Artykuł

Beata Szurowska

Beata Szurowska

Leczenie zaburzeń odżywiania


Mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie wciąż wstydzimy się wizyt u psychiatry lub psychologa, nie mówiąc już o pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Ale niestety zaburzenia jedzenia mają podłoże psychologiczne, chorzy często tracą kontrolę nad swoim życiem i postępowaniem i muszą być leczeni w ośrodkach psychiatrycznych. Każde zaburzenia jedzenia są właściwie inne i wymagają indywidualnego podejścia do osoby, dlatego i sposoby leczenia są różne. Niewątpliwie pierwszym koniecznym krokiem jest wizyta u psychologa lub psychiatry. On z pewnością zdiagnozuje chorobę, oceni stopień jej zaawansowania i zagrożenia życia.

W niektórych przypadkach wystarcza stały kontakt z lekarzem, pomoc rodziny i chorzy wracają do zdrowia. Tak zdarza się jednak przede wszystkim we wczesnym stadium choroby, gdy nie ma jeszcze dużego wychudzenia i osoba chora naprawdę chce się leczyć. Jeżeli lekarz trafia na opór i widzi, że w domowych warunkach bardzo trudno osobie chorej się przełamać i zmienić chorobowe nawyki jedzeniowe kieruje ją do szpitala. Najlepiej, jeżeli jest to Oddział Nerwic z pododdziałem zaburzeń odżywiania.
    - Byłam bardzo mile zaskoczona, gdy zobaczyłam jak wygląda leczenie w Klinice Nerwic - opowiada 24-letnia Magda (bulimiczka) - Wiedziałam, że zostałam przyjęta do szpitala, więc spodziewałam się leżenia w łóżku, leków, zastrzyków i całej tej nieprzyjemnej szpitalnej atmosfery. Nic podobnego. Pacjenci tworzą społeczność, którą kieruje wybierany co tydzień w obecności całego personelu samorząd. On właśnie organizuje zajęcia i zabawy w czasie wolnym(wycieczki, kino, teatr, ogniska, dyskoteki itp.). Tego czasu wolnego nie ma jednak dużo, bo plan zajęć jest bardzo napięty. Wstajemy o siódmej, potem gimnastyka i śniadanie. Później odbywają się zajęcia w grupach: psychorysunek, muzykoterapia, terapia grupowa, terapia zajęciowa, choreoterapia i psychodrama. Poza tym każdy pacjent ma swojego terapeutę, z którym spotyka się na terapii indywidualnej. Oprócz tych zajęć mamy również przydzielone obowiązki. Sami dbamy o czystość na oddziale i pomagamy personelowi. Cisza nocna obowiązuje od godziny 22. Wtedy pielęgniarka dyżurna czyta wieczorny relaks i gasi światło. Mimo wszystko jest ciężko, bo docieranie do prawdy bywa bardzo bolesne, trzeba poznać swoje lęki i je oswoić. A do tego nasilające się w chwilach stresu objawy. Zawsze można jednak liczyć na pomoc terapeutów i chętnych do rozmów pielęgniarek. Poza tym otaczają nas ludzie, którzy zmagają się z podobnymi problemami. Bez wstydu i strachu przed wyśmianiem i niezrozumieniem można mówić o swoich kłopotach. Wieczorami długo rozmawiamy, śmiejemy się. 10 tygodni to bardzo długo. Nawiązują się przyjaźnie nawet na całe życie. Niektórzy pacjenci nawet w czasie weekendowych przepustek nie chcą jeździć do domu. Jednak terapeuci zachęcają do życia w normalnym świecie, bo przecież wszyscy będziemy musieli tam wrócić.

Niestety czasami konieczne jest leczenie w zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Tego właśnie najbardziej boją się zarówno chorzy jak i ich rodzice. Wiąże się to głównie z leczeniem zaawansowanej anoreksji, gdy osoba chora jest bardzo wychudzona, wyczerpana fizycznie i psychicznie, jej wyniki badań zagrażają życiu, a ona sama nie chce się leczyć. Tam zostaje zatrzymana aż do uzyskania prawidłowej wagi i skierowana na Oddział Nerwic, gdzie z kolei przeprowadzana jest psychoterapia.
    - Dzisiaj z perspektywy czasu rozumiem, że pobyt w szpitalu psychiatrycznym bardzo mi pomógł, bo inaczej zagłodziłabym się na śmierć - wspomina 20-letnia Kasia (anorektyczka) - ale wtedy nienawidziłam lekarzy, rodziców i całego świata. Ważyłam 32 kilogramy przy wzroście 162 cm i wydawało mi się, że wyglądam pięknie i zgrabnie. Zupełnie nie rozumiałam przerażenia rodziców, nie widziałam problemu. Miałam wielki żal do rodziców, że bez mojej wiedzy umieścili mnie w szpitalu psychiatrycznym. Tam nikt się nie przejmował tym, co czuję, lekarzy interesowała tylko moja waga i wyniki badań. To był układ. Wiedziałam, że muszę osiągnąć wagę 43 kilogramów i dopiero wtedy zostanę wypisana ze szpitala. Za każdy kilogram byłam nagradzana i karana za spadek wagi (nie mogłam dzwonić do domu, oglądać telewizji itp.). Na początku walczyłam z nimi, bo lęki, jakie odczuwałam wraz z pojawieniem się każdego kilograma strącały mnie na dno rozpaczy i prawie odbierały rozum. Zdarzało się, że lekarze kazali mnie przypinać pasami do łóżka po posiłkach, bo biegłam do toalety i prowokowałam wymioty. W końcu jednak poddałam się i zaczęłam współpracować. Powoli wracałam do życia, znów nauczyłam się uśmiechać. Potem był jeszcze dwumiesięczny pobyt na Oddziale Nerwic, gdzie poznałam źródło swojej anoreksji i zrozumiałam, dlaczego boję się jeść. Teraz stawiam pierwsze kroki bez anoreksji. Jest trudno. Nadal pozostaję pod opieką specjalistów. Jestem wdzięczna rodzicom za to, ze mieli dość odwagi i siły, aby zdecydować się na oddanie mnie do szpitala. Pobyt tam do końca życia będę wspominać jak koszmar, ale dzięki temu wróciłam do życia.

Są również w Klinikach Nerwic oddziały dzienne, gdzie pacjenci poddawani są psychoterapii, ale nie integrują się w grupę i wieczorami wracają do domów. Jednak ja z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że najlepsze rezultaty przynosi leczenie szpitalne na oddziale terapii zaburzeń odżywiania. Oderwanie od środowiska, gdzie utrwaliły się już chorobowe nawyki jedzeniowe oraz fachowa pomoc psychologów, psychiatrów, dietetyków i lekarzy to kluczowe elementy terapii.

Pamiętajmy, że zaburzenia jedzenia mają charakter uzależnień, dlatego najbliżsi powinni być czuli, kochający, ale jednocześnie stanowczy i konsekwentni. Osoby cierpiące na anoreksję i bulimię bardzo często są tak zdominowane przez chorobę i lęki, ze nie potrafią realnie ocenić sytuacji. Pomocy najlepiej szukać w najbliższym szpitalu psychiatrycznym na Oddziale Nerwic.










Oceń artykuł:


Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Skomentuj artykuł