Forum dyskusyjne

Zaryzykowałam - wyszłam za mąż za obcokrajowca...

Autor: anisha   Data: 2012-10-06, 10:48:19               

Witajcie!
Zastanawiam się od którego momentu zacząć swą opowieść, ponieważ wiele czynników jest powiązanych i ma wpływ na to, w jakiej sytuacji się znalazłam. Myślę, że najlepiej będzie opisać moje odczucia i podejście do życia, kiedy byłam jeszcze w Polsce. No więc jestem w tej chwili 34letnią kobietą i mam za sobą 2 dłuższe związki (7 i 3 lata) + inne krótsze, mało istotne pseudo-związki lub próby tworzenia związków.
Znalazłam się w takim punkcie swego życia, kiedy chciałam mieć już własny dom, spokój, nie dopasowywać się ciągle do współlokatorów, lub gorzej - rodziny faceta. Tak więc, po zakończeniu ostatniego dłuższego związku (z 7 lat młodszym chłopakiem)przeprowadziłam się do domu rodzinnego, w którym miałam do dyspozycji 50m2, ale musiałam włożyć w to `trochę` pieniędzy. Dużym plusem było to,że miałam osobne wejście (od ogrodu)i czułam się niezależna. Wiedziałam też, że nie będę już wysłuchiwać komentarzy dotyczących wysokich rachunków za prąd, ponieważ miałam osobny licznik (nie było u mnie gazu, tylko wszystko na prąd).Co do kwestii opłat za wodę to jakoś rodzice przymknęli oko, bo wiedzieli, że inwestuję w remont.
No i tak mijały lata (dokładnie 3), musiałam się zapożyczyć (nie chcieli mi dać w bankach kredytu gotówkowego, ponieważ nie miałam stałej umowy, więc łatwiej było załatwić karty kredytowe). Z początku czułam euforię - stałam się wreszcie niezależna, sama decydowałam o tym jak mieszkam, byłam panią własnego `pałacu`. hehe. Jednak po roku zaczełam sobie uzmysławiać, iż moje nieregularne wypłaty[czasem wypłacane w ratach] i nawet usilna próba dorobienia na korepetycjach nie starczyło, żeby w miarę szybkim tempie spłacić te karty:/ Zaczęłam się pogrążać w czarnych myślach. Dodam, że moi rodzice nie mieli możliwości, żeby mnie wesprzeć (są biednymi emerytami)i na początku też się cieszyli (właściwie bardziej mama), że coś się dzieje, wreszcie coś ruszyło do przodu. Doceniała to,że dbam o dom i że jestem taka samodzielna, zaradna, że wszystko umiem załatwić błyskawicznie (chociażby wezwać fachowców). Jednak po jakimś czasie, może po 2óch latach uzmysłowiła sobie moja mamuśka, że jednak tak różowo nie jest, nagle wszystko stanęło w miejscu, poza tym widziała,że wciąż zmieniam partnerów, nie umiem się (lub nie chcę)na dłużej z nikim zaangażować. Zauważyłam,że stała się na nowo bardzo krytyczna wobec mojej osoby i była zawiedziona moją postawą. Oczywiście jej ulubieńcem stał się mój młodszy brat, który się ożenił w wieku 24lat i ma już synka. Bratową wręcz moja mama zaczęła uwielbiać. Czyżby tylko za to,że dała jej wnuka? hehe Wg mnie raczej nie jest to osoba o interesującej osobowości, ale serdeczna i miła. Może to wystarczy, żeby zdobyć sympatię teściowej :)) Okej, ale wracając do mojej sytuacji i samopoczucia psychicznego to czułam,że utknęłam w martwym punkcie. Praca od 7lat ta sama(bez stałej umowy, bez szansy rozwoju, nie związana z moim kierunkiem studiów), ciągle potyczki jeśli chodzi o `kandydatów` na stałego partnera (jeśli już interesujący to mamisynki-niezaradni życiowo,w kiepskiej sytuacji finansowej albo cwaniaczki nastawione na przygodę erotyczną, albo w związkach szukający odskoczni). Niepokoił mnie także dług związany z kartami kredytowymi - ok.13 000. Moze dla niektórych to nie tak wiele, ale jeśli zarobki wynoszą np. 2000-2500 i co m-c trzeba spłacać min.900-1000zł (minimalne spłaty)to niewiele zostaje (koszty utrzymania: ok.150-200 prąd, 100 net, 100 tel,jedzenie + inne drobne wydatki ok.600 co daję sumę ok.1000zł). W końcu dostałam niespodziewanie tel. z jednej firmy, że mają dla mnie pracę i to na normalną umowę z tymże zarobki nie były za ciekawe (12zł brutto/h), zaznaczyli też, że praca na 3/4 etatu. Pomimo wszystko chciałam spróbować, zwłaszcza, że j. angielski był wykorzystywany w tej pracy na codzień. No więc udałam się na szkolenie (za które normalnie płacicli)i poszłam 1 dzień do pracy,ale okazało się to porażką:/ Czułam się jak niewolnik, który nie może odejść od stanowiska, w dodatku osoba sprawująca rolę leader-ki nie raczyła mi służyć żadną radą, pomocą. Poniosły mnie nerwy i następnego dnia zrezygnowałam a raczej poszłam na parę dni chorbowego (żeby sobie to przemyśleć). Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się propozycja wyjazdu na Cypr z kuzynką mojego kolegi. Owa kuzynka mieszka tam 7lat i ma męża Senegalczyka oraz synka 4 letniego. Szukała chętnej dziewczyny, która by się zgodziła wziąć fikcyjny ślub z obcokrajowcem za kasę. Z początku podeszłam sceptycznie do tej propozycji - kojarzyło mi się to ze sprzedaniem siebie :/ Jednak później zaczęłam o tym rozmyślać: wreszcie będę miała upragniony ciepły klimat, mnóstwo atrakcyjnych facetów o śniadej skórze, perspektywa znalezienia jakiejś pracy i spłacenia wreszcie długu no i ogólnie wyrwanie się z tej dołującej Polski (i dręczącej rodzinki, nie wspomniałam, że moja mama miała na przemian depresyjne stany i napady agresji słownej, z kolei mój ojciec nigdy nie okazywał mi uczuć, w ogóle się mną nie interesował, potrafił tylko się w przeszłości na mnie wydzierać, jak coś mu nie pasowało). No więc zdecydowałam się na ten wyjazd, chociaż czasem ta kobieta, z którą miałam wyjechać dziwnie się zachowywała - np. nie odzywała przez parę dni i nie wiedziałam na czym stoję. Zdjęcia kandydata na męża w końcu zobaczyłam - okazało się, że to chłopak z Bangladeszu, który pryjechał na studia na Cypr a dzięki małżeństwu z Europejką przedłuży sobie wizę. Czułam dreszcz emocji związany z przygodą, diametralną zmianą mojego życia. No i w końcu dotarłyśmy na ten Cypr. Oczywiście rozważałam opcję,że nie muszę za nikogo wychodzić za mąż, mogę po prostu poszukać jakiejś pracy i nawet ta nowa koleżanka mnie zapewniała,że mi coś załatwi, więc się nie martwiłam niczym.
Jak się okazało na miejscu - mieszkanie nie było za ciekawe, z początku byłam w jednym pokoju z nią, jej mężem i synkiem. W drugim pokoju było 3ech chłopaków z Bangladeszu a w 3cim parka z Wietnamu. Nie chę się rozpisywać, ale sytuacja była nieciekawa - krętactwo Wietnamczyków z płaceniem rachunków, w rezulatacie wyłączanie prądu przez właściciela i próba wyrzucenia nas stamtąd, kłotnie owej` koleżanki` z mężem Murzynem hazardzistą (obstawiał mecze). Mój kandydat na męża nie wyglądał na bardzo zainteresowanego, ale bardziej było spowodowane tym,że jego ojciec znalazł się w szpitalu a wkrótce później umarł :( Tak więc nie było pewności co z tym ślubem będzie. Jednak po wielu perturbacjach i też kłótniach
z moja `nową koleżanką` doszło do ślubu. Była to jedna wielka parodia - świadkowa `zapomniała obrączek`(tak naprawdę ich nie kupiła a kasę wzięła dla siebie), zero przyjęcia, zero kwiatów itp. Zwyczajne podpisanie papierka. Muszę tutaj dodać, ze zauroczyłam się moim mężem - wiele cech mi u niego odpowiadało (opieuńczość, wrażliwosc, bystrość, poczucie humoru, pracowitość, podejście do dzieci i do naszego związku). W jego kraju to na porządku dziennym,że poznaje się żonę 2-3 m-ce przed ślubem (rodzice wybierają),tak więc dla niego to nie było nic nazdwyczajnego. Było też sporo nerwów, ponieważ kobieta,z która przyjechałam miała oczywiście swój interes w tym wszystkim (doskonale wiem,ze miala dostac jakas kase,ale mi sie do tego nie przyznala), jednak to co zaczela wyrabiac ze swoim Murzajem przechodzilo ludzkie pojecie np. przetrzymywanie dokumentów i wyłudzanie więcej kasy, awanturowanie się na przemian z płaczem. Mysle,ze tak naprawdę to nawiecej kasy ten jej Murzynek brał dla siebie i przepieprzał na hazard. Bo z tego co widzialam to jej sie nie przelewało. Nie raz nie miala co do garnka wlozyc. Nie stac jej bylo nawet na nowe klapki itp. W koncu nadszedl moment, ze mialam tego wszystkiego dosyc i postanowilam wyprowadzic sie sama na pare dni do pewnej przemilej kobietki (ktora uczylam angielskiego) a pozniej poszukac pokoju i pracy. Jednak oni nie chcieli za bardzo mnie puscic, prosili,zebym zostala, ze jak to bedzie wygladac etc. W koncu zmieklam, ale naciskalam,ze chce sie wyprowadzic sama z mezem (wiedzialam jakby to wygladalo jakbysmy nadal mieszkali z nimi - non stop ciagniecie kasy od mojego). I to byl wlasnie ich sprytny plan (ktory nie doszedl do skutku) - mieszkanie ze mna 6 m-cy pod pretekstem opieki nade mna (zeby mi czasem moj nowy mąz nie zrobil krzywdy i zeby sie wywiazywal z obietnicy pomagania mi finansowo)- a tak naprawde to liczyli,ze on bedzie ich sponsorem! ech;/ Na szczescie postawilismy na swoim i mieszkamy sami od prawie 3ech mcy. Chociaz jak sie dowiedzialam potrafili jeszcze troche wyludzac kase od mojego husband-a,ale poki co juz sie to skonczylo. Krotko po naszej przeprowadzce okazalo sie,ze jestem w ciazy:))) Nie docieralo z poczatku to do mnie. Tyle lat i nic a teraz nagle blyskawicznie zaszlam i to z Hindusem :D Pomyslalam,ze tak widocznie musi byc. I jest to dla mnie tez ostatni dzwonek w tym wieku. Moj malzonek byl bardzo ucieszony, bo jest bardzo rodzinny, chcial miec dziecko i czuje sie dumny,ze zostanie ojcem. Niestety z praca sie pokomplikowalo, kryzys uderzyl w wyspe i niezle musial sie nagimnastykowac,zeby znalezc cos stalego.Teraz jest na okresie probnym i oby dostal stala umowe, bo od tego zalezy moje ubezpiecznie zdrowotne oraz to czy dostanie papierek, ze jest tu legalnie (i beda sprawdzac tez nas oczywiscie, czy jestesmy prawdziwym malzenstwem). Przeszlismy tez troche klotni, bo go nieco zszokowalo to,ze bylam w tylu zwiazkach i wpadl w panike,ze jego tez zostawie,albo ze po urodzeniu dziecka wroce do starego stylu zycia (imprezowania etc). Jednak jest w bledzie, bo ja wierze w to,ze wlasnie dziecko odmieni moje zycie i wreszcie bede miala dla kogo zyc. Do tej pory moje zycie bylo bezcelowe ;/ Czasami mam obawy czy dobrze zrobilam wychodzac za niego, bo jednak te problemy z praca sa niepokojace a jak sie pojawi dziecko nasze wydatki sie zwieksza... Czasem mialam mysli,zeby moze rzucic to wszystko i wrocic jednak do Polski i radzic sobie sama, ale... wtedy jest ryzyko,ze mojego meza wysla spowrotem do Bangladeszu i juz moge go nigdy nie zobaczec etc. etc. No i te moje dlugi, ktore caly czas musze splacac. Sama z dzieckiem sobie moge nie poradzic... Moze jednak warto przeczekac trudny czas i myslec pozytywnie. Dodam,ze caly czas sie rozwijam: robie kursy on-line, wpolpracuje z fundacjami w ramach wolontariatu, zbieram referencje. Chce pracowac jako tłumcz - zdalnie.

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku