteśmy świadomi że prędzej lub później ona nastąpi. Śmierć i podatki, tak? Nie sposób złościć się na kogoś za to że umiera, przynajmniej nie w ten sposób. Z partnerem jest inaczej. Moja żona odeszła z własnej woli, odeszła do kogoś innego.

          Człowiek którego partner porzuca dla innego czuje się jak skopany pies. Bez poczucia własnej wartości i bez pewności siebie. Za to z przekonaniem że się nie sprawdził w najważniejszej roli, męża i ojca. No bo przecież musiał się nie sprawdzić w jakimś sensie skoro żona odeszła...

          Ale masz rację, chcę o tym wszystkim pamiętać w pozytywnym świetle. To wszystko ukształtowało mnie takim jakim jestem teraz i będzie kształtowało i hartowało mnie dalej. Może tak ma być.

          Pamiętam że po porodzie, który był naprawdę ciężki, powiedziałem żonie że za to co zrobiła, za ten wysiłek, będę ją zawsze kochał. I tak chyba będzie. To będzie inna miłość, ale ona pozostanie. Nawet jeżeli moje życie ułoży się na nowo.

          Uciekam do pracy. Odezwę się później.



          • RE: Na dobranoc

            Autor: moonshine   Data: 2013-02-12, 12:28:13               Odpowiedz

            "Człowiek którego partner porzuca dla innego czuje się jak skopany pies. Bez poczucia własnej wartości i bez pewności siebie. Za to z przekonaniem że się nie sprawdził w najważniejszej roli, męża i ojca. No bo przecież musiał się nie sprawdzić w jakimś sensie skoro żona odeszła..."

            I to jest własnie błąd w Twoim myśleniu. Żona może odejść także od dobrego męża (i dobrego ojca swoich dzieci). Dlaczego? Nawet, wydawałoby się, rozsądni ludzie nieraz postępują głupio i źle.

            Tego zwykle nie piszą w kobiecych czasopismach. Możesz stanąć na głowie, by być dobrym mężem, ale i tak nie masz żadnej gwarancji, że nie zostaniesz zdradzony i porzucony. :-)



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: krakers   Data: 2013-02-12, 08:58:26               Odpowiedz

        ,,Silniejszy od żony...raczej nie, przynajmniej jeszcze nie teraz. Nauczę się jednak być silnym, jestem tego pewny. Może nie dziś i nie jutro, ale nauczę się. Mówi się że wiemy o sobie tylko tyle na ile nas sprawdzono. Moja żona powiedziała: sprawdzam...,,

        coś mi się wydaje,że mnie nie zrozumiałeś. Silniejszy-miałam na myśli-silniejszy w trwaniu w obietnicy-składanej przed ludźmi i w głębi serca (wzięciu odpowiedzialności za słowa przysięgi), silniejszy w zrozumieniu życia, silniejszy-w akceptacji trudności i w wierze i nadziei na ich przezwyciężenie. To ona okazała się słaba, nie wytrwała, nie poradziła sobie z sytuacją, w której nie ona pierwsza i nie ostania się znalazła. Kryzysy zdarzają się w każdym małżeństwie, a każdy związek jest trudny, bez względu na to, co ktoś, by o swym pożyciu nie pierdzielił i jak bardzo uchachanym by był.
        Co do Twej siły, hm-nie wiem nie znam Cię, poza tym według mnie ludzie nie dzielą się na słabych i silnych w ogóle, tzn. nie jest to jakaś cecha stała i bezwzględna, wszystko zależy od okoliczności. Raz jesteś słaby, innym razem silny. Trudno teraz w Twojej sytuacji silić się, prężyć i udawać, że czujesz się doskonale, świetnie znosisz ból,wprawia Cie wręcz w ekstazę, jesteś twardzielem. Teraz, właśnie-szczególnie wtedy, kiedy jesteś sam-to czas na płacz na łzy, nie blokuj ich, uwolnij się od nich, przed sobą nie musisz udawać, bądź dla siebie dobry!



        • Silny-słaby...

          Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 09:54:53               Odpowiedz

          To pojęcia wartościujące i oceniające.
          Co one właściwie znaczą?

          Każdy z nas jest bezsilny/bez wpływu na pewne rzeczy od nas niezależne.
          Ty mówisz-mogłem mieć wpływ. Mogłem coś zrobić?
          Ale co?

          Co właściwie powiedziała Ci żona?
          Że dlaczego odchodzi?
          Że się nie sprawdziłeś?

          Myślę,że Ty sam sobie tak mówisz.

          Mówisz o stabilizacji, którą Wam sięudało osiągnąć.
          W wieku 30 lat!
          Ja jestem od Ciebie starsza. I nie mam ani własnego mieszkania ani dziecka.(i nie uważam tego za porażkę życiową, ale bym uważała gdyby to było moim celem -choć nie twierdzę, że gdzieś tam po drodze nie dojdę i do tego etapu).
          O czym chciałam Ci powiedzieć: z mojej perspektywy to bardzo dużo-to co Wam się udało zbudować.
          Więc nie wiem skąd pomysł że się nie sprawdziłeś.

          Ale nie wiem co było ważne dla twojej żony...
          Musiałbyś wiedzieć, ze myje Ci głowę, że mówi..."Kochanie zróbmy coś z tym. Cierpię. Nie mogę tak żyć. Zróbmy coś z tym"
          I gdyby Ci myła głowę, walczyła a Ty nic.
          To mógłbyś powiedzieć: NIe postarałem się
          Nie stanąłem na wysokości zadania.
          Olałem ją.
          I mam skutki.

          I wtedy może byłoby to adekwatne.


          Ale jeśli nie było takiego "mycia głowy", nie było walki...
          To powód jest jakiś tam.
          Ale nie miałes na to wpływu jeśli o tym nie wiedziałeś.


          Chodzi mi o to, że Ty teraz obwiniasz siebie: czegoś tam nie zrobiłem...Nie wiadomo czego właściwie.
          Więc czego nie zrobiłeś: konkrety!
          jesteś w stanie je wymienić?


          Tak-nawaliła komunikacja.
          Uważność.
          Otwartość>
          Szczerość.
          Rozmowy.


          Kiedyś słyszałam,że rozpadającym parom zaleca się wieczorne 15 (przykładowo) minut gdzie każde mówi o SOBIE, swoich potrzebach, lękach,obawach i tak dalej.
          Ale nikt nas tego nie nauczył.



          Jedno jest pewne- z tego co mówisz- TY NIE ZNASZ powodów.
          Nie znasz swojej żony od środka.
          Gdybyś ją znał to byś wiedział czemu odeszła.
          Nie jest to zarzut do Ciebie. Po prostu-nie umieliście chyba ze sobą rozmawiać. ...
          W niej nie było tego szczęścia, którym Ty żyłeś.
          A przynajmniej ostatnio.
          Czemu?
          Nie wiadomo.

          Dlatego nie miałeś wpływu. Zresztą czy mamy wpływ na poczucie szczęścia kogoś kto nie wyraża swoich potrzeb?
          Może pogadaj z nią.
          Może zapytaj ją o to. Nie wiem czy to ma sens-ale jeśli ma Ci to pomóc-to warto.
          Zapytaj ją czego jej brakowało.
          Czy ta wiedza Ci pomoże?


          Coś bardzo ważnego napisała Krakers.
          Płacz. nie trzymaj tego w sobie. Złość się. Spotykaj ze wszystkimi uczuciami. To jedyna droga by się nie zablokować.
          Drzyj ściany;)

          Ja nie zrobiłam tego. Zapakowałam kiedyś swoje uczucia w pudełko. I do tej pory mam problem w rozpoznaniu tego co czuję. Teraz po latach już spotykam się ze smutkiem.
          Odchorowuję siebie. Ten robal we mnie zamknięty gryzł mnie od środka. Do tej pory chce mi się płakać jak o tym myślę.
          Ostatnio zdarza mi się płakać wszędzie. na szczęście to tylko kilka łez które można ukryć. Ale wiesz-czuję, że w końcu się uwalniam. W końcu robię ze sobą porządek.
          W końcu otworzyłam tę puszkę Pandory.
          Która stała się głosem Kasandry. I psuła mi całkiem fajny związek w jakim byłam.
          Nie wiem co jutro mnie czeka.
          Dziś ściągam watę z głowy;) I może wyjdę na spacer.
          I wiem, że przyjdzie wiosna. I mam nadzieję.
          Choć mi smutno. Mam nadzieję.
          Kiedy czytam o stratach to się z nimi jakoś utożsamiam.
          Wiem, że Ci trudno.
          Płacz. Wkurzaj się. nawet powyzywaj swoją żonę jak Ci to pomoże... wszystko przeminie. Tylko nie zamykaj tego w sobie...


          Trzymajcie się tam. Ludziska.
          Jest słoneczny zimowy dzień.
          I jest nadzieja w tym słońcu. Że po nocy przychodzi dzień.
          Noce są długie czasem...ale też mają swój koniec.

          Pozdrawiam;)



          • Uspokaja mnie Mela

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 10:10:30               Odpowiedz

            http://www.youtube.com/watch?v=2_66jEp10Fc
            ;)

            Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty twojego życia;)



          • RE: Uspokaja mnie Mela

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 10:34:54               Odpowiedz

            Dzwoneczniku!

            Pierwsze primo, muszę się sam skarcić, miałem silne postanowienie skoncentrowania się na pracy. Nie będzie w tym miesiącu odznaki szeryfa... ;-)

            Drugie primo, nawet nie wiesz jak się cieszę że wrzuciłaś ten utwór! Uwielbiam Melę Koteluk, a ten utwór w szczególności. Jego tekst na przestrzeni ostatnich miesięcy budził we mnie chyba wszelkie skrajne emocje, od złości po nadzieję, aż poprzez chwilowe pogodzenie. Jest taki prawdziwy. Towarzyszył mi przez wiele samotnych nocy. Był też podstawą do jednego z pierwszych listów które napisałem do córki. Wiem że ten utwór będzie ze mną już zawsze.

            Jeśli już o muzyce i o śpiewających kobietach - polecam Maję Kleszcz i jej zespół incarNations. Trochę inne, ale równie piękne.



          • "Ach kochany Augustynie wszystko

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 12:13:36               Odpowiedz

            minie, minie, minie.."-mądrość bajek;)

            Tak się pocieszam;)
            Wiesz-jest coś pięknego w muzyce.
            Chyba to, że nie ma znaczenia: kim jesteś, jaki masz kolor skóry, w co wierzysz a w co nie wierzysz, jakie masz przekonania polityczne i inne;)
            Co zrobiłeś a czego nie zrobiłeś...
            Nic.
            Po prostu czasem w chwili tej-tu-oto
            można się podłączyć do czegoś większego
            poprzez Melę czy kogokolwiek innego..

            Dlatego kocham koncerty;)
            I nigdy nie siadam na "oddzielnym" krzesełku...
            Uwielbiam ten klimat, gdy patrzę w lewo a tam kobietka z wózkiem;) patrzę w prawo a tam obściskujące się nastolatki;)
            Patrzę i widzę ludzi...
            Którzy czują w tym momencie tą sama (czy inną ale podobną) radość ducha;)
            Ogólnie mieszkałam w Katowicach i się wymiotłam po różnych miejscach..i zawsze czułam się dobrze, gdy już zaczęła grać;) A najbardziej wzruszają mnie rodzice z dziećmi;)
            Takimi maluchami;)W plenerowych;)

            Pomyślę kogo by tu polecić;)
            Maja Kleszcz to dla mnie postać nie znana;)
            Ale na pewno ją poznam;)


            A właściwie jej muzykę.
            Ostatnio świruję na dźwięki Aliny Orlovej.
            Że ja na Wschodzie to jakoś czuję się słowiańsko i znajomo;)
            Ogólnie kręci mnie Wschód;)


            Ale nieważne.
            Nawciskałam tu Aliny już trochę i obawiam się czy mnie Anonim nie zbanuje za ten nadmiar tego samego.
            Więc po prostu polecam Alinę.
            (ze trzy wcisnęłam do Świątynii Dumania ostatnio).

            Wiesz- wiem, że to banał ale czasem o tym zapominamy..
            Popatrz ilu ludzi tutaj wraca i pojawia się...
            Popatrz ilu ludzi jest wokół nas...
            I każdy z nich zaliczył ziarko goryczy i to nie jedno...
            I mogą się śmiać.


            Więc: i Ty się kiedyś uśmiechniesz i może nawet zaśmiejesz całym sobą. Tak z głębi...

            Tak wierzę. Bo smutek nie trwa wiecznie.
            I dobrze, że się nie zatapiasz w samotni.
            Samotnia to niezbyt dobre miejsce..a przynajmniej na długo.


            Pozdrawiam.
            Zmykam. Bo znowu siedzę na kompie- a mój wewnętrzny Szef już mi też dał popalić;)
            Pozdrawiam;)



          • w temacie: muzyka

            Autor: Fernando   Data: 2013-02-12, 12:46:27               Odpowiedz

            http://www.youtube.com/watch?v=y6MhjhMtq7s

            śpiewają oczywiście o znaczeniu muzyki w naszym życiu...



          • RE: w temacie: muzyka

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-12, 14:32:45               Odpowiedz

            Stayheavy, przeczytalam sobie pomalutku, Twoje wszystkie wypowiedzi i wiesz co, niepotrzebnie pocieszalam Ci.
            Ty, nie chcesz pocieszenia ani otuchy, Ty chcesz zalowania Ciebie.
            Wiec, zeby nie bylo, zaluje Cie, jest mi wrecz przykro ze Cie spotkalo takie rozczarowanie, ale moze pora juz zaczac cos z tym robic?
            Rozkoszujesz sie ta sytuacja i taplasz sie w niej, takie mam wtazenie...
            Lubiles spokojne zycie, sniadanka i takie tam pitu pitu, OK.
            Tylko z jakiej racji ktos Ci mial to fundowac??
            Jak mozna od kogos oczekiwac ze bedzie spelnial to co lubimy lub chcemy.
            W imie milosci?
            To milosc ma tylko obowiazki, zadnych praw?
            Niestety, ma prawa, a jednym z nich jest to ze ma prawo sie skonczyc.
            Ja wiem, ja zdaje sobie sprawe ze narazam sie tym wpisem nie tylko Tobie, ale i reszcie towarzystwa:)

            "Chodzi o porównanie związku i radia i o podejściu do tych tematów dzisiaj i kiedyś. Kiedyś zepsute radia się naprawiało, a dzisiaj się je wyrzuca i kupuje nowe. Naprawdę dobra analogia."

            Super analogia, tylko ze ja ta analogie nie odbieram po twej mysli:)
            NIE DA sie milosci naprawic!
            Zwiazek tak, owszem, ale nie milosc.


            Zdenerwowalam sie:)))
            Ide sobie po kowe i rabne kazanie za piec minut.



          • RE: w temacie:milosc;)

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-12, 14:47:22               Odpowiedz

            Brutalna prawda jest taka, ze odszedl od nas ktos bo przestal nas kochac, bo stracilismy wartos w oczach tej osoby.
            Powtarzam: w oczach TEJ osoby.
            Odchodza do innych, wcale nie lepszych, tylko innych, ale w ICH oczach lepszych.
            A ich oczy, powinny nas przestac interesowac, no chyba ze pragniemy powrotu, to mozemy sie polepszyc, czyli podniesc swoja wartosc.
            Siedzac i lametujac, niestety tracimy ja.
            Malo tego dumki typu "moglem wiecej komunikowac z nia" sa dla mnie smieszne, bo tak naprawde noglismy im do du..y nagadac.
            Przysedl moment ze dusili sie, ze chcieli zmiany, przestali kochac, ot zdarza sie, niestety albo stety....bo nie wiemy jak bedzie dalej.
            Moze byc super, ale trzeby najpierw sie pozbierac, podniesc swoja wartosc, WYBACZYC i zyc dlaej.
            Zyc lepiej, fajniej i nie oczekiwac od kogos ze nam szczescie, bezpieczenstwo i milosc da, tylko najpierw sobie samemu to dac.
            Przepraszam ze pisze to tak prosto z mostu, ale jak owijalam welne w bawelne, to nikt mnie nie sluchal:))

            Jakies pytania, Stayheavy?
            Do uslug jestem Ci:))



          • RE: w temacie:milosc;)

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 15:56:05               Odpowiedz

            Wiesz, może masz trochę racji. Zawalił się mój świat. Chyba nie oczekujesz że przejdę nad tym do porządku dziennego ot tak po prostu.

            Jeżeli użalam się nad sobą...trudno. Widocznie w chwili obecnej nie potrafię inaczej. Nie oczekuję natomiast że będziesz użalała się nade mną razem ze mną. Jeżeli masz mi do napisania gorzkie słowa to śmiało, mogę się z nimi nie zgodzić, ale również może okazać się że masz rację. Moja ocena sytuacji jest w tej chwili jednowymiarowa i nie możesz mieć o to do mnie pretensji.

            Co do oczekiwań dot. śniadadanek i tak dalej - żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie oczekiwałem że ktoś będzie to te wszystkie rzeczy sprawiał. Liczyłem wewnątrz siebie natomiast na to że to co jest skutkiem tych wszystkich drobnych, przyjemnych rzeczy będzie trwało. No bo wiesz, jeżeli coś jest dobre i wydaje się że jest dobre dla dwojga partnerów (przynajmniej przez długi czas wszystko tak wzkazuje), to dlaczego miałoby się skończyć? W imię czego? Budujemy coś razem, pielęgnujemy, dbamy o to i w pewnym momencie kończy się tak brutalnie. Rozumiem to tak na chłodno, zauroczenie, chemia i te sprawy. Nie jestem z tym jednak pogodzony.

            Jak czytam co napisałem - 'lubiłem swoje życie', to łapę się na tym że nie to nie brzmi w moich uszach tak jak we mnie w środku. Raczej chodzi mi o to że rodzina była dla mnie wszystkim. Spełnieniem, motywacją, zmęczeniem i oparciem. Podstawową wartością w życiu. Nie zabawą.

            Zgodzę się z Tobą że miłość ma prawo się skończyć. Wolałbym żeby trwała wiecznie, ale tak nie było. Nie ma natomiast we mnie zgody na sposób w który się skończyła.

            Czy natomiast rozmową byłbym w stanie to zmienić? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale teraz wiem że powinniśmy rozmawiać więcej i bardziej otwarcie. Jeśli w przyszłości wejdę w nowy związek, to będę miał tą lekcję na uwadze.



          • RE: w temacie: muzyka

            Autor: krakers   Data: 2013-02-12, 14:45:16               Odpowiedz

            Dzięki Fernando, że jesteś. Chociaż nie znam włoskiego, ten utwór dogłębnie mnie poruszył. Poszukam sobie jego tłumaczenia.
            Dzięki:)



          • RE: w temacie: muzyka

            Autor: Fernando   Data: 2013-02-12, 14:57:11               Odpowiedz


            Żyję dla niej odkąd, wiesz
            pierwszy raz ją spotkałem,
            już nie pamiętam jak ale,
            Weszła we mnie i została.
            Żyję dla niej, bo sprawia, że
            moja dusz mocno drży
            żyję dla niej i nie jest mi ciężko.


            Żyję dla niej ja też, to wiesz
            i ty nie bądź zazdrosny o to,
            Ona jest jak wszystkie te rzeczy, które
            mają zawsze włączoną potrzebę
            jak radio w pokoju
            Jest jak ktoś samotny, który teraz wie
            że także dla niego, z tego powodu
            Żyję dla niej.

            Jest muzą, która nas zaprasza
            abyś dotknął ją palcami
            Przez fortepian
            śmierć jest odległa,
            ja żyję dla niej.

            Żyję dla niej, bo umie zwykle
            być słodka i zmysłowa
            Czasami uderzy mnie w głowę, ale
            ma pięść, która nie sprawia nigdy bólu

            Żyje dla niej, choć wiem,
            że miota mną z miasta do miasta,
            Krzywdzi trochę, ale przynajmniej (wiem, że) żyję.


            Pojawia się ból, kiedy wychodzi
            Mieszkam w hotelach dla niej
            Z ogromną przyjemnością rośnie
            Żyję dla niej w ciągłym ruchu
            Poprzez mój głos
            Miłość powiększa i produkuje się

            Żyję dla niej, bo nic innego nie mam
            I ilu innych musiałbym poznać
            Żeby jak ja napisali na czole
            "Ja żyję dla niej"

            Ja żyję dla niej
            Nad podłogą lub przeciwko ścianie
            Żyję dla niej do granic możliwości
            ...także podczas złego jutra
            Żyje dla niej na marginesie

            Każdy dzień
            Każdy podbój
            Bohater
            Będzie zawsze nią

            Żyję dla niej ponieważ teraz
            Nie mam innego wyjścia
            Dlatego, że, wiesz, muzyka
            naprawdę nigdy nie zdradza

            Żyję dla niej, ponieważ mi daję
            pauzę i noc wolności
            Gdyby było inne życie, przyjąłbym je
            Przyjąłbym je dla niej

            Żyję dla niej, muzyka
            Ja żyję dla niej
            Żyję dla niej, tylko
            Ja żyję dla niej
            Ja żyję dla niej
            Ja żyję
            Dla niej







            Tekst piosenki:

            Vivo per lei


            proszę Krakersiku



          • RE: w temacie: muzyka

            Autor: krakers   Data: 2013-02-12, 15:11:31               Odpowiedz

            Czułam, że ta piosenka jest dla mnie bardzo głęboka, niesie niesamowite przesłanie.
            Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję, a to zdanie wyryję sobie w sercu:
            ,,Żyję dla niej do granic możliwości,,
            Pozdrawiam:)



          • jest coś wzruszającego

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 15:40:58               Odpowiedz

            w tych głosach;)
            Zwłaszcza jak "wyciągają";)
            Niesamowicie wyciągają...
            I tak sobie myślę, ze dobrze mieć coś takiego w życiu, niezależnego od nikogo i niczego.
            Do czego można wracać..i zawsze się z tym spotkać.
            Wyciszyć umysł;)
            I choć niczego do trumny nie zabierzemy...to możemy z czymś w sobie samym iść, podążać...
            Dziękuję za tłumaczenie;)

            Pozdrawiam serdecznie;)



          • RE: jest coś wzruszającego

            Autor: Fernando   Data: 2013-02-12, 15:50:42               Odpowiedz

            Lubię kiedy piosenka ma głębię.
            Kiedy tekst oddaje coś "rzeczywistego" wręcz "krzyczy" znaczeniem...
            Fajnie, że wam się podobało...

            buziaki dziewczęta



          • Buziaki;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 15:52:43               Odpowiedz

            No i popatrz Fernando;)
            Rozdajesz buziaki;)
            Muzyka;) Ona budzi nasze serca.
            I to jest piękne.
            ;)
            Dziękuję;)



          • RE: Silny-słaby...

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-12, 14:34:48               Odpowiedz

            Czytam teraz, co piszesz Dzwoneczniku i przypomniało mi się takie zdarzenie, kiedy byłam na terapii. Jedna z dziewczyn zakochała się. Psycholożki namawiały ją, żeby powstrzymała się i nie wchodziła w nową relację zanim nie zakończy terapii. Ona jednak nie dała rady czy nie chciała, w każdym razie musiała odejść, bo nie umiała już rozmawiać o niczym innym jak tylko o nowym facecie. Weszła w stan zakochania i klamka zapadła. Myślę, że w przypadku żony autora wątku klamka zapadła. I nie dlatego, że ktoś był słabszy, głupszy, tylko dlatego, że okoliczności sprzyjały i stało się.



          • RE: Silny-słaby...

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-12, 14:57:03               Odpowiedz

            "Ogólnie zawiodła chyba komunikacja."

            Naprawde rzucasz wine na komunikacje.
            Gdybys lepiej z zona komunikowal, to milosc trwalaby....
            Rozmowa zmienilbys uczucia zony?
            Naiwnosc i bla bla bla.
            Sam nie nie dajesz rady zmienic swoich negatywnych emocji na inne, a naiwnie piszesz ze Twoja rozmowa z nia zmienilaby emocje zony.
            Przestanm sie oszukiwac, to boli, ale pozniej czuje sie luge, ba blogi stan cudsownosci:)



          • Madziu co Ty chcesz powiedzieć?

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 15:34:38               Odpowiedz

            Że miłość odchodzi bez żadnego powodu?
            Żadnej przyczyny?
            Że tak po prostu nam "mija"?
            Że nie mamy na to żadnego wpływu?

            Że gdyby Autor wątku rozmawiał z żoną
            gdyby się komunikowali (bliskość, intymność)
            to też nie byłoby żadnych szans?


            Że to tak jest: pojawia się i znika...
            W sumie ma to sens.
            A jednocześnie to takie trudne do zaakceptowania, że umarła nie wiadomo kiedy...
            Wiem, że tak jest.
            Wiem. Ale wciąż trudno mi to przyjąć.

            Gdyby (tfu!) twój kochany
            tak pewnego dnia bez żadnego powodu powiedział: już nie kocham..odchodzę...to uwierzyłabyś, że nic tego nie spowodowało?
            Nie szukałabyś przyczyn?

            To znaczy, że miłości nie możemy pielęgnować czy budować, czy też wysiłek nie ma sensu, bo i tak nigdy nic nie wiadomo bez względu na to ile z siebie w nią włożymy...
            To tak jest?
            Jakoś nie mogę tego zaakceptować;)

            Ale czy TO chcesz powiedzieć?


            Czy ja Ciebie dobrze zrozumiałam?

            Pozdrawiam serdecznie.
            PS: w żalu po stracie trzeba sobie trochę pobyć i pożałować;) Czy to źle że tak jest?
            Przecież zawsze tak jest...Czasem żałujemy nawet zwierzaka do którego zdążyliśmy się przywiązać, lub zwierzaka nawet przypadkowego, który zginął na naszych oczach...
            Więc żałujemy...
            A jak nie jest-> to jest jeszcze gorzej;)
            Bo gdy negujemy stratę to negujemy swoje uczucia.
            Jakbyśmy udawali, że to nie miało żadnego znaczenia. A wtedy zakłamujemy to. Mówimy: "nic się nie stało". A stało się...Dla nas się stało.
            Więc jeśli żałujemy, złościmy się...to chyba dobrze-prawda?



          • Została wykluczona za to, że...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 15:46:41               Odpowiedz

            się zakochała????
            Dlaczego?
            To bycie zakochanym to coś złego?
            Nie rozumiem;(((

            Odnośnie żony..
            Dokładnie tak.
            Ale w takim razie po co ta cała instytucja małżeństwa?
            Skoro i tak może się po prostu "coś stać" i miłość się kończy?
            To po co te śluby?
            Więc słusznie nie wierzę w instytucję małżeństwa;)
            ...
            A chciałabym;)
            No ale-dziękuję za sprowadzenie na ziemię;)

            Czas do roboty,
            Buziaki;)



          • Drugi wpis do Ciebie Rosemary;).

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 15:50:41               Odpowiedz

            Napisałam. Dziwna sprawa z tym wykluczeniem.
            Nie rozumiem ni w ząb;)Czy zakochanie to choroba, ze ją wywalili?
            Niesprawiedliwe.



          • RE: Drugi wpis do Ciebie Rosemary;).

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-12, 16:08:24               Odpowiedz

            Dziewczyna musiała przerwać, bo na terapię nie pozwalał jej stan umysłu.
            Chyba wiesz, co to jest zakochanie. Jesteś w stanie przenosić góry. Czujesz, że cały świat należy do ciebie. Nie dostrzegasz problemów, które jeszcze do niedawna wydawały się nie do rozwiązania. Zakochanego rozpiera szczęście, wiec po co terapia:) Nie miała nad czym się zastanawiać:) Zmieniła swój punkt widzenia:) Zresztą nie była jakoś szczególnie zdruzgotana tym faktem, przyjęła ich decyzję ze zrozumieniem:)



          • RE: Drugi wpis do Ciebie Rosemary;).

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-12, 16:16:42               Odpowiedz

            Dzwoneczek, zaraz koncze prace, wiec duzo nie napisze teraz;)
            Nie zrozumialas mnie.
            Mi nie chodzilo o to ze nie wolno rozpaczac, zalowac i plakac.
            Nie da sie sercu i emocja powiedziec "no trudno, nic sie nie stalo".
            Nie popadajmy w skrajnosci:)

            Nie napisalam tez ze KAZDA milosc przemija!
            Ot, czasami zdarza sie ze gorace uczucia gasna.
            I zadne rozmowy nie pomoga.
            Ja pamietam jak mialam dosc jenego pana, a on ciagle prosil "Madzia, siadzmy i pogadajmy".
            Wiec siadalam i sluchalam jego przekonywan mnie.
            I wiesz co?
            To sprawialo ze chcialam uciec, ze wlasnie dlatego nie odbieralam telefonow, BO MIALAM DOSC.
            Ot, czasami sie tak dzieje ze mamy kogos dosc, ze ktos ma nas dosc....Wtedy, trzeba dac komusc wolnosc i sobie.

            To co jest tak naprawde bolace i przerazajace, to nie to ze nas rzucono i opuszczono, tylko PRZEZYWANIE tego.
            Ja nie wiem czemu, ale dosc szybko pogodzilam sie ze maz odszedl, bo moze walka o egzystencje mi nie pozwalama pielegnowac uczucia "zawodu milosnego".
            Ale kiedy doszlam do siebie i przytrafil mi sie goracy romans, ktory pomylilam z wielka miloscia, to dlugo nie potrafilam sie pogodzic z tym ze uczucie mija i ze nie jest takie jak w wierszach i piosenkac:)
            To bolalo strasznie, myslalam ze umre z rozpaczy, co wieczor przenosilam sie mysliami do niego i pozniej te "zywe" sny w ktorych on gral glowna role.
            Zeby tak nie myslec, wychodzilam czasami na szalenstwa nocne...Ciagle niosac ciezar w sercu i smutek ze to bez niego ...Kiedys wyszlam z tancbudy by zapalic papierosa i zaciagajac sie czulam sie swietnie, po tancu jakies hormony szczescie chyba w zylach mialam ALE czulam ze cos jest nie tak...hmmmm ze cos jest nie tak...
            No co, no co nie bylo tak?
            ZAPOMNIALAM ze cierpie - to bylo nie tak.
            Wiec sobie przypomnialam i zaciagajac sie papierosem, znow zaczelam cierpiec:)
            No, ale dlaczego to pisze, a no dlatego ze w tym momencie kaplam sie ze mozna czuc sie szczesliwa MIMO tego ze milosc do niego poszla sie...w las:))
            Odkrylam ze nie katuje mnie zdarzenie ze milosc sie skonczyla, ze go nie ma , TYLKO WLASNY UMYSL MNIE KATOWAL.
            Moze bedzie cdn....;)

            Nie katuj sie autorze watku:))
            Tego chyba tez terapia uczy?



          • RE: Drugi wpis do Ciebie Rosemary;).

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 16:22:22               Odpowiedz

            Jest w tym dużo prawdy co piszesz, naprawdę. Dzięki.



          • Stayheavy

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 16:34:29               Odpowiedz

            To lata praktyki umieć tak wyłączać umysł;)
            I Magdalena ma naturalne zdolności łapania swojego myślenia i stanu "Świadka" czyli obserwatora siebie;)
            To zadziwiające. Ale czasem jak jej słucham to jakbym słuchała mistrza zen;)
            Serio;)



          • Buddystyczne to Madziu...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 16:29:28               Odpowiedz

            ;)
            To nasz umysł jest źródłem szczęścia i cierpienia;)

            Przeczytałam to zdanie na Facebooku
            na stronie:Buddyzm CyberSangha.

            Jesteś buddystką?

            ;)
            Nie wiem czy wiesz-ale głosisz takie właśnie "ichniowe" kwiaty;)
            Buddyzm (pomijam aspekt religijny) ma w sobie dużo ciekawego;)
            ;)
            Wiesz- to co mówisz ma sens.
            Czasem przyklejamy się do cierpienia;)
            To nasz umysł je poprzez myśli i koncentrację na tym co bolesne tworzy...

            Prawdziwa miłość nie przemija...
            Tylko jak ją rozpoznać;)))
            ;)))
            Kolejne drzewa;)
            Im głębiej w las tym więcej drzew;)
            I ciemności;)

            Buziaki.
            Czekam na kazanko;)



          • Madziu-tego twojego szefa;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 16:31:24               Odpowiedz

            To jak nic trzeba zahipnotyzować;)
            Może masz ręce Kaszpirowskiego?
            ;-PPP

            Ech...tak byś zrobiła :adin dwa tri
            i on by odleciał ;)
            ;))))))))))))))))))



          • RE: Drugi wpis do Ciebie Rosemary;).

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 08:40:30               Odpowiedz

            Magdallenabann, tak sobie jeszcze myślę o tym co piszesz o przemijającej miłości. A czy nie uważasz że miłość to też odpowiedzialność za drugiego człowieka? A później odpowiedzialność za kolejnych małych człowieczków? To nie tylko te przysłowiowe motyle w naszych brzuchach....

            Miłość nie przebiega jednostajnie, każda ma swoje górki i dołki. Nie można być egoistą i podejmować drastycznych decyzji, bo właśnie źle się poczułem, ale myślę że z kimś innym to będzie rewelacyjnie. No to ciach! Miłości trzeba dać szansę, trzeba o nią walczyć. Uchwycić ten jeden, właściwy moment i złapać się go.

            W moim związku też były takie momenty gdzie myślałem sobie: jejku, coś nie gra. Ale zawsze po nich przychodziły te momenty gdzie myślałem sobie: jejku, jak wspaniale. Wiesz, można poddawać się różnym wiatrom które wieją w nasze żagle, to łatwe. Można też jednak dostrzec że nie wszystkie kierunki w które popłyniemy w oparciu o te wiatry będą dobre...

            Staram się zrozumiec żonę. Może była nieszczęśliwa. Ale może to było chwilowe, a zbiegło się z momentem gdzie ktoś wydał się jej atrakcyjny. Nigdy się już nie dowiem. Ciach. Poddała się bez walki.

            Rozumiesz o co mi chodzi? Miłość ma prawo się skończyć, ale daj spokój, nie tak. Nie mamy po 15 lat, gdzie kończę bo coś mi się właśnie odwidziało.



          • RE: Drugi wpis do Ciebie Rosemary;).

            Autor: Fernando   Data: 2013-02-13, 09:00:11               Odpowiedz

            Stayheavy!

            Wzruszyłam się...
            To przecież takie oczywiste/naturalne...ludzkie po prostu...
            Szkoda, że tak łatwo pasujemy....



          • Rosemary

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 16:37:22               Odpowiedz

            Madzia napisała coś ciekawego o cierpieniu;)
            I faktycznie-czasem stan cierpienia po prostu się kończy...
            I nie ma cierpienia.
            Ale czemu ją wyrzucili?
            Mogła wnosić radość na grupę;)
            Zarażać radością;)
            Czy to by nie było terapeutyczne?

            Ja lubię mieć kontakt z ludźmi co się śmieją.
            Jakoś mi to dobrze robi na wyłączanie "cierpiącego" umysłu;)

            Pozdrawiam.
            Nadal nie rozumiem czemu ją wyrzucili;)



          • To i ja zaszaleję;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 16:44:51               Odpowiedz

            Nie jest to moje zdanie ale zdanie Ole'go Nydahla
            "Niewykorzystana wiedza przypomina mapę.
            Może wskazać nam drogę i przekazać wiele pożytecznych informacji, ale donikąd za nas nie pójdzie.Zrozumienie drogi jest więc dopiero pierwszym krokiem".
            ;)


            Więc jedno to wiedzieć, ale drugie to mieć odwagę za tym pójść. Naprawdę pójść.
            Rozmarzyłam się ;)


            Podążać za tym .Tyle ciekawych rzeczy tutaj czytam.
            Jeszcze tylko za tym pójść;);)

            Idę działać. Wrócę na pewno;)
            Chyba. że moja droga dobiegnie końca i zaraz padnę na coś tam;)
            Trzymajcie się tam;)



          • RE: Rosemary

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-12, 16:50:19               Odpowiedz

            Nie wiem czy przeczytałaś, co napisałam wyżej?



          • RE: Rosemary

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 16:58:21               Odpowiedz

            Przeczytałam. I chodziło mi o to, ze jak cierpi to może należeć do grupy -jak nie cierpi to "źle" i do widzenia.
            Gdyby nawiązała romans z członkiem grupy to rozumiem.
            Ale że się zakochała?
            To co?
            To by wnosiła radość na grupę. Dzieliła się nie cierpieniem a radością;) Ale że nie wiem co to za grupa była to się zamykam. Może miało to jakiś sens którego ja nie pojmuję bo nie znam sensu i celu tej grupy.
            jeśli grupa działała pod hasłem rozwiązywanie problemów a ona już nie miala problemów to miałoby to sens.
            Bo po prostu już te problemy przeminęły.
            Ciekawe, czy żałowała;)



          • RE: Rosemary

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-12, 17:16:11               Odpowiedz

            Nie wiem czy żałowała. Z tego co mówiły jej psycholożki można by sądzić, że tak. Ale punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia:)
            Pozdrowienia Dzwoneczniku, pamiętaj, że ty własny rozum też masz:)



          • Mój rozumek to tylko jeden byt niedokończony...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 21:01:42               Odpowiedz

            ;)
            A są prawdy ogólne;)
            Których ja sama może do końca życia bym nie doszła.
            jak z fizyką kwantową. Za licha bym jej nie wymyśliła.
            ;)
            Więc lubię się posiłkować czasem prawdami innych.
            Zmuszają do myślenia inaczej.
            Spojrzenia inaczej.
            Takiego którego ja sama bym nie wygenerowała;)

            Na przykład być świadomym, że to jak się czujemy zależy od tego co myślimy (między innymi) jak interpretujemy rzeczywistość. Jakie nadajemy jej znaczenie...
            I to właśnie nasze nadawanie znaczenia może być źródłem cierpienia. Czy to nie jest ciekawe?
            Mam poczucie, że ma to sens.

            Na przykład miłość.
            Wszyscy chcemy by była jak wieczna trawa.
            I zawsze zielona.
            Takie mamy pragnienia.
            A często jest inaczej i cierpimy.

            Gdybyśmy nie oczekiwali, nie nadawali temu żadnych dodatkowych znaczeń i brali to co jest (bez marudzenia nie takie a chciałabym inne i tak dalej) to może to byłby stan spokoju i szczęścia w tej-tu-oto chwili...
            Gryzę smaczne jabłko.
            czuję jak smakuje.
            W pokoju w tle płynie cicho muzyka.
            mogę myśleć o tym czego/kogo mi tutaj brakuje...
            Lub mogę myśleć, że jabłko ma dobry smak.
            Że muzyka fajnie gra...
            Że jest mi ciepło...
            Że siedzę w niewygodnej pozycji (czas ją zmienić;-P)
            i po prostu spróbować cieszyć się tym co jest.

            Hmmm.. to prawdziwa sztuka. Nie odpływać. Nie szukać braków.
            Po prostu być i umieć w tym i w tej chwili znaleźć zadowolenie...nie wybiegać myślami ni tu ni tam;)


            Pozdrawiam;)



          • RE: Mój rozumek to tylko jeden byt niedokończony...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 21:17:08               Odpowiedz

            Jak Was czytam czasem to się uśmiecham więcej. Tak pozytywnie, nie było tu ironii. Są plusy tego wątku :-).



          • RE: Mój rozumek to tylko jeden byt niedokończony...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 21:39:13               Odpowiedz

            Jak Was czytam czasem to się uśmiecham więcej. Tak pozytywnie, nie było tu ironii. Są plusy tego wątku :-).



          • ;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 21:49:43               Odpowiedz

            Są...plusy bycia tutaj.
            Choć jest też tak, że nie spodziewaj się niczego
            bo ni z gruszki ni z armatki dostaniesz kubeł zimnej wody na głowę i dopiero po chwili zrozumiesz sens.

            Czasem po długiej dyskusji.
            ;)

            To ciekawe prawda?

            Do czego się uśmiechasz- i czemu się uśmiechasz-wiesz?
            Warto pomyśleć czego Ci w życiu brakuje ...i uśmiech tutaj twój budzi;)
            Bo czasem po to tutaj jesteśmy;-P



          • RE: ;)

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-12, 22:06:04               Odpowiedz

            Uśmiecham się, bo wiele postów fajnie się czyta. To wszystko pomaga układać sobie myśli.

            Uśmiecham się, bo dostrzegam że jest tu wiele osób, które gotowe są pomóc. Dobrym słowem lub kubłem zimnej wody, nieważne. Kubeł też jest dobry jeżeli coś rozjaśnia.

            Uśmiecham się, bo widzę że jest tu wiele osób którym życie dało kopa. I swoją obecnośćią pokazują że jest coś dalej...

            Dzięki.



          • Czeka Cię podróż wkrótce...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 22:18:40               Odpowiedz

            Poszukiwania...budowania na nowo...
            Odkrywania...
            Wiem, ze to też przeraża...
            Że ciężko jest zostawić to co znane i zaczynać od początku...
            Ale Ty masz to postawione przed sobą.
            Cały porządek runął. Jest chaos.
            A w tym chaosie możesz albo utonąć albo odkryć jakąś ścieżkę dla siebie...
            Masz dane właściwie "nowe" życie.
            Stare było fajne, ale nie będzie z Tobą do końca twych dni.
            Nawet jakby żonie się odmieniło i chciała wrócić to już nigdy nie będzie tak jak było...ale jakby nie patrzeć będzie inaczej.
            I Ty też masz na to wpływ.

            Jak to Madzia gdzieś tam powiedziała: i albo to zaakceptujesz, wybaczysz...i znowu poczujesz wiatr w żaglach...albo się będziesz wiecznie paplał w błocie wspomnień.
            One będą wracały...ale też kształtujesz teraz swoją nową drogę...czy chcesz tego czy nie chcesz.
            Tak jest.
            Ty wpływasz na to jaki będzie twój los.
            To trudne ale też ma coś pięknego.
            Ktoś kiedyś powiedział:
            Odwaga to działanie nie w BRAKU lęku lecz POMIMO lęku.
            Wszyscy czasem się boimy, gdy wpadamy w chaos...


            Topiłam się kiedyś...
            Pamiętam przerażenie. Zaplątało mi się coś do nogi. Nie mogłam wypłynąć, szarpałam się, motałam.
            I pamiętam (do tej pory) taki moment świadomości...
            Gdy pomyślałam: no dobra-no to chyba umieram. Trudno.
            Ale spróbuję podczepić to coś. Odczepiłam i wypłynęłam.
            To był bardzo dziwny moment.
            Może jakbym się nie uspokoiła i zaakceptowała tej sytuacji- to może bym nie wypłynęła. Nie wiem.
            To było bardzo dziwne.Ale dopadł mnie taki "durny" spokój.
            To były sekundy.
            ;)
            Myślę, że chciałabym mieć taki spokój częściej w sobie;)



          • Piszę o tym

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 22:26:06               Odpowiedz

            że szarpanina będzie -to naturalne...
            Ale życzę Ci tego spokoju...byś go znalazł.
            Takiej świadomości jaką miała Madzia paląc papierosa, gdy zauważyła, że coś się zmieniło: nie cierpię.
            I Ty tez pewnego dnia poczujesz, że coś się skończyło, ale też coś się zaczyna.
            Pozdrawiam;)



          • RE: Czeka Cię podróż wkrótce...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 08:11:23               Odpowiedz

            Wiesz, masz rację, jestem wystraszony. Ale masz też rację że stoję już przed faktem dokonanym i muszę coś ze sobą zrobić. Prawda jest też taka że boję się na różnych poziomach.

            Boję się w sensie emocjonalnym. Mam poczucie straty, żalu i tak dalej. Trochę nie wiem co dalej. Szarpię się sam ze sobą. To jest trudne, wiesz, chciałbym jednak żeby moje przyszłe relacje z żoną nie były ograniczone do czystych formalności. Chciałbym żeby były normalne na tyle na ile to możliwe. Żeby córka wiedziała że ok, rodzicom nie wyszło, ale nie ma między nimi nienawiści. Tylko do tego trzeba naprawdę wybaczenia. Po jednej i drugiej stronie. Więc przede mną, przed nami, długa droga...

            Takie historie najłatwiej chyba zapomina się jeżeli relacje można zerwać całkowicie. Nie widywać się, nie rozmawiać. My z oczywistych przyczyn nie możemy tego zrobić.

            Boję się też tak zupełnie przyziemnie. Chociaż tutaj chyba bardziej jestem zirytowany niż boję się. Np. taki kredyt na mieszkanie. Kredyt jest na mnie i na żonę. Pod względem finansowym możliwość spłaty mam tylko ja. Bank mimo to nie ma chęci wykreślić żony i przenieść całość kredytu tylko na mnie. Wiadomo, dwie osoby to dodatkowe zabezpieczenie.

            Sprzedaż? Kredyt jest w walucie. Waluta jest na górce, ceny mieszkań w dołku. Nie ma szans. Jeśli nawet to co? Sprzedam i wynajmę mieszkanie, płacąc za jakąś norę tyle samo co za swoje, porządne mieszkanie. Bez sensu. Chociaż nie ukrywam że dla własnej głowy mieszkanie gdzie indziej byłoby lepszym rozwiązaniem.

            No to myślę sobie dalej - ok, wynajmę to mieszkanie. Liczę i liczę i dochodzę do wniosku że szanse na wynajem żeby wyjść na zero w sensie rata+opłaty są...są...no nie ma szans.

            Więc owszem, boję się. Co nie zmienia faktu że przede mną nie ma innej możliwości niż tylko przejście przez to i zaczęcie na nowo. Chcę jednak żeby to stało się sensownie. Nie mam ochoty się szarpać i palić mostów, ale nie chcę też ponosić konsekwencji tego do końca życia.

            I tu jest dylemat, bo narazie nic sensownego mi do głowy nie przychodzi. Gdzie się nie odwrócić, to wiadoma część ciała.



          • Mam chwilkę...wolniejszą;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-13, 09:49:40               Odpowiedz

            Czytam to co piszesz...i też jakoś odnajduję to w sobie.
            Ba. Nawet sądzę, że lęk przed nieznanym jest bardzo silny,
            nowym.
            Tak sobie pomyślałam, że skoro masz 30 lat to wcześnie wszedłeś w związek małżeński i możliwe, że twoje myślenie całe w kategoriach: kim jestem nawet jest jakoś powiązane z żoną i tym co tworzyliście.
            Tak jak twoje mieszkanie, które jest "Waszym" mieszkaniem.
            Wasze meble. Wasze łóżko i tak dalej.
            Dopóki tego nie oddzielisz, nie odzyskasz tego wszystkiego tylko dla siebie. Jeśli nie spojrzysz inaczej na to mieszkanie-jako na tylko twoje...Pytanie czy jest to możliwe. Moja znajoma przemeblowała, przemalowała i tak dalej...
            I wtedy dopiero poczuła, że to już jest inne miejsce.

            Mówisz o byciu w tym domu który Ci się kojarzy z "My" i dlatego cierpisz. Jasne, że lepiej by się było wyprowadzić...ale czasem po prostu byłaby to duża strata finansowa. (więc może uda Ci się jakoś oddzielić to miejsce od MY, nie wiem...;( )
            Ogólnie sama nie umiem się żegnać więc trochę jak hipokrytka się czuję;) Bo ja sama się nie pożegnałam. I do tego nawet jestem w dobrych stosunkach ze swoim ex. Bardzo dobrych;)
            Nie chcę go opuścić bo jest dla mnie przyjacielem jakiego nigdy nie miałam.
            Więc- co to znaczy "normalne" stosunki...
            ;)
            Ale jeśli nie chcecie by dziecko cierpiało to po prostu trzeba oddzielić złość na partnera od dziecka. Nie odreagowywać na dziecku. Ale to musi być wspólna decyzja i strategia. Niestety często ludzie odreagowują na dziecku i "wygadują się" do dziecka, które cierpi.
            Myślę, że ważne jest by dziecko wiedziało, że to, że miłość między rodzicami się skończyła nie oznacza, że skończyła się miłość do niego. I jeśli oboje kochacie to dziecko to ważne by nie przelewać swoich żali na nie.

            Kredyty.
            Ponoć wiążą skuteczniej niż przysięga małżeńska;)
            Tutaj Ci nic nie powiem bo się kompletnie nie znam. Nigdy żadnego nie brałam.Ale gdybym miała taki problem to może bym szukała informacji wśród ludzi rozwiedzionych jak sobie z tym poradzili... Bo to bez sensu jeśli rozstajesz się z żoną a macie wspólny kredyt. MOże jakaś umowa pomiędzy Wami by załatwiła sprawę. Radca prawny?


            Nie chcesz palić mostów..
            No rozumiem. Doskonale. Tylko czy ten most istnieje poza twoimi uczuciami?
            Czy istnieje most z drugiej strony?

            Chcesz aby została...
            Rozumiem.
            i nic nie powiem bo cokolwiek bym powiedziała to będzie jednak hipokryzja...

            Pozdrawiam serdecznie;)



          • RE: Mam chwilkę...wolniejszą;)

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 14:38:39               Odpowiedz

            Mieszkanie mam częściowo do remontu, ponieważ 3 tyg temu zostało zalane. Denerwowałem się i nie mogłem uwierzyć że to wszystko mnie spotyka. Gdybym chciał się doszukiwać w tym jakiegoś sensu po tym co napisałaś, mógłbym pomyśleć że to właśnie szansa na odpuszczenie. I jeżeli zdecyduję się zostać w tym mieszkaniu, to pewnie tak do tego podejdę.

            Co do mostów, to niestety chyba z drugiej strony nie ma juź nic. Nie piszę zbyt wiele o obecnym zachowaniu żony, bo to tylko nerwy psuje. Tylko myślę sobie, tak ogólnie, że to że ktoś zachowuje się jak świnia nie oznacza że ja też mam się tak zachowywać.

            Z drugiej strony myślę że może jej zachowanie jest podyktowane moimi oczekiwaniami. Właśnie tym że chcę żeby relacje były normalne, żebyśmy potrafili normalnie porozmawiać, wiedzieć że możemy na siebie liczyć jeżeli będzie taka konieczność. Ona zachowuje się jakby zupełnie tego nie chciała. Pewnie powinienem to uszanować, tylko czy można szanować kogoś kto robi coś takiego?



          • RE: Mam chwilkę...wolniejszą;)

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-13, 16:54:21               Odpowiedz

            Przeczytałam co piszesz i taka refleksja mi się nasunęła, że wszystko jest jakieś enigmatyczne. Bo z jednej strony piszesz, że byłeś otwarty na rozmowę. A z drugiej mam wrażenie, że nie zdobyłeś od swojej żony informacji potrzebnych do nadania swojemu doświadczeniu sensu.
            Nie mam na myśli doświadczenia cierpienia w sensie duchowym lecz bardziej przyziemnym. Dlaczego nie zapytasz jej wprost. Jak sobie wyobraża Waszą przyszłość? Co chce czego nie? A jeśli nie jest w stanie tego określić, to dlaczego?
            Tak piszę, nie musisz odpowiadać:)



          • RE: Mam chwilkę...wolniejszą;)

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 17:24:04               Odpowiedz

            Pytałem i znam odpowiedź.

            Rozwód. Ułożenie sobie życia na nowo. Kontakty ograniczone do minimum, tylko tyle ile jest wymagane ze względu na córkę. Ani mniej, ani więcej. Mamy rozbieżne poglądy co do tego co to znaczy normalne relacje.

            Przed nami jeszcze rozmowa na temat warunków rozwodu. Ja nie potrafię jeszcze odłożyć emocji na bok, a powinienem. Więc z jednej strony jeżeli zdecydowała się zacząc na nowo, to chcę rozstać się w zgodzie, ale z drugiej strony nie widzę innego rozwiązania niż orzeczenie jej winy. Ona kogoś ma, więc dla mnie to jest jednoznaczne. Jedno chyba wyklucza drugie niestety.

            Co do spraw mieszkaniowych, to również nie ma pomysłu co dalej z mieszkaniem.



          • RE: Mam chwilkę...wolniejszą;)

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-13, 20:53:04               Odpowiedz

            Jeśli z orzekaniem o winie, to ciekawe jakie będzie miała kontrargumenty. Nie jestem w temacie biegła, ale wiem, że można swoją obronę oprzeć na braku pożycia małżeńskiego. Jeśli nie zależy jej na kontaktach z Tobą, to nie widzę powodów, dla których miałaby nie sięgnąć po ciężkie działa. Poza tym trzeba wziąć pod uwagę fakt, że ma obok siebie człowieka, który przeszedł już rozwód:)



          • Mam dziś dzień złości ;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-13, 22:52:15               Odpowiedz

            I użalania się nad sobą.
            Więc będzie krótko i z pewnością mój dzisiejszy nastrój ma wpływ.
            Wiesz-czytam jak piszesz o córce...I widzę, że ją kochasz...
            Wspaniały pomysł z tymi zapiskami dla niej...
            uroczy.

            Ogólnie -hmmm chyba tylko pomarzyć o takim ojcu może część z nas.Muzyka, rowerek... Ale to pominąwszy.

            Jedno mnie dzisiaj uderzyło-i to pewnie ma związek z moim aktulanym nastrojem.
            Wiesz-dziwię się dziś, że nie walnąłeś ręką w stół i nie dałeś żonie popalić. Rozwala Ci świat zbudowany wspólnie przez tyle lat. Z wysiłkiem. Rozwala ni z gruszki ni z armatki- jedyne co łapiesz to jakieś "gorsze" dni oddalenia, które moim zdaniem mogą być zawsze i wcale nie muszą oznaczać niczego poważnego. Po iluś tam latach chyba ludzie non stop na siebie już nie patrzą i mają własne oddzielne też rzeczy...
            Więc -marne niejasne sygnały od żony--> Ty się obwiniasz, że może nie byłeś dość bystry...
            Czyli ja winny...
            Ona odchodzi do innego jak się okazuje (ewidenty dowód że wina także jest po jej stronie) a Ty nic.
            Nawet się nie wściekasz. Nie ma w Tobie złości...
            Tak mnie to dzisiaj uderzyło.
            Nie było w Tobie złości? Wściekłości?
            Właściwie to jakie znasz powody jej odejścia?
            Podała Ci na koniec chociaż uczciwą rozmowę?
            Powiedziała co się stało?

            To mnie dziwi.
            Ja bym wydarła pewnie tą odpowiedź;)
            gdyby mi ktoś "bez przyczyny" rozwalił wszystko i nawet tego nie wyjaśnił. Nie poświęcił mi uwagi i szacunku.

            Ale może -jak mówię-mam dzisiaj zły dzień.
            Minie.


            Pozdrawiam.



          • PS.

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-13, 22:56:56               Odpowiedz

            Z drugiej strony co by Ci dało stwierdzenie: "Zakochałam się w kimś innym. Ciebie już nie kocham. Przykro mi".
            W sumie nic.

            Ale nie byłeś wściekły?



          • RE: Mam dziś dzień złości ;)

            Autor: Amelia50   Data: 2013-02-13, 23:01:12               Odpowiedz

            Nie, nie masz złego dnia Dzwoneczniku. Reakcja naszego autora jest niezrozumiała, jakas nierzeczywista, jakby nie był żywym człowiekiem, tylko niemal aniołem - papierową postacią.
            Opis czasu spedzanego z córką jest wyidealizowany. Mam czworo dzieci, wiem jak życie z dzieckiem wyglada - normalnie. A nasz autor tylko słodzi. Nic z tego nie rozumiem.



          • fakt faktem wyidealizowany;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-13, 23:15:58               Odpowiedz

            Ten obraz relacji ojciec -dziecko.
            Jak z bajki. Ale miło się tego słucha;))
            Może to przez uczucia tak wygląda?
            Mi się zawsze dzieci kojarzą z kolejką w sklepie i drącym się dzieciakiem, że chce lizaczka;)
            I cierpliwość matek podziwiam! Pełen szacunek;)

            Ale zupełnie nie rozumiem jak można się nie wściec na żonę.
            Jeszcze wiedząc że kombinowała z kimś innym na boku i oszukała. Nawet się nie wysiliła na rozmowę.
            Jakąś taką zwykłą rozmowę i wyjaśnienie po tylu latach, wspólne dziecko, ponoć miłość. Ja już nie mówię o miłości, z szacunku zwykłego dla tego co było -nawet jak już nie kochała. Ja bym się poczuła strasznie.
            Jeszcze jeśli robi coś takiego "najbliższa" osoba.
            Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak bym się poczuła.
            Ale kojarzy mi się jedno: papier toaletowy.
            Zużył się więc do ubikacji.
            Jak nie poczuć się zranionym?
            Jak się nie wściec?

            Ja tego nie pojmuję. Ale nie jestem nikim poza sobą samą, więc nie zawsze rozumiem reakcje innych.

            Pozdrawiam.



          • fakt faktem wyidealizowany-dzwonku

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-13, 23:23:06               Odpowiedz

            MOŻNA !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

            a co ?

            są też tacy co prze własną "idealność " nas...i sobie w papiery

            świat , szczególnie kobiet, uwielbia średniactwo



          • No nie wiem Pawle...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-13, 23:33:31               Odpowiedz

            Chyba, że jest się Świętym?
            Naprawdę jak doczytałam o tym drugim - że ma kogoś...czyli miała w trakcie to mnie zaskakuje twój spokój Stayheavy.
            Więc: albo już jesteś po etapie wściekłości...
            albo masz odcięte emocje.
            No bo chyba każdy po ludzku by się wściekł.

            "świat , szczególnie kobiet, uwielbia średniactwo"
            a tego zdania ani nie rozumiem, ani nie rozumiem do czego tutaj pijesz? Czy starasz się obrazić autora wątku?
            Dlaczego?



          • RE: No nie wiem Pawle...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-13, 23:38:13               Odpowiedz

            dzwonku

            staram się tobie przekazać, że na tym świecie żyją różni ludzie, a wścieklizna jest uleczalna od XIX wieku wg, kalendarza gregoriańskiego



          • nie ma miłości i radości bez złości;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-13, 23:44:32               Odpowiedz

            Jest cały pakiet uczuć, a nie tylko wybrane.

            Nie można nie czuć złości, chyba że ktoś wyparł swoją złość.
            A to też niezdrowe.

            Wyparta złość może przejść w depresję.

            A co do wścieklizny- to jeszcze niedawno w naszym rejonie była;) Może jestem zarażona:)
            Uwaga gryzę;)

            No dobra. Idę spać. Dobrej nocy wszystkim.



          • RE: fakt faktem wyidealizowany;)

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-13, 23:52:54               Odpowiedz

            Mnie też opowiadanie o dziecku ujęło. E tam, nie jest naciągane. Płynie z serca, mężczyzny, który lubi bawić się z dzieckiem:) Podobało mnie się:)
            I przyszła mi jeszcze jedna myśl, że skoro godziny spotkań są narzucone, to wygląda trochę tak jakby przetarg się rozpoczął.
            W związku z tym ja rozeznałabym się dokładnie jak jest w obu przypadkach rozwodu z ustalaniem kontaktów z dzieckiem i decydowaniem o jego życiu. Wybrałabym opcje najkorzystniejszą dla mnie i dziecka a reszta świata niech żyje po swojemu:)
            W ogóle w całej tej historii zadziwiający jest fakt, że kobieta po dwóch latach po urodzeniu dziecka ma czas na myślenie o robieniu na boku. To jest nie do pomyślenia, kiedy widzi się matki zaabsorbowane swoimi dziećmi. Na wytłumaczenie tego przychodzi mi do głowy przypadek mojej znajomej, która urodziła dziecko z mężem, mając nadzieję, że w ten sposób oddali się od kochanka, którego miała od początku małżeństwa.



          • Mi śmierdzi na kilometr zdanie...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-13, 23:57:33               Odpowiedz

            "Później czasem mi opowiadała że ma w pracy kolegę który jest w trakcie rozwodu.".

            Facet się rozwodzi i żona akurat teraz chce rozwodu...
            Wcześniej był żonaty. Więc ?
            Teraz się rozwodzi. WIęc?

            Może nic a może coś.
            Może masz rację Rosemary.
            Nie wiemy.
            Autor wątku też się pewnie nie dowie.
            Choć w firmie prawdę znają...
            Czasem mąż dowiaduje się ostatni....
            Jak u Optimy...

            Ale nie chcę być Kasandrą.
            Więc zamykam się i idę spać;)



          • RE: Mi śmierdzi na kilometr zdanie...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-14, 08:42:58               Odpowiedz

            Dzień dobry. Znów odpowiem na kilka ostatnich wpisów w jednym moim.

            Dzwoneczniku,

            Wściekałem się. Teraz nic już nie czuję. Nie wiem jak to określić, to nie jest obojętność, to zrezygnowanie. Wiesz, o tym że żona z kimś się spotyka dowiedziałem się ostatnio, ale jeśli prześledzisz wątek uważnie, to zauważysz że chyba mogłem się tego spodziewać już dużo wcześniej. Odpychałem tą myśl od siebie, chociaż pewnie była zawsze tuż obok. Więc ja już się nawściekałem. Już mi się nie chce. To już niczego nie zmieni. Może tylko jeszcze bardziej pogorszyć sytuację, bo powiem albo zrobię coś głupiego. Pisać tu też już mi się nie chce, ten emocjonalny ekshibicjonizm jest niekiedy żenujący. Ale pewnie będę pisał dalej. Ogólnie lubię pisać, a aktualnie nie mam do kogo.

            I masz rację, widać nie byłem wystarczająco bystry skoro pozwoliłem żeby jej uczucie skierowało się gdzieś indziej.

            A co do tego drugiego, nie znam szczegółów. Nie wiem czy jest w trakcie rozwodu czy po rozwodzie, czy może w ogóle ma to w 4 literach. Wiem tylko tyle ile będzie chciała mi powiedzieć żona. A możliwości sprawdzenia czy mówi prawdę mam ograniczone.

            Wiem że może powinienem jej zrobić z wiadomej części ciała jesień średniowiecza. Tyle że taki nie jestem i już, to nie po mojemu. Nie przyniosłoby mi to ulgi. Niemniej jednak tak jak napisałem gdzieś wcześniej - życzę jej rozczarowania...

            Amelia50,

            Nie jestem papierową postacią. Mam mnóstwo wad. Czas spędzany z córką chcę wykorzystać jak najlepiej. To mają być radosne godziny dla niej i dla mnie. Nie ma ich za dużo, więc musisz zrozumieć że nie będę przy niej sprzątał mieszkania i robił prania. To jest czas dla nas i wszystko inne może wtedy poczekać. Kocham córkę ponad własne życie. I czasem myślę że nie znałem miłości w ogóle do czasu aż ona się pojawiła na świecie.

            Normalne życie córka ma z żoną. Czas spędzony ze mną faktycznie jest wyidealizowany, bo tylko taki może być. Chciałbym żeby ta 'normalność' zagościła w naszym wspólnie spędzanym czasie. Chciałbym żeby córka u mnie nocowała. Pragnę tej normalności, ale w tej chwili to niemożliwe. Nie pytaj proszę dlaczego. Nie mam wystarczająco siły żeby to wywalczyć tak po prostu. Mam nadzieję że postanowienie sądu to zmieni.

            Mam też dwie zalety które w sobie cenię - rozsądek i zdolność kompromisu. Żona nigdy nie znała słowa kompromis.

            Pozdrawiam,



          • RE: Mi śmierdzi na kilometr zdanie...

            Autor: chello1   Data: 2013-02-14, 09:11:12               Odpowiedz

            Mam też dwie zalety które w sobie cenię - rozsądek i zdolność kompromisu. Żona nigdy nie znała słowa kompromis.


            Kompromis jednostronny tak się kończy.To się ciesz,że zostałeś sam. Taka osoba nie dałaby ci szczęścia,bo nigdy nie myślałaby o Twoich potrzebach. Ją interesowalo tylko jej życie.Ty byłeś tylko dodatkiem.



          • RE: Mi śmierdzi na kilometr zdanie...

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-14, 09:57:50               Odpowiedz

            W zasadzie napisałeś do dzwonecznika o uważnym czytaniu.
            Wiesz, że uważne czytanie niesie za sobą konsekwencje. Stąd też moja kolejna wizyta na twoim wątku.
            Na zdrowym rozsądku moje oczy się zatrzymały. I mam kolejną refleksje. Bo czymże jest naiwność?:)



          • Pytanie dla Ciebie bez odpowiedzi...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-14, 12:20:10               Odpowiedz

            Zadam Ci kilka pytań, ale że są dość osobiste nie oczekuję odpowiedzi...
            Chodzi mi tylko o to czy Ty te odpowiedzi znasz:
            1. Czego się dowiedziałeś o swojej żonie? Jaka to jest osoba? Jakie wartości ceni? Czy te wartości są podobne do twoich?
            Czy w waszym związku było to co jest potrzebne do stworzenia bliskiej relacji?(ja mam swoje "wymagania" podstawowe- i wiesz mam dziwne wrażenie, że Ty nie znasz swojej żony, tak momentami...)
            2. czego się dowiedziałeś o sobie? Czego potrzebujesz do stworzenia bliskiej intymnej relacji?

            Wiesz -mi się zdaje, ze jak nie ma kompromisu żadnego z drugiej strony -to mi się to kojarzy z brakiem gotowości do zrozumienia potrzeb drugiej strony (->czyli postawa "liczę się tylko ja").
            Kiedyś czytałam o rozróżnieniu Ja+Ty a My.
            To dwa różne sposoby bycia. Bliska relacja jest możliwa w My. Nie mówię o stapianiu się (choć w bliskiej intymnej relacji partnerzy niejako od czasu do czasu stapiają się w jedno -są takie chwile, gdy są jednym jakby).
            Czy było My na początku?
            Kiedy wyczuwałeś że to MY zaczęło się sypać. Nic nie mówiłeś o tym? Nic kompletnie nie reagowałeś na to?(Słyszę, że się obwiniasz znowu: "I masz rację, widać nie byłem wystarczająco bystry skoro pozwoliłem żeby jej uczucie skierowało się gdzieś indziej.". Zakładasz, że miałeś na to wpływ i się nie postarałeś wystarczająco. A Ona-starała się? Czy była w tym staraniu się równowaga? Może Ona po prostu nie chciała? Myślisz, że można kogoś zmusić by chciał gdy nie chce?)
            ...

            Zakładasz, że gdybyś się postarał bardziej to to by się nie wydarzyło?


            ...
            "Pisać tu też już mi się nie chce, ten emocjonalny ekshibicjonizm jest niekiedy żenujący".
            No to rozumiem czemu jest Ci trudno.
            Masz po części rację. Jeśli traktować to forum jako źródło informacji to emocje nie są na miejscu. Jeśli traktować to jako taką formę trochę terapii że tak powiem -to jest na miejscu. Aczkolwiek to twoje podejście. Mi nie przeszkadzają emocje-a nawet pomagają mi lepiej "poczuć" człowieka. Ale zależy czego tutaj chcesz i po co tutaj jesteś. Może twoje podejście jest zdrowsze;)
            Pomyślę. Może faktycznie pisanie takie o sobie i swoim czuciu może być po prostu "żenujące".
            Nigdy tak na to nie patrzyłam.
            >>>
            " A możliwości sprawdzenia czy mówi prawdę mam ograniczone."
            -są możliwości, to można sprawdzić. Pytanie czy to ma sens.
            Czasem nie warto. Nie wiem czy dążyłabym do poznania prawdy . Pewnie po prostu byłoby mi przykro, że nie byłam na tyle ważna by mi ją po prostu powiedzieć.
            ***
            "Wiem że może powinienem jej zrobić z wiadomej części ciała jesień średniowiecza. Tyle że taki nie jestem i już, to nie po mojemu. Nie przyniosłoby mi to ulgi. Niemniej jednak tak jak napisałem gdzieś wcześniej - życzę jej rozczarowania..."
            -Wiesz jak dla mnie wyrażanie złości to nie tylko agresja, czy przemoc. Jest też wiele innych sposobów na wyrażenie tego jak się czuję, czy czego oczekuję...Czasem to drugą stronę przywraca do "pionu". Ale trzeba się liczyć z uczuciami drugiego człowieka...
            Czy czujesz, że twoje uczucia miały jakieś znaczenie?
            Czy miałeś poczucie, że twoja żona ma wyrzuty? Że jest jej chociaż przykro? Że "uszanowała" spędzony z Tobą czas?
            Czy obchodziło ją jak Ty się czujesz?



            Jakiej "normalności" oczekujesz?
            I czy ta twoje "normalność" kiedykolwiek była w tej relacji?
            ***

            Pozdrawiam.
            Już się zamykam;)








          • PS.

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-14, 12:28:42               Odpowiedz

            Czy twoja żona czyniła Ci wyrzuty typu: ciągle Cię nie ma w domu, brakuje mi Ciebie, czuję się samotna i tak dalej?
            Czy były jasne sygnały od niej, że czegoś ważnego jej brakuje w tej relacji?



          • RE: Pytanie dla Ciebie bez odpowiedzi...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-14, 14:22:29               Odpowiedz

            Bardzo dużo trudnych pytań. Nie na wszystkie znam odpowiedź, nie na wszystkie chyba chcę odpowiedzieć, co w sumie też jest jakąś odpowiedzą...

            Czego się dowiedziałeś o sobie?
            Ufać intuicji. I że ludzie się zmieniają jeśli impuls jest wystarczająco silny.

            "Pisać tu też już mi się nie chce, ten emocjonalny ekshibicjonizm jest niekiedy żenujący".
            Wiesz, chodzi mi o to że otwierasz się, ale nigdy nie wiesz przed kim. Możesz komuś anonimowo pomóc, ale tak samo anonimowo możesz zrobić coś przeciwnego.

            "Są możliwości, to można sprawdzić. Pytanie czy to ma sens."
            Ma sens w aspekcie rozwodu. W innych nie wiem, to sprawa indywidualna. W sensie emocjonalnym nie chciałbym być porównywany z innym facetem.

            Co do normalności, to tak, oczywiście. Byliśmy normalną kochającą się parą. Kłóciliśmy się normalnie, dzieliliśmy obowiązkami normalnie, sprawialiśmy sobie normalne przyjemności. Dzisiaj myślę ze za dużo było właśnie normalności, a za mało uniesień. Tylko że takie jest życie - normalne...

            Pozdrawiam,



          • RE: Pytanie dla Ciebie bez odpowiedzi...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-14, 15:09:53               Odpowiedz

            " I że ludzie się zmieniają jeśli impuls jest wystarczająco silny."
            -jak dla mnie wszystko zależy od tego czy żarówka chce dać się wkręcić;)) (był taki żart odnośnie psychologów)
            Powiem tak-jeśli ktoś czegoś ode mnie oczekuje czego ja w gruncie rzeczy nie chcę zrobić. To : zacznę to robić co chcę w ukryciu...lub zrobię coś wbrew sobie a potem będę się czuć źle z tym (bo sama tego nie chcę).
            Istotą zmiany jest "chcę", "pragnę" a nie to, że ktoś wystarczająco silnie będzie na mnie naciskał (manipulował mną).
            ;-P

            Nie wierzę w nacisk.

            Wierzysz, że można na kimś "wymusić" kochanie?
            Naprawdę myślisz, że jesteś Bogiem;)


            "Wiesz, chodzi mi o to że otwierasz się, ale nigdy nie wiesz przed kim. Możesz komuś anonimowo pomóc, ale tak samo anonimowo możesz zrobić coś przeciwnego."

            --hmmm...to fakt, tutaj trudno przewidzieć czy dane działanie może komuś pomóc czy będzie dokładnie odwrotnie.
            Tutaj muszę Ci przyznać rację. Nie wiem.
            To co robię -robię tak jak sama bym chciała.
            Lubię gdy ktoś mi zadaje pytania. Czasem dużo się dzięki temu dowiaduję o sobie. Ale masz rację. Czasami zobaczenie "prawdy" moze być na dany moment zbyt bolesne.
            To fakt. Czy czujesz, że to Ci szkodzi?
            ?
            "Ma sens w aspekcie rozwodu. W innych nie wiem, to sprawa indywidualna. W sensie emocjonalnym nie chciałbym być porównywany z innym facetem."
            -nie mówiłam o porównywaniu. Może Ty się porównujesz. Wy faceci często to robicie. Chodziło mi raczej o mały wywiad;) Czasem lubię się bawić w detektywa.;) Lubię czasem grzebnąć w czymś by dojść przyczyn. I o to mi chodziło. Że są osoby które z pewnością wiedzą więcej niż Ty.
            Ale w sumie po co ta wiedza.
            Do prania brudów w Sądzie?
            No można. Jeśli nie możesz liczyć na uczciwość drugiej strony. Możesz liczyć na uczciwość?

            "Co do normalności, to tak, oczywiście. Byliśmy normalną kochającą się parą. Kłóciliśmy się normalnie, dzieliliśmy obowiązkami normalnie, sprawialiśmy sobie normalne przyjemności. Dzisiaj myślę ze za dużo było właśnie normalności, a za mało uniesień. Tylko że takie jest życie - normalne..."

            Czyli powiedziała Ci: rutyna i nuda. Zmęczyła mnie rutyna i nuda w tym związku-czy tak?
            Ok. Rozumiem, że rutyna i nuda to morderstwo dla związku...ale wiesz-o tym też można rozmawiać i szukać rozwiązań.

            Mi się kojarzy moja koleżanka, która wyszła za faceta dlatego, że podobał się jej rodzicom. Taki stateczny, poważny, odpowiedzialny... Miała wbite do głowy, że taki powinien być mąż. Tylko to nie było jej.
            I związek się rozpadł jak się "zakochała".
            I co by ten mąż nie wyprawiał i tak nic by z tego nie było.


            Ale- Ty mówisz, że był ogień na początku, tylko zgasł.
            I widzisz: są ludzie którzy jak gaśnie -> walczą
            i są ludzie którzy jak gaśnie mówią-> widocznie to nie jest to. Nie ma już we mnie fascynacji, nie świruję, nie mam ochoty na seks -> to znaczy że miłość się skończyła i odchodzą...
            Jest różnie.

            Ale ja sobie tu gdybam tylko. Nie mam pojęcia co się stało między Wami. Ty możesz to odkryć. Ty masz dane.
            Ja mam tylko swoją wyobraźnię i moje własne różne doświadczenia z życia. Więc trudno się tutaj wstrzelić.

            Jedno co mnie niepokoi to fakt, że trochę moim zdaniem przypisujesz sobie za dużo mocy.
            Że mogłeś sam ratować ten związek.
            To bujda kompletna. Samemu się nie da. Do tanga trzeba dwojga.
            Ale jeśli Ona walczyła a Ty to olewałeś ..ona mówiła, a Ty udawałeś że nie słyszysz (bo Tobie było dobrze)-> to faktycznie masz lekcję, że był w tym duży twój wkład i mogłeś coś zrobić a nie zrobiłeś (bo miałeś takowe informacje ). Wówczas zdanie: gdybym się bardziej postarał...ma sens.

            Pozdrawiam serdecznie.





          • RE: Pytanie dla Ciebie bez odpowiedzi...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-14, 16:07:19               Odpowiedz

            Nie, nie - chodziło mi o impuls w sensie takiego dramatu, nie chodziło mi o naciski. To co się stało powoduje że zastanawiam się i analizuję co się stało. Mam nadzieję że czegoś się na tej podstawie nauczę. Może czegoś się nauczę o sobie. I to będzie generowało zmianę.

            Może nauczę się czegoś o innych. I to też coś we mnie zmieni. O to mi chodziło.

            Myślę że w mojej żonie też to coś zmieni. Nie wierzę że takie zdarzenia nie pozostawiają śladów.



          • Cześć.

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-15, 08:49:49               Odpowiedz

            "Może nauczę się czegoś o innych. I to też coś we mnie zmieni. O to mi chodziło."

            --> warto byś pomyślał czym to "coś" ma być.
            Czytam książkę o cierpieniu. I czytam, że znaczna cześć naszych cierpień bierze się z oczekiwań.
            Że mamy nadmiarowe oczekiwania w stosunku do: siebie, innych, rzeczywistości.

            Twoim nadmiarowym oczekiwaniem nazwałabym przekonanie, że sam możesz udźwignąć i sprawić, że żona będzie się zachowywała tak jak chcesz. Czyli: jeśli byłbym wystarczająco dobry to by nie odeszła (bo spotkała kogoś lepszego niż ja). Tak to czytam.

            Iluzja polega na tym, że nie wiesz czym miałoby to być :"wystarczająco dobry"..
            Po co to robisz? może dlatego, że świadomość braku wpływu na pewne rzeczy jest gorsza?
            Bo ciężka jest świadomość że nie mamy wpływu czasem na to czy osoba którą kochamy może po prostu pewnego dnia powiedzieć: "już nie chcę z Tobą być, nie kocham,odchodzę".
            Że na tak ważne rzeczy możemy tego "wpływu" nie mieć.

            Nie wiem. Tak się zastanawiam, że czasem chcielibyśmy mieć poczucie, że nad czymś panujemy, nad czym w gruncie rzeczy nie panujemy...Czy panujemy nad tym czy ktoś nas kocha czy nie??????

            Takie zdanie: "Jeśli byłbym wystarczająco dobry ..(wstawić inne określenie) to by się to nie stało"
            -ale czy to prawda?
            Zwłaszcza jak robimy co możemy a jednak to niczego nie zmienia...

            Czasami tak czasami nie?To chyba już zależy od dwojga ludzi a nie od jednego z nich. To taki wkład zbiorowy:
            bo "do tanga trzeba dwojga..."

            I wydaje mi się, że akurat na kogoś i jego własne decyzje mamy niewielki wpływ-zwłaszcza jak ktoś chce czegoś innego niż my...

            Ale to takie moje rozważania.
            Wiem, że nawet na swoje własne uczucia mamy niewielki wpływ.
            Bo...okazuje się pewnego pięknego dnia, że nic nie czuję do swojego męża. Powiedzmy, że próbuję, ale nic. Po prostu zaczyna mnie drażnić, złościć, mam poczucie, że marnuję sobie z nim życie.
            Pomijam powody. Powiedzmy, że z jakichś powodów czuję się nieszczęśliwa w tym związku. To co można zrobić?
            Zmusić się do tego by "uczucie" wróciło?
            Czy to się da? Czy da się kogoś pokochać bo tak chcę...bo obiecywałam kiedyś tam przy ołtarzu...bo mamy wspólny dom, dziecko..a na przykład jestem jednym wielkim nieszczęściem...choć chciałabym czuć się inaczej.

            Tak sobie snuję rozważania.
            Czy i na co mamy wpływ. A na co nie mamy.
            Pomijam już co z tym można zrobić-jakie są rozwiązania.
            Pomijam fakt czy też nie mam nadmiarowych oczekiwań od miłości i na przykład oczekuję, ze motyle w brzuchu będę miała cały czas. A jak ich już nie ma ..to...
            To też bywa iluzją.


            "Myślę że w mojej żonie też to coś zmieni. Nie wierzę że takie zdarzenia nie pozostawiają śladów."
            ->
            A co ma się zmienić w niej?
            Liczysz że coś się odmieni...To ryzykowne.
            ;)
            A jak nie odmieni się nic?
            Oczekujesz jakiejś zmiany w niej.

            To też może prowadzić Ciebie do cierpienia.

            Jeśli założysz , że jakoś tam musi być bo był taki dramat-> to na pewno jej się odmieni...
            Ciekawa jestem na co liczysz i jakiego oświecenia żony oczekujesz...
            Sam się zastanów czy to realistyczne czy nie...


            Pozdrawiam;)
            PS> mam nadzieję, ze moje wywody źle na Ciebie nie wpływają. A jak wpływają to powiedz-to się zamknę;)



          • Czego można być pewnym w życiu;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-15, 09:09:08               Odpowiedz

            Śmierci i podatków;))

            A cała reszta bywa różna.
            Żony przestają kochać, dzieci nie są takie jakbyśmy chcieli, praca też ni z gruszki ni z armatki może się skończyć.
            Ludzie bywają dobrzy i bywają wredni i chamscy.
            Zdrowie też czasami jest a czasami zapadamy ta taką chorobę, której wyleczyć się nie da...
            I tak dalej.

            Hmm..po raz kolejny zazdroszczę osobom, które wierzą w Boga.
            Bo mają jakieś "pewne" źródło oparcia i ufności, że wszystko będzie dobrze;))

            I tym akcentem zakańczam.
            Smutno mi jakoś, bo świat jest takim nieprzewidywalnym miejscem. I trzeba się z tym pogodzić ...
            I nauczyć się:
            -na co mam wpływ
            -na co nie mam wpływu
            i umieć to przyjąć ;)

            Pozdrawiam serdecznie;)



          • RE: Cześć.

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-15, 15:46:53               Odpowiedz

            Dzwoneczniku,

            Nie martw się, Twoje wywody nie wpływają na mnie źle. Piszesz bardzo ciekawie, o wielu sprawach sam z siebie nie pomyślałbym w przedstawianym przez Ciebie świetle. Dziękuję :-).

            O oczekiwaniach względem zmiany.

            Zmiany we mnie zajdą chyba niezależnie od moich oczekiwań. To jest tak silne przeżycie że nie da się skontrolować wszystkiego co się w człowieku dzieje. Niezależnie od tego, są rzeczy które chciałbym żeby się we mnie w przyszłości zmieniły. W rozumowaniu, w podejściu, może w oczekiwaniach. Czas pokaże czy to się stanie. Może to dziwnie zabrzmi, ale ogólnie oceniam się dosyć dobrze, więc nie chcę się jakoś zupełnie przewartościować. Nie jestem ideałem, ale staram się być dobrym człowiekiem. Stworzyliśmy z żoną wspólnie dobre miejsce dla naszej rodziny, więc ogromnie mi przykro że tego już nie ma...

            Jedno co na pewno będę próbował zmienić w sobie, to to żeby zaczęło być mi dobrze z samym sobą. Nie liczę na szybkie i spektakularne sukcesy, ale zdarzają się takie dni że naprawdę nie jest źle! Poza tym chcę żeby córka miała ojca z którego kiedyś będzie dumna, fajnego faceta, a nie kogoś kto wiecznie sie nad sobą użala.

            Jest jeszcze jedna motywacja do zmiany. Teraz nie zawsze jestem w stanie zobaczyć to wyraźnie, ale myślę że jak się nie pozbieram, to za 40 lat będę miał poczucie przegranego życia. A życie jest jedno.

            Jeśli chodzi o zmiany w mojej żonie, to niczego nie oczekuję i na nic nie liczę. Tylko myślę że w niej to też pozostawi silny ślad. Dla niej to też na pewno jest dramat, tylko patrzymy i oceniamy ten dramat dzisiaj inaczej.


            Trzymaj się ciepło i nie smuć się niepotrzebnie. Masz rację, na pewne rzeczy wpływu nie mamy, więc może szkoda zawracać sobie ciągle gitarę.



          • O żegnaniu się...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-15, 16:37:03               Odpowiedz

            Czytam co piszesz i tak sobie myślę, że jeżeli uda Ci się zrealizować plan-to tylko pogratulować.

            Czytam i myślę, że sama bym chciała się "umieć" tak nastawić.
            Bo rozum jedno a emocje drugie.
            Jak łatwo nam czasem przychodzi "radzenie" komuś.

            "Jedno co na pewno będę próbował zmienić w sobie, to to żeby zaczęło być mi dobrze z samym sobą. Nie liczę na szybkie i spektakularne sukcesy, ale zdarzają się takie dni że naprawdę nie jest źle! Poza tym chcę żeby córka miała ojca z którego kiedyś będzie dumna, fajnego faceta, a nie kogoś kto wiecznie sie nad sobą użala."

            Myślę, ze tutaj nie tylko dla córki, ale też dla siebie.
            Życie w ciągłym żalu po stracie to smutne życie. Nie ma w nim energii i wszystko staje się takie bez sensu i szare.

            Więc na pewno Ci tego nie życzę.
            Po prostu trzeba umieć się godzić z przemijaniem.
            Zmianami w życiu. Choć czasem bardzo byśmy chcieli "cofnąć" czas, zrobić coś inaczej. Mieć szansę spróbować jeszcze raz.
            Jedno co wiem, że mamy tylko swoją perspektywę. To jak My ten czas przeżywaliśmy (czasami inaczej niż druga osoba).
            Ale to też już w twoim przypadku bez znaczenia. To rozdział zamknięty. Przejdziesz to, bo masz jasność w tej kwestii.
            I to też lepsze niż ciągnące się latami to "w te to we wte".
            Niejasności, wątpliwości...
            Więc cieszę się, że stajesz w obliczu tego i mimo rozpaczy także widzisz jakieś światło i jakiś sens.
            Dalsze życie postrzegasz optymistycznie mimo wszystko.
            To ważne.
            To prawda, że życie jest (możliwe, że..;-P) jedno.
            Na pewno jedno-o innych nic nie wiemy.
            I możemy je spróbować przeżyć jak najlepiej lub trwać w cierpieniu...
            Ślad. Zawsze zostaje ślad.
            W końcu ileś tam lat byliście ze sobą i to zawsze w Was zostanie jako jakieś doświadczenie.
            Patrząc całościowo nie było tylko źle-więc oboje potraficie stworzyć fajny związek. I to jest jeszcze ciągle przed Tobą - nie stoisz nad trumną.
            I życzę Ci, abyś to światło nadziei, gdzieś tam zachował w sobie -zwłaszcza na ciemniejsze i chmurniejsze dni.
            Bo i takie i inne będą.
            Oby się nie zawiesić w ciągłym i nieprzemijającym żalu...

            Pozdrawiam serdecznie i powodzenia.



          • RE: O żegnaniu się...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-15, 17:12:51               Odpowiedz

            "Jedno co wiem, że mamy tylko swoją perspektywę. To jak My ten czas przeżywaliśmy (czasami inaczej niż druga osoba)."

            Otóż to...bardzo to mądre.



          • RE: O żegnaniu się...

            Autor: chello1   Data: 2013-02-15, 18:15:48               Odpowiedz

            Jeśli chodzi o zmiany w mojej żonie, to niczego nie oczekuję i na nic nie liczę. Tylko myślę że w niej to też pozostawi silny ślad. Dla niej to też na pewno jest dramat, tylko patrzymy i oceniamy ten dramat dzisiaj inaczej.

            Chyba się mylisz. Ja zauważyłam w oczach mojego ex tylko strach o nową kobietę. Mogłabym przestać istnieć. Moje sprawy nie mają znaczenia.Gdybym naiwnie wierzyła,że jest inaczej znalazłabym się pod mostem razem z dziećmi.Przez te ostatnie dwa lata na głowie staję,żeby normalnie żyć. Nie pójść na dno.
            Jego nic nie obchodzi poza jego sprawami.

            A mimo to chce wrócić do domu. Mam już decyzję w sprawie wymeldowania z pobytu stałego mojego ex. Ale On pisze odwołanie do wojewody. Tak mu zależy! Na czym?

            Ano na prawie do własnego terytorium.



          • RE: O żegnaniu się...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-15, 21:10:21               Odpowiedz

            No może się mylę. Szczerze to mam podobne odczucia w swojej sytuacji, tylko odpycham to od siebie. Ale każde zaślepienie i każda fascynacja prędzej czy później mija i wtedy przychodzi moment refleksji. Pytanie jak przebrnąć przez ten czas od-do bez wzajemnej nienawiści, zważywszy że może trwać długo...

            Ja się zastanawiam czy nie wyolbrzymiam w tej chwili zachowań i słów żony. Może nie ma w nich tyle treści ile ja odbieram..



          • O poznaniu przyjacielu i partnerze...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-15, 18:54:48               Odpowiedz

            Anonim kiedyś fajnie napisał: że przyjacielowi powiesz wszystko-partnerowi niekoniecznie.
            Ano właśnie.
            Przyjaciółce się wygadasz co Ci na wątrobie leży-bez obawy. Partnerowi nie powiesz często wielu rzeczy, bo...
            to by go zraniło, bałbyś/łabyś się reakcji, nie chciałbyś/łabyś zranić lub jakieś tam inne...

            W każdym razie paradoksalnie w związku partnerskim czasami trudniej jest być otwartym i w pełni szczerym.
            Z różnych powodów.

            I czasem okazuje się, że dla jednego to był wspaniały wieczór, cudowna noc i tak dalej...a dla drugiego coś zupełnie innego.

            I tak bywa.
            Ta sama sytuacja widziana oczyma dwojga może brzmieć tak inaczej czasem, ze trudno uwierzyć, ze mówią o tej samej sytuacji. Mi się często przy słuchaniu różnych relacji zdarza.

            Czasami to wina różnicy w potrzebach: inne oczekiwania dotyczące siebie nawzajem, spędzania czasu, związku, itp.
            Czasami komunikacji: obawy przed ujawnieniem prawdy.
            Czasami obawy przed konsekwencjami powiedzenia prawdy.

            Pisałam już o koleżance co wyszła za "dobrego" kandydata na męża podług rodziców. I on pewnie był w tym związku szczęśliwy, ona niekoniecznie. Nie będę tu zdradzać konkretów. Ale te wizje z pewnością były inne. A prawdziwej komunikacji nie było, bo ujawnienie prawdy oznaczałoby koniec związku, który i tak się skończył (w gruncie rzeczy po prostu go nie kochała). Więc powody bywają różne.

            Tak sobie myślę, że każdemu z nas (mnie też) jest czasami trudno powiedzieć to co na wątrobie leży partnerowi (o ile łatwiej wygadać się do przyjaciela/przyjaciółki).
            Widzę jednak, że nie mówienie i trzymanie w sobie jest jeszcze gorsze. Umiera bliskość.
            Z drugiej strony mówienie całej prawdy też bywa niedobre;)
            (warto się zastanawiać po co coś mówimy i co chcemy dzięki temu osiągnąć-ale to oddzielny temat).

            Czyli wychodzi na to, że żyłeś w iluzji..złudzeniu, że jest dobrze. Faktycznie -problem w dużym stopniu mógł leżeć w komunikacji, ale czasem prawda oznacza koniec związku.
            I dlatego długo nie jest ujawniona.

            No cóż-może czasami lepiej nie wiedzieć...

            Pozdrawiam.
            PS. Chello-Tobie to eks po prostu znowu szuka strategii ratowania własnego tyłka???
            Powody bywają ku-komuś (zależy mi na kimś) lub ku-sobie (nie chcę ponosić konsekwencji decyzji, tak mnie będzie wygodniej, łatwiej, bezpieczniej)....

            Ech..zmykam.
            Trzymajcie się tam.




          • RE: O poznaniu przyjacielu i partnerze...

            Autor: chello1   Data: 2013-02-15, 20:07:49               Odpowiedz

            Dzwoneczku, ja już jestem znieczulona.Już nie boli.Żal mi autora,bo wiem co się w nim gotuje.Chciałoby się zasnąć i obudzić za rok. Ale ja już sobie radzę.



          • Wiem Chello...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-15, 20:18:40               Odpowiedz

            Ja też wiem jak to jest obudzić się z iluzji z ręką w nocniku.
            I nie wiadomo co się stało...

            Czasem po prostu byliśmy ślepi i widzieliśmy co chcieliśmy widzieć i nie widzieliśmy czego nie chcieliśmy zobaczyć.
            Bo chcieliśmy wierzyć, że będzie dobrze.

            A i tak bywa.

            Czasami miłość dosłownie "jest ślepa".
            Jak to i u Kasi widać...(w wątku).
            Jesteśmy ślepi i chcemy wierzyć, bo kochamy, bo chcemy być kochani, bo mamy wizję tego co jest-a nie kontakt z prawdą.

            I tak bywa.
            Ale prawda i tak z czasem wychodzi na jaw.
            I cierpimy. Bo jej nie znaliśmy, nie widzieliśmy. nie wiedzieliśmy (czasem też nie chcieliśmy jej zobaczyć).
            Prawda czasami bardzo boli.
            Bardzo.

            Nie wiem jak to wygląda u Autora wątku.
            Ale niewątpliwie inaczej widział on ten związek niż jego żona.
            Bo ona chciała odejść. I odeszła.
            Więc to pokazuje, że żył w jakiejś iluzji...



          • RE: Wiem Chello...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-15, 21:40:05               Odpowiedz

            Iluzją ostatniego roku może było to że nasze małżeństwo może przetrwać. Iluzją było to że to jest po prostu dołek. Łatwo to zbudować na półprawdach.

            Wcześniejsze lata były normalne, trochę słońca, trochę deszczu, ale jako całość to był wspaniały czas. Oczywiście można znów to rozpatrywać pod kątem tego że ja tak to widziałem. Z tym że nie wierzę w to. Kiedy ludzie są szczęśliwi to to się czuje, nie potrzeba słów i zapewnień. Ja się nie zastanawiam czy my byliśmy szczęśliwi, wiem że byliśmy. Mam w głowie setki sytuacji, zdarzeń i gestów dzięki którym wiem że tak było.

            Zresztą nawet rozpatrując to czysto technicznie - moja żona jest piękną kobietą. Inteligentną. Interesującą. Wiem jak działa na mężczyzn. Gdyby nie była szczęśliwa wcześniej to odeszłaby wcześniej. Sądzę że nie musiała obawiać się braku zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Ja nie jestem właścicielem pola naftowego, więc na pewno nie była ze mną dla pieniążków. Naprawdę było nam ze sobą dobrze.

            Żałuję że nie zdecydowała się dać sobie więcej czasu. Mężczyźnie po narodzeniu dziecka też jest trudno. Zmieniają się priorytety, role...Wszyscy potrzebujemy czasu żeby się w tych rolach odnaleźć.

            Dobranoc. Jutro odwiedza mnie córa :-)



          • Hmmm..

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-16, 07:52:06               Odpowiedz

            Czytając twoją wypowiedź widzę to tak:
            1. przez większość Waszego związku było Wam razem dobrze (czuliście się szczęśliwi-opisujesz taki obraz dobrego szczęśliwego związku). Ona chciała z Tobą być (bo mogła mieć iluś tam innych facetów-ale wybrała i kochała Ciebie- i ok. Każda osoba do związku wybiera kogoś kto jej odpowiada, kogo pokochała).Czyli kochaliście się. Byliście ze sobą z wyboru.

            2.Ostatni rok był mniej udany, piszesz: "Iluzją ostatniego roku może było to że nasze małżeństwo może przetrwać. "
            -czyli ostatni rok był bardzo bardzo zły...Iluzją było, że mógł przetrwać. Tego nie rozumiem. Nie będę się pytać co takiego się działo, ale rozumiem, że naturalnie jak w każdym związku przyszedł kryzys. Pytanie czy to był naturalny kryzys zmiana związana z pojawieniem się dziecka-zmiana...czy działy się naprawdę jakieś straszne rzeczy, które generalnie godzą w związek (mocne: typu zdrady czy coś co w jej-bo nie twoim chyba-rozumieniu powodują koniec miłości...są takie zdarzenia które mogą kończyć związek...) Ale dziwne dla mnie jest to, że to jest takie mało "ciągłe"-tzn ...jest dobrze wspaniale i nagle jest bardzo źle...

            3. "Mężczyźnie po narodzeniu dziecka też jest trudno. Zmieniają się priorytety, role.."-czyli ten duży kryzys związany był wg Ciebie z tym, że Ty się nie odnalazłeś w roli ojca i męża. Jakbyś Ty sobie z tym nie poradził i zrobił coś okropnego co zniszczyło ten związek.

            Tak to brzmi.
            I jakoś tego nie rozumiem. Co nagle tak głęboko zniszczyło ten związek. I czy to rzeczywiście jest to, że Ty coś źle zrobiłeś. Może tak było: może nie przyznajesz się do czegoś naprawdę okropnego co zrobiłeś i zniszczyłeś to co miałeś.
            Tak to brzmi tylko. I sam się nad tym zastanów.

            Ja wiem jedno. W każdym związku są kryzysy.
            Nie ma tylko sielanki.
            Są też trudne chwile (nie wspomnę na przykład o chorobach jakie dopadają na przykład jednego ze związku...Czasami są chore dzieci. Mówię o poważnych zmianach). I to jest wpisane w związki. W życie.
            Czasami taki kryzys kończy się większą bliskością.
            Zwycięstwem- jak oboje walczą...
            Czasami kończą się rozpadem.

            Wasz okazuje się nie przetrwał tego "jakiegoś" kryzysu.
            W sytuacji trudnej rozpadł się.


            Pytanie na ile faktycznie było w tym twojej winy. A na ile po prostu nie przetrwał momentu prawdziwej próby, gdy przestało być tylko "fajnie".

            No nie wiem.
            Tak to dla mnie wszystko dziwnie niezrozumiale brzmi.

            Ale nie musisz tutaj niczego wyjaśniać.
            To tylko pisanie. Ty tylko znasz wszystkie odpowiedzi. I Ty je możesz odnaleźć. Pozdrawiam serdecznie!



          • PS.

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-16, 07:57:26               Odpowiedz

            Jeśli zrobiłeś coś okropnego co kończy związek -to sam to wiesz. I wówczas twoje wyrzuty sumienia i poczucie winy mają sens. Ja nie wiem co tak naprawdę się stało. Ale to takie niespójne jest jakieś i niewiele z tego tak naprawdę rozumiem. Warto byś dokładnie się przyjrzał czym był ten kryzys. I dlaczego Wasz związek tego kryzysu nie przetrwał.
            Jakie były przyczyny tego, że nie przetrwał. Czy się nie starałeś. Czy kompletnie ją olewałeś. Czy co?
            Bo to, że nadszedł kryzys czy jakaś zmiana -to naturalne w każdym związku...



          • RE: PS.

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-16, 09:15:14               Odpowiedz

            Dzwoneczniku,

            Jadę zaraz po małą, więc króciutko odpiszę.

            To nie ja zniszczyłem swoje małżeństwo. Nie zrobiłem niczego czego musiałbym się wstydzić. Dbałem o swoją rodzinę najlepiej jak po potrafiłem. Do siebie uzasadnioną pretensję mam tylko o to że za bardzo poświęciłem się pracy w tym ostatnim roku.

            Chciałem żebyśmy nie musieli patrzeć w jutro z niepewnością. Żyjemy w ciekawych czasach, dosyć niepewnych. Motyle motylami, ale dobrze wiedzieć że jutro będziesz miała gdzie mieszkać i co zjeść. Tak jak pisałem gdzieś wcześniej, wydawało mi że po narodzeniu dziecka to jest trochę naturalne że przychodzi taki moment że na chwilę przestajemy się koncentrować na sobie. Moim podstawowym obowiązkiem w tym momencie było zapewnienie poczucia bezpieczeństwa mojej rodzinie. Niemniej jednak wieczory i weekendy zawsze miałem dla żony i córki, to czy te wieczory wykorzystywaliśmy dobrze, to już inny temat. Widać nie.

            Tak słowem podsumowania - w moim otoczeniu jest dużo rozstań i rozwodów. Takie paskudne czasy nastały. Dziwiłem się, robiłem duże oczy. Wydawało mi się że to może spotkać każdego, ale nie nas. Przecież się kochaliśmy! Przez wszystkie dołki które mieliśmy wcześniej przeszliśmy wspólnie, bo oboje tego chcieliśmy. Dzisiaj widzę że jeżeli jedna ze stron nie chce walczyć, to druga nic nie zdziała. Więc do żony mam pretensję że nie chciała walczyć w tym najważniejszym dla nas dołku, w momencie kiedy określaliśmy przyszłość siebie i swojego dziecka. Poddała się bez żadnej walki. To był najważniejszy moment naszego dotychczasowego życia, bo określił życie nie tylko nasze, ale też naszej małej istotki. I w tym najważniejszym momencie ona wybrała drogę na skróty. To mnie pali w środku!

            Uciekam. Odezwę się wieczorem. Miłego dnia i pozdrawiam,



          • Bo do tanga trzeba dwojga...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-16, 09:56:17               Odpowiedz

            Żyjemy w czasach : ma byc miło i przyjemnie.
            I jak jest mniej miło, jak pojawiają się kryzysy...ludzie myślą -to nie jest to czego chcę, oczekuję...

            Mam w głowie taką osobę którą znam.
            Podziwiam faceta szczerze.
            Ma żonę , chorą (pojawiła się choroba która czasami uniemożliwia jej pracę).
            Mają dwoje dzieci, jedno z padaczką i ogólnie to dziecko jest bardzo bardzo absorbujące-mają z nią dużo pracy,
            a drugie okazało się, że miało jakieś zmiany związane z dziecięcym porażeniem mózgowym i jest podejrzenie stwardnienia rozsianego.

            Jego żona w związku ze stanem zdrowia czasami nie może pracować.
            Nie mogą liczyć na pomoc rodzin (alkoholizm).

            I wiesz- on jak się czasem spotkamy -opowiada mi o tym wszystkim. I wiesz -mnie to głęboko porusza, że facet nie wieje..choć na pewno nie ma lekko. Ciężko pracuje (czasami po 10 godzin dziennie).
            Że pewnie nie zawsze może liczyć na żonę (ona jak wspomniałam też jest chora i ma problemy z nastrojem-nerwica).

            I on nawet nie wspomniał, że trzeba się ewakuować, bo jest ciężko.
            I to dla mnie jest miłość.
            Miłość i odpowiedzialność za My.

            I takiej miłości i sobie i wszystkim życzę.

            Bo żyjemy w czasach dziwnych. Ludzie jak się pojawiają problemy -wolą się ewakuować niż walczyć.
            I to jest smutne.
            I też bym czuła się rozczarowana.

            Może twoja żona ma inną wizję miłości i bycia razem.
            Życie wszystkie iluzje weryfikuje.

            Bo iluzją jest to, że zawsze będzie fajnie.A jak nie jest fajnie to do widzenia. W każdym związku są różne momenty.
            I motyle w brzuchu mijają...

            I iluzją jest, że jedna osoba może chcieć za dwoje.
            Nie może.
            Jedna osoba ma część odpowiedzialności za związek i nie udźwignie na swoich plecach wszystkiego.Nie można kochać za kogoś.Związek to jakaś równowaga.
            ...

            Zmykam.
            Miłego popołudnia z córką.
            Hmmm...
            Szkoda mi tej małej.

            Ale pamiętaj-ważne jest by wiedziała, że bez względu na to czy Wy się kochacie czy nie, czy jesteście razem czy nie-to nadal ją kochasz i że to się nie skończyło.
            Ważne by to wiedziała.


            Pozdrawiam serdecznie.

            PS. Znalazłam coś takiego, może też Ci jakoś tam pomoże:
            http://portal.abczdrowie.pl/wypalenie-w-zwiazku#
            http://portal.abczdrowie.pl/pytania/koniec-3-letniego-zwiazku


            Tak sobie myślę, że przechodzicie kryzys.
            Szkoda, że żona nie chce walczyć.
            Ale nie zmusisz jej do tego. Ona sama musi zrozumieć co jest ważne...



          • na dobranoc-znowu się zasiedziałam na necie...ech.

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-15, 21:01:27               Odpowiedz

            Napisałaś Chello.
            Jestem znieczulona. Mam nadzieję, że na przeszłość ale nie na przyszłość czy w ogóle.
            Bo znieczulenie bywa taką szarością życia nie do przeżycia.
            Czasami żeby już nie cierpieć znieczulamy się, zamykamy jakoś tak uczuciowo. I życie takie się szare robi i bez sensu.
            Takie nie warte przeżywania go.
            Taka obojętność na wszystko.
            Mam nadzieję, że nie o takim "znieczuleniu" mówisz.
            Mam nadzieję, że znieczuliłaś się na akcje twojego Ex-a.
            A nie na wszystko.
            Pozdrawiam serdecznie, dobranoc;)



          • RE: O poznaniu przyjacielu i partnerze...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-15, 21:56:23               Odpowiedz

            Chello, to niewiele, ale dla Ciebie na wzmocnienie:

            http://www.youtube.com/watch?v=zw_gEpGqnqQ

            Piękne.

            Przyjdzie taki dzień że będziemy jak te dzikie konie. Dobranoc.



          • RE: O poznaniu przyjacielu i partnerze...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-16, 22:54:56               Odpowiedz

            coś mi się zdaje , że dziadziejesz autorze

            ?



          • RE: Mój rozumek to tylko jeden byt niedokończony...

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-12, 21:48:36               Odpowiedz

            A dzwonku, znasz powiedzenie: Możesz mieć tak umysł otwarty, że rozum zgubisz :)



          • Nie...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 21:58:40               Odpowiedz

            I nie rozumiem;)

            ;-P

            Ale coś w tym jest. Zwłaszcza w podważaniu tego co uznawaliśmy za pewne i oczywiste.

            Pozdrawiam;)
            Opisz mi zapach róży;)
            ;) słowami...jak rozumiesz zapach róży;)
            ;-P
            Nie da się;)



          • RE: Nie...

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-12, 22:57:16               Odpowiedz

            Uczniowie wdali się w dysputę o jednej z sentencji Lao Tsy:
            Ci, co wiedzą, nie mówią, Ci co mówią - nie wiedzą.
            Kiedy przyszedł mistrz zapytali, co naprawdę znaczą te słowa.
            Mistrz odpowiedział na to pytaniem:
            - Który z was zna zapach róży?
            Wszyscy znali.
            Wtedy powiedział im:
            - Opiszcie go słowami.
            Wszyscy umilkli.
            :)



          • dokładnie o tym myślałam

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 23:07:24               Odpowiedz

            I wiesz-to pokazuje że rozum to też nie jest w stanie wziąć w objęcia całej prawdy o rzeczywistości...
            uczucia też nie;)
            Jak widać po licznych przypadkach i wątkach...

            Jeszcze ten Świadek;) Pozostał;)
            Ech...kończę, bo znowu się zasiedziałam.
            A życie płynie...ta chwila nigdy więcej sie nie powtórzy...
            Już przeminęła...;)




          • RE: dokładnie o tym myślałam

            Autor: rosemary33   Data: 2013-02-12, 23:26:57               Odpowiedz

            Wiem:)
            Czyli prawda jest względna relatywnie rzecz biorąc:)



          • a co to jest prawda obiektywna;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 23:33:29               Odpowiedz

            nawet śmierci nie znamy tak naprawdę;-PP

            Ale wchodzimy na głębokie wody filozofii
            i zaraz się okaże że świat jest tworem umysłu
            czy kwiatki typu:
            Czy jestem motylem co śni że jest człowiekiem
            czy człowiekiem który śni, że jest motylem;))

            A może to wszystko to wytwór mojego umysłu;)))
            Tego nigdy nie lubiłam;)
            Dobranoc Rosemary;)
            I śnij o motylach;-PPP/ale tych w brzuchu- przyjemniejsze;)i bez negatywnych późniejszych konsekwencji przebudzenia;)



          • no i słonia Ci znalazłam;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-12, 23:43:20               Odpowiedz

            I jeszcze o macaniu słonia... :)

            "Kilku niewidomych postanowiło się dowiedzieć, czym właściwie jest słoń...
            Jeden złapał za ucho i krzyknął: "Słoń jest jak mocny, falujący liść!";
            Drugi przytulił się do nogi słonia i rzekł: "Słoń przypomina raczej masywny pień drzewa...";
            Trzeci chwycił za trąbę i zawołał: "Ależ nie! Słoń to długa, zwinna rurka!";
            Inny objął słonia i zaprotestował: "Skądże znowu! Słoń jest jak ogromny, ciężki walec!"...

            //Wszyscy mieli rację. Wszyscy macali tego samego słonia. Prawda zaczęłaby się za chwilę wyłaniać z ich spotkania i wymiany doświadczeń... gdyby tylko żadna racja nie była ponad innymi, żaden punkt widzenia (punkt macania właściwie;)) jedyny i najlepszy.//

            ;)
            Możesz też we śnie poskromić słonia;);)

            Coś chyba już partolę bez sensu;)
            ;-P
            Ale tak przemierzać szlak na słoniu-to byłoby coś;)
            Miłych snów;)



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: chello1   Data: 2013-02-13, 10:41:53               Odpowiedz

      Przeczytalam Twoj wpis i myślę sobie,że te zdrady,rozstania przebiegają szablonowo.

      Drogi autorze zatroszcz się o siebie. W tym trójkącie nie ma dla Ciebie miejsca. Dla mnie też nie było.
      Moje małżeństwo nie było dla mnie szczęśliwym azylem. Mąż był zamknietym człowiekiem. Albo milczał albo wrzeszczał. Nigdy nie można było dojść do porozumienia w żadnej kwesti. Racja musiała być po jego stronie. Nawet jak się palcem do niczego nie dotykał, chciał mieć ostatnie słowo. Miał nałogi. Był wyniosłym bufonem. Źle traktował dzieci i mnie. To małżęństwo mnie zabijało i dobrze,że znalazł sobie kochankę. Może jeszcze uratuję okruchy życia. Przekroczyłam pół wieku.
      Anonim napisał o etapach przeżywania tego stanu. Tak właśnie jest. Ja zdecydowałam sie na wizytę u psychiatry. Dał mi leki. One nieco mi pomogły. Zaczęłam spać.Przestały mi wypadać włosy.
      To ważne,żeby zacząć trzeżwo mysleć.
      Ważne jest rownież to,żeby z ludźmi rozmawiać. Ja znalazłam to forum. Mam przyjaciół w realu. Ale tak naprawdę siłę musimy w sobie znaleźć sami. Nikt nam nie pomoże. A i nie można do końca życia utyskiwać.

      Ty jesteś młodym człowiekiem.Jeszcze zagrasz w zielone. Tylko czas pomaga zabliźnić rany.
      Tymczasem walczę o stabilizację materialną.Może wygram.Zobaczymy.Mysle o sobie i o dzieciach i o chorej matce.Faceta nie szukam.Zgodnie z tym co pisze Magdalena,pokochaj siebie.





      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 14:49:51               Odpowiedz

        Chello,

        Zacznę od tego że podziwiam Cię za hart ducha. Czytałem wiele Twoich wypowiedzi. Nie miałaś i chyba nie masz lekko. Mimo to jesteś i walczysz, więc wierzę że przed Tobą jest wiele dobrego.


        O siebie na pewno się zatroszczę, przyjdzie taki czas. Tylko żeby to mogło stać się moim udziałem w pełni, muszę załatwić wszystkie formalne sprawy. To będzie trwało, a druga sprawa jest taka że do tych formalności nie mam zupełnie serca...Nadzieja umiera ostatnia, chociaż wiem że inaczej nie będzie.

        A tak naprawdę to bolą mnie zęby jak pomyślę jak to będzie wyglądało.

        Trzymaj się Chello!



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: fatum   Data: 2013-02-13, 18:49:37               Odpowiedz

          Można przecież w bardzo przystępnej formie napisać kilka zdań o swoim dziecku.
          Ty tego jak widzę nie zdążyłeś jeszcze uczynić.Dlaczego?
          Tego nie wiem.
          Wiem tylko,że może to nawet oznaczać,że de facto nie masz zupełnie do czynienia z dzieckiem.A pisaleś o dziecku bardzo możliwe,że dlatego aby zmiękczyć serduszka forumowiczek.A to jest nic dobrego moim zdaniem.Przecież opisując tylko jeden dzień przebywania z dzieckiem to już jest calkiem sporo informacji dla ciebie o twojej osobowości.I łatwiej wtedy pomóc sobie i inni też mogą mieć ułatwione zadanie.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 19:52:37               Odpowiedz

            Fatum, proszę...nie chcę zmiękczać serduszek forumowiczek jak napisałaś. Prosiłem Cię o określenie jakich informacji oczekujesz - powiedziałaś o tym dopiero teraz, w dziwnej zresztą formie... Chciałbym też zwrócić Ci uwagę że przedmiotem tego wątku jest moje rozstanie z żoną, a nie z dzieckiem. To nie córka ode mnie odeszła i nie jej zachowanie chcę zrozumieć.

            Z córką widuję się 3 razy w tygodniu. Jesteśmy razem przez całą sobotę, dodatkowo widzę się z nią 2 razy w trakcie tygodnia pracującego, w ustalone z żoną dni. Zawsze zabieram córkę do siebie lub do dziadków.

            Jeśli chodzi o widzenia w trakcie tygodnia pracującego, to jest to dla mnie dosyć smutny temat, ponieważ mam 'ustalone' widzenie 1,5h. Negocjacje nie przynoszą za bardzo efektów. Trochę to rozumiem, bo w tygodniu widujemy się pod wieczór, więc tego czasu faktycznie nie ma za dużo. Szczęśliwie nie jest daleko, ale mimo wszystko o tej porze roku czas ten de facto skraca się do około 1h ze względu na dojazdy. W te dni zwykle staramy się wykorzystać ten czas przede wszystkim na zabawę. Córka przechodziła już różne fascynacje - od 'grania' na pianinku, poprzez 'rysowanie' a teraz uwielbia tańczyć :-). Staram się żebyśmy robili to co sprawia jej aktualnie radość, więć teraz dużo tańczymy :-). Jest bardzo radosnym dzieckiem.

            W sobotę mamy dla siebie dużo więcej czasu, cały dzień. W zależności od pogody część dnia spędzamy na spacerze, na sankach lub w sali zabaw. W ogóle po przyjściu do domu prawie zawsze jest tak że po zdjęciu kurtek córka biegnie na łóżko i chce się przytulać. Wtedy zawsze jest najtrudniej. Z jednej strony to świetne uczucie, taka bezwarunkowa miłość i widoczna tęsknota. Z drugiej jest mi wtedy naprawdę przykro że tak to się ułożyło. Więc leżymy przytuleni i coś tam sobie gaworzymy. Córka zaczyna mówić, więc staram się sprostać jej wymaganiom :-). Najpier to było jakieś gaworzenie naprawdę, ale później poszczególne słowa zaczęły nabierać czytelniejszego kształtu. Np. takie 'ta-ta' przeszło w 'tata', potem w 'tatus', a teraz potrafi powiedzieć 'tatuś' i 'tatusiu'. Prawie, to ś jest takie dziecięce, ale słychać ogromy postęp. Czasem uda mi się coś nagrać na telefon, ale zwykle to odbiera jej mowę ;-). Teraz bardzo chce mi się śmiać - do babci mówiła już 'babcia', ale odkąd nauczyła się mówić 'mamusia' i 'tatuś', to na babcie mówi 'babusia' :-).

            Z jedzeniem nie ma żadnego problemu, chociaż ostatnio coś jej brakowało apetytu. Wcina praktycznie wszystko i wszysto jej smakuje, a przynajmniej to co ja potrafię dla niej przygotować. Wegetarianką raczej nie będzie, bo najważniejsze jest 'mięsio'! Biorąc pod uwagę ile tańczy i biega, jest to zrozumiałe.

            Córka jest jeszcze mała, więc w trakcie dnia jeszcze sobie ucina drzemkę na około godzinkę. Ma u mnie pościel w zwierzątka, więc schemat zwykle jest taki że mamy głowy pod kołderką i pokazujemy sobie te zwierzątka. Mała uwielbia je całować i robić nosek-nosek, jak eskimosi. Jak śpi to zwykle leżę sobie gdzieś obok. Często wtedy właśnie piszę do niej. Mam na świeżo w głowie różne fajne rzeczy które właśnie zrobiła, a o których chciałbym nie zapomnieć. Zresztą myślę że za kilkanaście lat to dla niej też będzie coś fajnego :-). Czasem się nie udaje bo nie miałem wcześniej czasu żeby zrobić jej obiadek, więc wtedy przygotowuję posiłek. Kucharz ze mnie marny, ale lubię jeść i lubię dobre smaki, więc marzy mi się że kiedyś będziemy razem robić posiłki. Wspólne posiłki, to jest to.

            Marzy mi się też że kiedyś będziemy razem grać na pianinie, wiesz, tak na 4 dłonie. Kiedyś może kupię prawdziwy akustyczny instrument i chciałbym żebyśmy grali razem. Chciałbym w ogóle żeby córka miała kontakt z muzyką. To jest akurat moja pasja i chociaż nie zamierzam przelewać na nią swoich niespełnionych ambicji, to myślę że nawet dla jej rozwoju muzyka powinna być dobra. Jak była jeszcze w brzuchu mamy to nagrałem dla niej kołysanki - własne wersje znanych rockowych utworów zaaranżowane w taki 'pozytywkowy' sposób. Nigdy nie zyskały jej uznania :-). Nie wiem czy powinienem czuć się urażony :-).

            Latem dużo jeździliśmy na rowerze. Ma taki dziecięcy fotelik montowany nad kołem z tyłu. Sporo przejechaliśmy w zeszłym roku. Raz nawet fiknęliśmy, ale szczęśliwie nic się nie stało. Wtedy byłem bardzo wdzięczny opatrzności za to że mała jeździ w kasku. W tym roku jak zrobi się cieplej, tak w okolicach maja, chciałbym pojechać z nią na kilka dni gdzieś dalej na rower, ale zobaczymy jak będzie.

            Nie widziała też jeszcze morza, wiec to jest kolejny punkt na wakacje. Pokazać morze :-). Mam fajną miejscówkę - cisza, spokój i plaża o szerokości jak nigdzie indziej. Taka dzicz, w sam raz dla mnie.

            Ostatnio córka odkryła klocki. Tylko 'buduj' i 'tata buduj'. Zestaw zrobił się już za mały, czas pomyśleć o większym. Młody inżynier :-).


            Jak się rozstajemy to...jest różnie, widać że małej nie jest łatwo. Ja po takich sobotach chwilę do siebie dochodzę.

            Trzymaj się ciepło...



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: fatum   Data: 2013-02-13, 20:03:34               Odpowiedz

            Bardzo ładnie piszesz,ale proszę zostaw ten komputer i ten czas przeznacz na naukę gotowania smacznego dla dziecka.
            Są chyba nawet kursy w necie.
            Tylko wtedy ucz się,gdy mała jest z mamą.
            Napisz za jakiś czas.
            Bywaj.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 20:07:40               Odpowiedz

            Zupełnie Cię nie rozumiem...



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-13, 20:49:30               Odpowiedz

            ważne, to co robisz, a bądź sobą ile tylko możesz

            pochopnie nie czyń , wiele spraw ma rozstrzygnięcia niezależne od naszych myśli i czynów

            pozdrawiam



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-13, 20:01:59               Odpowiedz

            A w ogóle to jest śliczna! Wiem że każdy rodzic tak o swoim dziecku mówi, ale ona jest wyjątkowa :-).



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-13, 20:30:33               Odpowiedz

            Nikt jej nie rozumie.
            Powinna zostawic ten komputer i zajac sie wlasnym zyciem, bo ma jedno, choc nickow na forum duzo:))

            A ja napisze dzieci smieci, sama ma dwoje, wiec wiem co pisze:)
            Dzieci tez nie maja latwo prze rozwodzie rodzicow, ale to raczej nie jest tematem tego watka.

            Co slychac, drogi autorze watku?



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: stayheavy   Data: 2013-02-14, 08:51:08               Odpowiedz

            Witaj Magdallenabann,

            Jakoś funkcjonuję. Ogólnie nie jestem z tego funkcjonowania zadowolony, ale...kiedyś minie. Wczoraj zasypiając znów wyświetlał mi się film, więc dzisiaj znów jestem połamany, mimo tego że wstając bardzo zwracałem uwagę na to żeby prawa stopa pierwsza zetknęła się z podłogą ;-).

            W przyszłym tygodniu wyjeżdzam w delegację, więc może oderwę się od tego wszystkiego trochę. Czasu na rozkminianie na pewno będę miał mniej. A i Wy ode mnie odpoczniecie ;-).

            Pozdrawiam,



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: fatum   Data: 2013-02-14, 13:38:37               Odpowiedz

            Domyślam się,że pochwalisz się po powrocie z delegacji jakimiś nowymi zdarzeniami z życia waszej jeszcze trójki.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-14, 14:04:08               Odpowiedz

            Impresja, czy ty sie zywisz na tym forum emocjami innych?
            Prawie na kazdym watku wypisujesz "napisz jeszcze" "opisz" "pisz".....CHCE TO BEDZIE PISAL.
            Czemu ty o spobie nic nie napiszesz?

            Astatnio jestem na Ciebioe uczulona:))
            Moze przez to jak zobaczylam co ty kiedys z pod innych nikopw wymyslalas.
            Nie da sie twoich wpisow traktowac powaznie, szkoda bo czasami potrafisz dac celna uwage.

            Autorze watku, baw sie dobrze na delegacji:)



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: fatum   Data: 2013-02-14, 17:23:11               Odpowiedz

            Magdzia
            mnie nie bawi twoje pisanie także.
            Jednak mam szacunek do Autora wątku i pytaniami pomagam.
            Skoro tego nie kumasz to jak myślisz,czyj to jest problem?
            I nie zaczepiaj mnie,bo mnie to już nie bawi.Odnoś się do posta Autora wątku i tyle.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: Magdallenabann   Data: 2013-02-14, 18:11:48               Odpowiedz

            Idz lepiej ugotuj sobie cos na kaca:)
            Ja tylko dobre rady daje, nie dla zabawy.
            Takie mniej wiecej dajesz rady.

            Jak na to ze mam Cie nie zaczepiac, to strusia puscilas na innym watku, gdzie caly post o mnie napisalas:))



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: mewa13   Data: 2013-02-14, 10:31:36               Odpowiedz

      Facet, jesteś niesamowitym człowiekiem. Naprawdę Cię podziwiam! A jak pisałeś o swojej córeczce, to się wzruszyłam.. Ma wspaniałego ojca. Wierzę w to głęboko, że wszystko jest po coś, choć na razie to Cię wcale nie pocieszy... Też przechodzę teraz przez rozstanie, to znaczy próbuję się pozbierać po nim, a miało ono miejsce w sierpniu 2012... Byliśmy zaręczeni i nic nie zapowiadało końca... Plany związane ze ślubem były coraz bardziej zaawansowane. On wyglądał i był ze mną szczęśliwy... I... nagle z dnia nadzień coś się popsuło... Jakiś był obojętny rozdrażniony krytyczny nieobecny wszysko go wkurzało to co dotychczas robiliśmy razem zaczeło go nudzić..... szukałam winy w sobie.. zaczęłam bardziej dbać o ten związek, rozmawiałam, szukałam przyczyny, mówił PROBLEMY W PRACY... potem czekałam kiedy miną... no i w końcu powiedział że mnie nie kocha... że się w nim coś wypaliło... i wiele innych nie trzymających się kupy rzeczy... zapewniał że nikogo nie ma... okazało się po 2 tygodniach że od momentu kiedy się stał taki obojętny do pracy przyjęto nową dziewczynę, która to sprawiła że jego miłość wygasła.... wiesz najbardziej boli nie fakt że odszedł tylko że nie powiedział prawdy!!!!!!! a teraz coś Ci powiem... ona go rzuciła po 3 miesiącach i teraz by chciał wrócić bezwstydnie do mnie i dalej ten ślub planować i jak on bardzo żałuje!!!!!! po prostu się nie obwiniaj bo to słabsze ogniwo zawsze odchodzi to słabsze w dotrzymywaniu obietnic... Ja o sobie też mogę tak napisać, że z nas dwoje to ja zawsze byłam to rozsądniejsza, ceniąca sobie stabilizację jaką mieliśmy, a on był osobą, którą łatwo zbajerować i która pobiegnie za motylami w brzuchu.. Cieszę się, że nie jesteśmy razem, naprawdę! i Ty też będziesz jeszcze szczęśliwy :))))))



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: mewa13   Data: 2013-02-14, 10:39:06               Odpowiedz

        a i jeszcze dodam, że on też nigdy nie był w stanie pójść na żaden kompromis nawet mały codzienny i dopiero teraz po wielu miesiącach WIDZĘ że był EGOISTĄ i jak napisała AMELIA50 nasz związek był jak dawca czyli ja i biorca wygodnie ustawiony i czerpiący z tego korzyści ON....... I jestem szczęśliwa, że w porę to wyszło :)))))))))))



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: BylaNerwolkaa   Data: 2013-02-15, 23:57:39               Odpowiedz

          Fatum to impresja? Heh... nieźle daje.:)))
          Impresjo,czy ty masz osobowość wieloraką?
          Może zamknij gdzieś Fatum, bo ci nie służy kompletnie.
          Wymknęłą ci się spod kontroli i trochę atmosferę zanieczyszcza. Przestałaś brać leki? :)



          • RE: Odeszła ode mnie żona...BN

            Autor: fatum   Data: 2013-02-16, 13:11:52               Odpowiedz

            Nie ma obawy.
            Dbam o swoje zdrowie i tobie też tego samego życzę.
            Życzliwości od ciebie raczej nie wymagam,bo nie możesz dać czegoś,czego nie masz.Rozumiem to doskonale i czytam ciebie bez żadnych emocji.
            Miłej soboty dla ciebie.
            Jeśli chcesz tego.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...BN

            Autor: BylaNerwolkaa   Data: 2013-02-18, 23:24:52               Odpowiedz

            Hmmmm, impresjo to ty? Jak tak, to masz spory problem, robiłaś coś z tym? :)))



          • RE: Odeszła ode mnie żona...BN

            Autor: fatum   Data: 2013-02-19, 19:06:42               Odpowiedz

            Ty to dopiero masz słabą pamięć.
            Na terapii herbatę i chusteczki higieniczne często tobie podawałam,a ty lisico już o tym nie pamiętasz?
            Tacy są właśnie ludzie.
            O dobrym już nie pamiętają.
            Szkoda.



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: ankaw   Data: 2013-02-16, 13:20:57               Odpowiedz

      Tu masz liste stresogenów wraz z punktacją, jak sie tak wszystko weźmie razem to czemu się dziwić, ze jest cięzko .
      docs.google.com/a/students.triton.edu/viewer?url=http://www.jezykiobce.net/jezykiobce_images/cms/824_pokonaj-stresfragment1.pdf



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: chello1   Data: 2013-02-16, 18:34:55               Odpowiedz

        Dziękuję za "dzikie konie".
        Jeżeli chodzi o znieczulenie to dotyczy to oczywiście exa.

        Miałam przez pewien( w domyśle- okres przedrozwodowy) problem z podjęciem decyzji. A życie z ex mnie zabijało. Jednak miałam zbyt dużo wątpliwości.

        A to,że wszyscy faceci mają za uszami.
        A to,że dzieci stracą poczucie stabilizacji.
        A to,że może rzeczywiście jestem do niczego,o czym tak usilnie próbował mnie przekonać ex.
        A to,że nie dam sobie rady.
        A to,co to będzie za skandal.
        A to,czy będę w stanie otworzyć się na innego człowieka.
        itd,itp...
        A to,że nie jestem dość ładna.Chociaż nie taka znowu be.Mam lustro.Jeszcze mnie nie straszy.
        A to,że starowinka jestem.I znowu wszystko zaczynać od nowa.
        I takie tam...

        Dziś jest nieco inaczej. Podobno wypiękniałam,he,he
        Wiem,czego nie chcę. Wiem,że nie będę zbierać tego, co komuś z nosa skapnie.

        Zdecyduję się na jakiś związek tylko wówczas gdy będzie mi z tym człowiekiem dobrze, a ja sama będę czuła,że temu komuś jest dobrze ze mną!



        • Chello...

          Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-16, 22:10:54               Odpowiedz

          Jak Cię czytam to mi blisko do Ciebie
          ale niestety w :
          -Straszeniu i dołowaniu samej siebie
          (przyjrzyj się ile z tych myśli miało Cię straszyć i dołować)
          -zawstydzaniu siebie (straszenie oceną innych ludzi: co ludzie powiedzą, przy okazji jak mnie ocenią-wiadomo negatywnie),
          -wątpieniu w siebie i swoje zdolności do poradzenia sobie (nie poradzisz sobie, lepiej siedź w tym co jest);
          -powątpiewaniu w możliwość zmiany życia (tez jest tego pełno);
          -a nawet jeśli odejdziesz to zostaniesz sama (i tutaj wątpliwości kolejne).

          Ogólnie wszystkie te myśli mają na celu zatrzymać. Zastraszyć.
          Zauważasz to?

          Mam podobnie, i nawet już łapię skąd to mam.

          Cieszę się, że także je podważyłaś i zaufałaś w możliwość zmiany...
          To trudne kiedy takie myśli uważamy za obiektywną prawdę o rzeczywistości czy nas samych...

          Ech. Chello. Przekroczyłaś te myśli.
          Zaryzykowałaś. Zawalczyłaś w zgodzie z tym czego na pewno nie chciałaś (dobrze by było pomyśleć jeszcze -kiedy już wiesz czego nie chcesz- o tym czego pragniesz,ale zauważam, że takowe myśli już się pojawiły;-))
          Gratuluję Chello.
          W poradziłaś sobie z własnym "toksycznym" myśleniem.
          A to duże zwycięstwo.
          ;)
          Pozdrawiam serdecznie;)



          • RE: Chello...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-16, 22:50:40               Odpowiedz

            baju baj

            i żyli długo i szczęśliwie

            dobre dowcipy

            dla dzwonka i chello



          • Do Pawła...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-16, 22:58:38               Odpowiedz

            A Tobie to o co chodzi?
            Bo ni w ząb nie zrozumiałam sensu twojej wypowiedzi?
            Ani celu;)
            Ani nawet treści;)
            Czy chcesz powiedzieć,że człowiek jest skazany na siebie samego takiego samego zawsze?
            To jest baju baju i to smutne !
            A dokładnie jakiś tragizm zauważam;)
            Więc: nie jesteśmy skazani na siebie samych w najgorszym dla siebie wydaniu. Możemy się zmieniać;)
            Jeśli pragniemy tego wystarczająco mocno;)
            Ale to już temat na inny wątek;)
            więcej optymizmu Pawle;)



          • RE: Do Dzwonka o czytaniu

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-16, 23:04:18               Odpowiedz

            był swego czasu człowiek
            co czytał wiele
            a mówił
            mówił nie dorzeczy
            wszem było wiadome
            jakim jest mądralą
            lecz umarł niezrozumiale

            i tak między mami często bywa
            w tym wirtualnym świecie
            raz wypowiedziane słowo
            wprawdzie mocnem było
            lecz za chwile
            niezrozumiałe
            nawet dla autora było



          • hmmm...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-16, 23:11:57               Odpowiedz

            Mówisz zagadkami.
            Nie wprost.
            Czemu?
            Co chcesz do mnie powiedzieć?
            Wal śmiało;)
            Bo nie do końca nadal rozumiem co Ty chcesz powiedzieć;)))
            A nie chcę snuć domysłów bo jak się zaczynam domyślać to zawsze na opak;)



          • RE: hmmm...

            Autor: chello1   Data: 2013-02-16, 23:14:44               Odpowiedz

            Pawełku,węgrzynek działa?
            Filozofie nasz kochany.Pisz genialnie prosto. Ja prostą kobietą jestem.



          • RE: hmmm...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-17, 19:50:17               Odpowiedz

            a domyślajcie się
            mi to nie zaszkodzi

            jak macie problem to czytajcie w wolnych chwilach Kierkegaarda

            "Konieczność bycia kimś innym, niż się jest, stanowi dla człowieka źródło najgłębszej rozpaczy."

            http://cytaty.eu/autor/sorenkierkegaard.html

            pozdrawiam



          • Z Ty Pawle chyba ...

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-18, 21:27:26               Odpowiedz

            nam depresję chcesz zaserwować;))

            Smutny ten Kierkegaard. Strasznie dołujący.
            Myślę, że miał dość depresyjne życie i stąd pisał to co pisał.
            Czasami tak jest.
            Dla mnie jest on znakiem Cierpienia.
            Więc czytaj sobie sam i się pogrążaj;)
            Polecam raczej coś zdecydowanie pozytywniejszego;)

            Znasz jakiegoś pozytywnego filozofa?



          • RE: Z Ty Pawle chyba ...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-18, 22:24:43               Odpowiedz

            tak
            znam !
            Platona

            i uwielbiam uczucie platonicznej miłości do dziewczyn, jakie często przeżywam

            lista forumowiczek byłaby obfita



          • Romantyczny Idealizm?

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-18, 22:43:34               Odpowiedz

            ;)
            Z jednej strony kołuje mi się myśl: No proszę- uczucia platoniczne do stanów umysłu kobiet;) A myślałam, że to kobiety "kochają przez uszy";)
            A tak zupełnie z innej beczki;)
            To uważaj. Ta tendencja bywa niebezpieczna;) Mówię o idealizacji;) Ikar jak skończył? Nie wspominając o Werterach i innych romantycznych cierpiętnikach;)
            ;-P




          • RE: Z Ty Pawle chyba ...

            Autor: laleczkaT   Data: 2013-02-18, 22:41:01               Odpowiedz


            Znasz jakiegoś pozytywnego filozofa?

            tak to ja laleczkaT



          • RE: Z Ty Pawle chyba ...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-18, 22:45:50               Odpowiedz

            i dlatego
            bez zbędnych słów
            zdecydowałbym się na wojarze na dalekich polskich kresach
            z tobą pozytywny filozofie


            Krzemieniec
            Krym
            Pskov

            a ostatecznie mogą być Krzeszowice



          • RE: Z Ty Pawle chyba ...

            Autor: laleczkaT   Data: 2013-02-18, 22:50:19               Odpowiedz

            to było do mnie?
            to ja już się zbieram...
            tylko umyję Tygryskowi plecy
            i czmych
            przez Irkuck , Mińsk i Czelabinsk



          • RE: Z Ty Pawle chyba ...

            Autor: pawel5260   Data: 2013-02-19, 18:52:07               Odpowiedz

            nie ląduje w Smoleńsku !



          • ;)

            Autor: Dzwonecznik   Data: 2013-02-18, 22:46:09               Odpowiedz

            No tak- Kobiety-filozofów było jakoś niewiele.
            I pewnie dlatego filozofia taka ciężka;)
            ;)
            Zresztą-jakoś tak jest, że gdy się cieszymy życiem to chcemy żyć a nie filozofować?
            Podziwiam bazę dowcipów;)
            ;))

            Pozdrawiam. Dobrej nocy:)



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: stayheavy   Data: 2013-03-07, 22:24:55               Odpowiedz

      Dobry wieczór,

      Dawno się nie odzywałem. Minęło chyba kilka tygodni od ostatniego wpisu. Miałem nawet kilka lepszych dni po których znów przychodziły fatalne...

      ...a teraz czuję jakbym się rozpadał na kawałki. Chyba sam sobie z tym nie poradzę. Myślałem że dam radę, ale chyba nie dam. Nigdy w życiu nie czułem czegoś takiego. Czasem się duszę, brakuje mi fizycznie tchu. Szarpę się sam ze sobą. Nie wiem ile jeszcze tak można wytrzymać...?

      Idę spać, niech ten dzień się już skończy.



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: fatum   Data: 2013-03-08, 11:08:30               Odpowiedz

        Autorze wątku.
        Jak dzisiaj patrzysz na świat?
        Czy noc taka rzeczywiście straszna była?
        Podziel się emocjami.



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: ankaw   Data: 2013-03-08, 12:29:26               Odpowiedz

        Witaj, ja praktycznie sie wypowiem. Miałes kilka fajnych dni, więc wiesz juz , że to mozliwe. Chodzi o to by te miłe chwile wydłuzac. Za to jest odpowiedzialne swoje własne myslenie.
        To o czym piszesz te dusznosci tak mi przypominają moja własną nerwicę lękową- to tez z głowy wychodziło. Mozna to zmienić.



      • RE: Odeszła ode mnie żona...

        Autor: Exchecker32   Data: 2013-03-08, 18:37:46               Odpowiedz

        Eh.. Stayheavy...

        Nie mam dla Ciebie niestety pocieszenia. Mysle, ze kazdy przezywa takie rzeczy indywidualnie i potrzebuje na to czasu w zaleznosci od tego jak glebokie bylo uczucie. Slysze naokolo, ze mozna sie podniesc, ze mozna jeszcze byc szczesliwym, ale tak bardzo jestem chyba na to zamknieta mysle jak Ty..Nie chce dobijac ''lezacego'', bo mysle, ze kobiety sa bardziej sentymentalne i emocjonalne wiec dla Ciebie jest nadzieja na szybsze ''uleczenie'' :) Rozumiem Twoj bol i wchodzac tutaj widzisz, ze nie jestes sam, co jest plusem, a w tym przypadku mysle, ze ten anonimowosc nie jest zla.

        U mnie minal prawie rok. Najgorszy w moim zyciu. Mam bardzo podobna sytuacje. Co prawda zona nie bylam, ale zareczona 11 lat zwiazku, plany. Na dzieci zawsze mial przyjsc czas i chwala Bogu, bo to chyba by bylo jeszcze gorsze dla mnie. Tez mam lepsze i gorsze dni, ale ostatni jak patrzec czas po rozstaniu chcialabym wymazac. U mnie dochodzi to, ze nie mieszkam w Polsce wiec samotnosc rozrywa mnie podwojnie, bo decydujac sie na wyjazd prawie 7 lat temu tutaj razem polegalismy praktycznie tylko na sobie. Rodzina, znajomi nadal w wiekszosci w Pl, a Ci tutaj mowia ''you need to move on'' i wtedy chyba jeszcze bardziej sie dobijam, bo wiem ze musze, ale nie potrafie...

        Te banalne hasla co nas nie zabije, czas leczy rany, karma wroci blablabla...na razie sa dla mnie teoria, jak widze z watku dla Ciebie tez. Na pewno sie czegos nauczylam i na pewno jestem ''uposledzona'' juz, tylko mam nadzieje nie do konca zycia. Pierwsza lekcja - w 100% mozesz ufac tylko sobie, nic nie trwa wiecznie, wszystko przemija nawet najdluzsza zmija i nie mozna winic sie za cos, bo czasami cos sie zdarza i nie mamy niestety na to wplywu.
        Uposledzenie polega na zaufaniu, stad moja obawa czy kiedykolwiek jeszcze zaufam i uwierze, ze mozna. W tej chwili moim przyziemnym marzeniem jest sie po prostu szczerze usmiechnac, ucieszyc, bo jak na razie cokolwiek by sie nie wydarzylo, nawet jesli pozytywne to smiech przez lzy.

        Poniewaz bylo jak bylo zdecydowalam sie a raczej doroslam, do wizyty u psychologa - ksiazki na temat zwiazkow, przyjaciele, zainteresowanie psychologia wczesniejsze, rodzina etc...owszem dzialaly, ale tak jak u Ciebie na chwile. Liczylam bardzo na ta wizyte i pomogla mi sie wyciszyc, ale z drugiej strony tak wiele zalezy od nas samych i naszego nastawienia, ze nadal nie czuje sie w pelni ''uleczona''. Podjelam juz jednak pewne kroki jakie dotycza mojego zycia, bo dalej juz tak byc nie moze. Czy bedzie lepiej zobaczymy...
        Moja rada jest wiec moze sprobuj tego samego, ktos kto spoglada obiektywnie na nasz problem, moze stac sie wskazowka. Ja caly czas poszukuje. Dzieki komus z zewnatrz czuje sie jakbym dostalam mape, na ktorej do jednego punktu jest kilka drog i ja caly czas analizuje ktora wybrac. Ty nie masz nawet swojej ''mapy'' i wiadomo, ze razem razniej, lepiej isc przez zycie, ale zdarzaja sie niestety sytuacje kiedy musimy przez nie isc samemu i trzeba tez to jakos zrobic, zeby zachowac balans ale tak cholernie trudno i w tym moze pomoc Ci ktos postronny.
        Staraj sie dostrzegac male przyjemnosci i nie trac wiary, ze bedzie dobrze!!



        • RE: Odeszła ode mnie żona...

          Autor: stayheavy   Data: 2013-03-08, 20:57:06               Odpowiedz

          Exchecker32,

          Rozumiem co czujesz, przynajmniej tak myślę. Zawsze uważałem że w życiu najważniejsi są ludzie. Jestem w o tyle lepszej sytuacji że mieszkam tu gdzie moja rodzina, przyjaciele i znajomi. Przez długi czas tak naprawdę w ogóle nie miałem ochoty na towarzystwo kogokolwiek, teraz jest już o tyle lepiej że czasem mam ochotę z kimś się spotkać, gdzieś wyjść. Zobaczymy co będzie dalej.

          Myślałem również o wizycie u psychologa. Tak naprawdę to chcę spróbować, tylko mam opory różnej natury. Po pierwsze jeszcze wspólnie odbyliśmy kilka (dosłownie) wizyt i pomimo tego że rozumiem że kilka wizyt to za mało, mam nieodparte wrażenie że ten psycholog więcej zepsuł niż pomógł. Takie wizyty na pewno mają sens, pod warunkiem że nie trafi się na patałacha...

          Druga sprawa jest taka że nie wiem czego oczekiwać po psychologu. Śmiesznie to zabrzmi, ale przecież ja wszystko wiem. Wspiera mnie rodzina i przyjaciele, najlepsi psycholodzy jakich mogę mieć, przeczytałem masę artykułów, przewertowałem fora internetowe... ja to wszystko wiem, tylko nie potrafię tej wiedzy zastosować w swoim przypadku. Tak naprawdę to chciałbym pójść do psychologa ponieważ obawiam się co będzie dalej. Katar można łatwo zwalczyć, ale nie robiąc nic pewnie przerodzi się w grypę czy coś takiego. Boję się depresji. Wcześniej było słabo, ale jakoś tak bardziej stabilnie. Teraz potrafię mieć naprawdę niezły dzień, ale zaraz po nim potrafię mieć dosłownie tragiczny. Obawiam się tego, tej huśtawki nastrojów...

          Za Ciebie trzymam kciuki!



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: jakasja35   Data: 2013-03-09, 13:05:03               Odpowiedz

            Jesteś bardzo mądrym człowiekiem, można się od Ciebie uczyć życia. Jest mi bardzo przykro z powodu żony, córeczka niczemu niewinna cierpi najbardziej... Życzę Ci wytrwałości, byś się nie poddawał, czas zrobi swoje i pisz, pisz jak najwięcej - to pomaga.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: fatum   Data: 2013-03-09, 18:44:33               Odpowiedz

            Obrażaniem specjalisty niczego nie wskórasz.
            Pewnie boisz się psychiatry jak wiele innych osób.
            A tylko psychiatra może dać tobie leki na depresję i depresję rozpoznać.
            Ty jednak wolisz biegać tu i tam,a zdrowie psychiczne,swoje masz w nosie.
            To cierp,mi nic do tego.



          • RE: Odeszła ode mnie żona...

            Autor: Exchecker32   Data: 2013-03-10, 21:22:28               Odpowiedz

            Widzisz ja do tej pory mysle, ze teorie mam w przyslowiowym "jednym palcu", a jednak z praktyka ciezej. Nawet nie wiesz jak mocno sie podpisuje pod tym co piszesz. Tez wydawalo mi sie to samo jesli chodzi o psychologa. Co wiecej mi powie, przeciez ja to wszystko przestudiowalam juz. Tylko znalazlam sie w takim zaulku gdzie wydawalo mi sie, ze to mi nie zaszkodzi, a moze pomoc. Najgorsze byly weekendy i patrzenie w sufit bez celu. Byly momenty, ze nie mialam sily plakac, jesc, wyjsc z psem i pewnego dnia powiedzialam sobie, ze rozmowa z "madrzejsza" ode mnie osoba w tej dziedzinie to jedyne wyjscie.

            Czy pomoglo, hm...na pewno nie tak jak oczekiwalam, ale ze mna inna historia. Mysle, ze byloby latwiej gdyby mieszkala w Pl... Kazdy z nas jest inny i jeden poradzi sobie bez tego, moze Tobie tez sie uda.

            Moja rada wyznacz sobie male cele, takie przyziemne ale zebys dazyl do czegos. Zebys mial satysfakcje, ze cos co zaplanowales udalo sie.Zebys mial swoje male radosci, zeby tych hustawek bylo jak najmniej z uwagi na brak myslenia, o tym wszystkim (znowu teoria, ja probuje nadal...)

            Ja jak najszybciej zniszczylam sobie wszelkie nadzieje, jak juz wiedzialam co sie swieci. Tzn. nie byloby drugiej szansy jakby sie kajal. I mimo, ze byly potem przeprosiny i jak to zaluje, i jak czasu nie cofnie, ja nie chcialam tego sluchac czy czytac. Dla mnie Game Over. Jesli bedziesz zyl w zawieszeniu i nadziei, ze zona wroci to uwierz mi bedzie tylko gorzej. Nie wiem czy masz jeszcze takie mysli, bo Twoj pierwszy post, za co Cie podziwiam jest, ze zyczysz jej dobrze i bardzo to szanuje, szczegolnie ze jest dziecko.
            Ja jemu nie, i moze kiedys wybacze, i przestane palac nienawiscia. Na dzien dzisiejszy mam nadzieje, ze juz nigdy nie zetkne sie z tym czlowiekiem, chyba ze wpadnie pod moje auto i wtedy przejade jeszcze po nim ze 4 razy ;)))))
            Ktos kto jest na tyle tchorzem i egoista, zeby oklamac i tak upodlic komus drugiemu zycie nie zasluguje na druga szanse. Po dodatkowym wykonaniu analizy SWOT "naszego przedsiebiorstwa" okazalo sie, ze a jakze nawet bardzo by ono kulalo, gdyby co.
            Mozna sie rozstac z klasa, bedzie zawsze bolalo ale nadal wierze, ze mozna, ze nie trzeba jak malpa chwytac drugiej galezi.
            Nie znamy swojej przyszlosci a jak zaczniesz myslec o swoim zyciu i "troszczyc sie" o siebie to kto wie,co i kto komu kiedy na drodze stanie.

            Dzieki za kciuki, niech moje tez dla Ciebie zadzialaja!!



    • RE: Odeszła ode mnie żona...

      Autor: aggix   Data: 2013-03-10, 13:12:33               Odpowiedz

      Rzeczywiscie... historia jakich nie malo... albo bardzo bolesna! I szczerze ci wspolczuje. Mysle, ze to w dzisiejszych zwiazkach normalne, ze przychodza fazy iz czujemy sie od siebie oddaleni- rozwijamy sie w dwuch kierunkach... i to co nas ze soba laczylo, zaczyna sie oddalac. Wiezi trzeba budowac non-stop!
      Trzeba spedzac ze soba czas i byc blisko... to takie trudne, zeby Milosc przetrwala w dwojgu ludzi... gdyz kazdy inaczej ja przezywa. Dlatego trzeba ZNAC swojego partnera i miec na oku jego potrzeby:)

      Pozostaje ci zaakceptowac i zyc do przodu! Zostaw za soba przeszlosc i mysl pozytywnie do przodu- ja wierze w przeznaczenie- to byla proba, ktorej nie przetrwaliscie, ale zycie sie dla was nie skonczylo, a dla waszej córki dopiero zaczelo. Dbaj wiec o dobro twojego dziecka i kochaj ja bezgranicznie. Tyle mozesz zrobic.
      Goraco pozdrawiam!
      Jeszcze znajdziesz milosc w zyciu- musisz ja tylko miec caly czas w sercu! A zona, jeszcze moze chciec do ciebie wrocic, na razie jest jej dobrze w nowej sytuacji, ale zycie sie ciagle toczy do przodu....