Artykuł

Urszula

Buloterapia dla bulimiczki


Na wstępie chciałam zaznaczyć, że nie jestem psychologiem, nie mam ku temu potrzebnej wiedzy ani kwalifikacji i nie chcę wygłaszać tu żadnych stwierdzeń kategorycznych. Są specjaliści, którzy skutecznie pomagają ludziom, cierpiącym na zaburzenia łaknienia. Ja tylko pragnę podzielić się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami, które niewiele mają wspólnego z prawdziwą psychologią, ale być może będą w jakiś sposób pomocne dla terapeutów i ich pacjentów.

O zaburzeniach łaknienia napisano wiele i niewątpliwie dla czytelników prac naukowych, obserwatorów i członków rodzin osób przejawiających zaburzenia łaknienia jako zjawisko są straszne przez swoją wymowę i to, co widać, czyli objawy. Na pewno dla osób bliskich anorektyczki, czy bulimiczki, obserwacja postępującego rozpadu fizycznego i psychicznego stanowi źródło bólu i cierpienia. Wydaje się, że największe katusze przeżywa jednak osoba, której dotknęła jedna z tych chorób.

Oprócz mąk fizycznych i psychicznych, osoba cierpiąca na zaburzenia odżywiania jest odgrodzona od świata murem niemożności odczucia przez zewnętrze emocji, które przeżywa. Niewątpliwie, jeśli już zdecyduje się sama spostrzec, że jest chora, jeśli przerazi ją choćby na ułamek sekundy ten fakt, poczuje potrzebę mówienia i zacznie mówić, to okazuje się, że nie może nawet osobom zaufanym namalować słowami koszmaru, który ją dopadł. Stąd popularność internetowych forów dyskusyjnych, gdzie bulimiczki i anorektyczki rozmawiają ze sobą, z pełną świadomością, że odbiorca ich komunikatu zna z autopsji horror, którego doświadczają. Przeżycia anorektyczki, czy bulimiczki można opisać, ale nie sposób ich doświadczyć. Natomiast grupy wsparcia cieszą się różnym powodzeniem, wiele dziewcząt, czy kobiet nie decyduje się na uczestnictwo w nich między innymi dlatego, że inne uczestniczki spotkań mogą być od nich szczuplejsze (celowo nie używam słowa chudsze, bo pojęcie to nie funkcjonuje dla anorektyczki).

Czytelnicy mogą zadać pytanie, skąd to wiem? Odpowiedź prosta. Poznałam kilkanaście kobiet i dziewcząt z zaburzeniami łaknienia, jak oszalała krążyłam po bibliotekach, internecie w wyszukiwaniu informacji. Przez wiele lat anoreksja i bulimia były moim „hobby” z prostego powodu – jestem bulimiczką.

Żeby nie przedłużać, mam 26 lat, od 15 roku życia byłam anorektyczką, moja waga minimalna wynosiła 38 kg przy 170 cm wzrostu. W wieku dwudziestu lat miałam rok przerwy, a potem wpadłam w bulimię i chyba żyję z nią do dziś. Chyba, bo choć od trzech miesięcy objawy nie występują, to mam świadomość, że zaburzenia odżywiania są tylko objawem innych problemów, a z tym nie można sobie poradzić bez terapii. Ale do terapii trzeba dojrzeć, trzeba jej chcieć i mieć na nią odwagę Ja do tej pory takiej nie miałam, z terapii rezygnowałam szybko, ale sytuacja zmieniła się i moje szanse, by wygrać siebie rosną. A wszystko dzięki moim psom i ich działaniu terapeutycznemu.

Na forum www.głodne pl istnieje dział „Odskocznia”, gdzie internauci i internautki piszą o swoim hobby. Jednak, jak sama nazwa działu sugeruje, chodzi tu raczej o zajęcia i zainteresowania, pozwalające oderwać się na chwilę od problemu zaburzeń odżywiania a nie pozwalające się z nim zmierzyć.

U mnie było nieco inaczej. Mimo tego, ze od roku mam troskliwego partnera, który doskonale zdawał sobie sprawę z moich zaburzeń i zapewniał mi coraz większe poczucie bezpieczeństwa i akceptacji, objawy bulimii ulegały tylko lekkiemu osłabieniu, ale po pewnym czasie znów się nasilały. Kilkakrotnie zastanawiałam się nad ponownym podjęciem terapii, ale tchórzyłam. Za nic nie chciałam utyć, a mimo tego, że wiem, iż w wyniku terapii ma zmienić się między innymi postrzeganie siebie, to patrzyłam na siebie, a właściwie na swoje ciało takie, jak będzie po terapii, oczami bulimiczki i ogarniało mnie przerażenie, że będę kupą tłuszczu, która nie zasługuje na miłość. Bałam się, że stracę partnera, który zachwyca się moją figurą, że ludzie będą patrzeć na mnie z obrzydzeniem. Postrzegając siebie przez ciało, starałam się zyskać akceptację innych głównie przez mój wygląd. Ja nawet po papier toaletowy wychodziłam w pełnym makijażu. Kiedy zamieszkałam z moim partnerem , początkowo kładłam się spać w makijażu i wstawałam bardzo wcześnie, żeby znów poprawić maskę. Potem to trochę osłabło, ale nie skończyło się, nadal miałam moc kompleksów, zarówno dotyczących mojego ciała, jak i intelektu. W końcu, któregoś dnia zdecydowaliśmy się na … psa.

W momencie, kiedy mój partner entuzjastycznie odniósł się do tego pomysłu, poczułam się pierwszy raz od wielu lat „luźna” wewnętrznie, opadło ze mnie napięcie. Po fakcie skonstatowałam, że była to decyzja podobna o decyzji o posiadaniu dziecka. Wiedziałam, że mój partner jest odpowiedzialny, kocha zwierzęta i wie doskonale jak bardzo pies przeżywa, kiedy w momencie rozstania właścicieli musi zostać tylko z jednym z nich. Odpowiedzialność jest tym większa, że zwierzęciu nie da się wytłumaczyć, dlaczego jego „stado” się podzieliło. Tak więc dostałam rodzaj gwarancji, że przez kilkanaście najbliższych lat prawdopodobnie nie zostanę „odrzucona”, a jeśli nawet, to zawsze zostanie mi pies. Moje poczucie bezpieczeństwa wzrosło znacznie, ale jeszcze przez cały czas wymiotowałam kilka- ( ale nie kilkanaście) razy dziennie. Wcześniej jadłam w autobusach i wymiotowałam w krzakach, w pracy w domu, wszędzie, gdzie się dało.

Kiedy już wiedziałam, że pies dołączy do naszej rodziny (bo taki jest mój odbiór posiadania psa – staje się domownikiem), doszedł także argument ekonomiczny. Nie mogłam wszystkich pieniędzy wydawać na jedzenie, bo z posiadaniem zwierzęcia łączą się niemałe wydatki.

W końcu trafił pod dach piesek – bullterrier angielski. Rasę wybrałam ja i ten wybór nie był przypadkowy. Bulterier to pies o bardzo ekscentrycznej urodzie- ma jajowatą głowę, część dzieci myśli, że to mały konik, osiołek, wiele osób uważa, że jest wręcz obrzydliwy. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ludzie mają różne gusta i nie wszystkim mój psiak musi się podobać, ale to już nie mój problem (wielka szkoda, że nie potrafiłam wcześniej powiedzieć tego o sobie, zawsze starałam się podobać i spełniać oczekiwania wszystkich dookoła, wiedza, że wcale nie muszę tego robić, przyszła później). Jednocześnie temu charakterystycznemu eksterierowi odpowiada charakter bulla – jest uparty, indywidualny, nie jest psem w typie „owczarka”. Ma wyraźną osobowość. Takiego psa można wychować, ale tylko z zachowaniem pełnego szacunku dla jego niezależności. Nie jest automatem do wykonywania komend i nie waha się stawiać biernego oporu, kiedy czegoś zdecydowanie nie chce. Myślę, że na tym głównie zasadzał się mój wybór. Jako dziecko byłam stworzeniem nieautonomicznym, wykonującym błyskawicznie i co do joty polecenia rodziców, o sprzeciwie, czy złamaniu zakazów nie mogło być mowy. Bulterier ma takie cechy, jakie ja zawsze chciałam mieć.

Jako, że wzięliśmy szczeniaka, przez pierwszy tydzień maluch zapełniał mi cały czas. W pracy (której nie lubiłam) wzięłam urlop i zaczęłam zajmować się psem. Od momentu, kiedy szczeniak zjawił się u nas nie wymiotowałam ani razu. Nie miałam prawie potrzeby jeść i wyrzucać z siebie posiłku. Jadłam niedużo i jeszcze nie normalnie, ale już jadłam i wszystko zostawało we mnie. Przez pierwsze dni jednak potrzeba wchłonięcia całej zawartości lodówki dopadła mnie kilka razy. Otwierałam lodówkę, a potem patrzyłam na szczeniaka kręcącego się koło mnie i wyjmowałam z niej jakieś smakołyki dla niego. Napięcie i podniecenie, zwyczajne przed epizodem objadania się i zwracania, opadało natychmiast. Żadnej walki, żadnych łez i bicia poduszki. W przeciągu chwili stawałam się pogodna. Wkładałam do kieszeni psie przysmaki i szliśmy na spacer. Początkowo byłam tak zmęczona fizycznie, że padałam spać wieczorem i spałam pierwszy raz od bardzo dawna dobrze bez żadnych wspomagaczy – leków, czy alkoholu. Pies rósł, wyjechaliśmy z przyjaciółmi na kilka dni nad morze i tam zaczęłam jeść normalnie – wszystko. Zwykłe obiady, śniadania i kolacje, a każdy posiłek był dla mnie radosnym świętem.

Obserwując samą siebie podzielam zdanie, że bulimia to głód miłości, ale sądzę, że dotyczy nie tylko jej przyjmowania, ale również ofiarowania. Często mówiąc o zwierzętach używamy słów „zazdrość”, „miłość”, ”wierność” Niewiele one mają związku z rzeczywistością, ale co z tego? Takie antropomorfizacje pomagają zbudować więź między człowiekiem a psem. Mimo, że wiemy, iż radość psa przy powitaniu z Alfą (w tym wypadku właścicielem) jest zachowaniem psim, możemy na domowy użytek nazywać je miłością. Pies zaspokaja głód miłości, bo jego akceptacja jest bezwarunkowa. Nie ukrywa też emocji - całym sobą wyraża smutek, radość. Wdrapując się na kolana domaga się pieszczot i wyraża zadowolenie. Psu można dać swoje uczucia, bez lęku, że zostaną odrzucone - zawsze są przyjmowane, choćby akurat psa coś bolało, czy byłby smutny. Psy reagują błyskawicznie na najdrobniejsze zmiany w zachowaniu właściciela, są niezwykle interaktywne. Kiedy kilkakrotnie, jak opisywałam wcześniej, nachodziło mnie podniecenie poprzedzające epizod objadania się, pies był przy mnie i wcale nie patrzył na wnętrze otwartej lodówki, ale na mnie. Starał się zwrócić na siebie moja uwagę, był wyraźnie zaniepokojony, co jest zupełnie innym zachowaniem psa, niż kiedy domaga się jedzenia. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale nie mogłam go zawieść, a wyjaśnić nie mogłam, co się szykuje. Kiedyś rzeczywiście czymś się strułam i zwracałam (ale nie były to żadne prowokowane wymioty), szczeniak miotał się przy drzwiach łazienki i piszczał. Był zestresowany. Tak więc przestałam wymiotować również dlatego, żeby nie denerwować zwierzaka. Pies kocha bezwarunkowo, w odróżnieniu od człowieka, który już stawia warunki i może pokochać kogoś innego. Dla psa nie jest istotne, jak się wygląda i ile się waży. Pies jest szczęśliwy, widząc, że „jego człowiek” czuje się zadowolony. Jednocześnie jest zależny od człowieka i od jego miłości, nie rozumie, dlaczego u weterynarza ktoś sprawia mu ból, ale uspokaja się, kiedy czuje dłoń właściciela. Psy uczą okazywania emocji i kontaktu cielesnego, pozytywnie reagując na ludzkie pieszczoty. Domagają się ich i same je dają.

Pies jest w stanie nauczyć człowieka tego, że je się po to, żeby żyć, a nie na odwrót. Młody pies, któremu nie wydziela się jedzenia, spożywa tyle ile potrzebuje i tego właśnie nauczyłam samą siebie. Patrzę jak zwierzę rośnie, jak budują się jego mięśnie i szkielet, a potem dostrzegam, że moje mięśnie też stwardniały i mogę teraz nosić zakupy ze sklepu, czy iść potańczyć bez wysiłku.

Z racji pasji, po trzech miesiącach zdecydowaliśmy się jeszcze na jednego małego bullterrriera i stanowimy teraz szczęśliwą psio-ludzką rodzinę. Nagroda przyszła błyskawicznie. Z dnia na dzień czułam i czuje się silniejsza. Dzięki spacerom, na które kiedyś nie miałam siły ( wchodząc po schodach zatrzymywałam się na półpiętrach, żeby odpocząć) moje ciało zrobiło się jędrne i zaczęło stanowić dla mnie źródło przyjemności. Teraz czuję prawie euforię ganiając się z psami, czy bawiąc z nimi w chowanego. Zaczęłam kochać poranki, których wcześniej nienawidziłam, bo oznaczały kolejny dzień męczarni. Wstaję świtem i idę z psami do parku. Szczególną radość sprawia mi patrzenie na to, jak szaleją w trawie. Widzę wtedy, że są szczęśliwe ze mną tak jak ja z nimi. Moje ciało sprawia im przyjemność. Co by psom przyszło z pani, która ledwie jest w stanie dojść do przystanku autobusowego a w dodatku jest nieszczęśliwa? Nie zniosłabym tego.

Można zadać mi pytanie, dlaczego psy a nie dzieci. Wydaje mi się, że dziecko jest układem bardziej skomplikowanym, niż pies i możliwości reakcji dziecka jest znacznie więcej. Na razie boję się dziecka, bo mój świat jest jeszcze pełen zagrożeń, bo ja sama jestem pełna lęku.. Nie znaczy to jednak, że dzieci mieć nie chcę, kiedyś tak, na pewno. Teraz jednak czeka mnie dopiero długa droga terapii, która, mam nadzieję, że pozwoli mi pełniej cieszyć się życiem. Jednak nie wiem, czy kiedykolwiek doszłabym do autentycznej, szczerej chęci podjęcia leczenia, gdybym nie miała swoich bullterrierów i bliskiego człowieka, który dzieli ze mną radość z każdego dnia.





Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu