Artykuł

Zbigniew Grochowski

Zbigniew Grochowski

O znaczeniu prohibicji. Refleksje na temat regulacji prawnych dotyczących substancji psychoaktywnych


    Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej ponowne przeżycie.
    George Santayana

Posiadamy doświadczenia z przeszłości w działaniach zmierzających do zwalczania skutków nadużywania substancji psychoaktywnych. Warto więc przypomnieć wyniki tych doświadczeń. Nie jest bowiem dobrze, kiedy stanowiący prawo w państwie kierują się tylko dobrymi intencjami, bez oparcia się na realiach.

Prohibicja to metoda stara i wypróbowana. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej dnia 16 stycznia 1920 roku wprowadziły 18 Poprawkę do Konstytucji zakazującą produkcji, sprzedaży i transportu napojów alkoholowych (intoxicating liquors) zwaną National Prohibition Act lub Volstead Act, od nazwiska kongresmana, który złożył ten akt prawny. W praktyce mimo dobrych intencji wszystkich, prohibicja zawiodła. Negatywne efekty prohibicji to przede wszystkim wypaczenie roli alkoholu w amerykańskim stylu życia, wzrost spożycia alkoholu, promocja ogólnego braku szacunku do stanowionego prawa i powszechnego jego łamania, wzrost siły i liczby zorganizowanych grup przestępczych. Gangster i nielegalny bar stały się popularnymi instytucjami. To prohibicja spowodowała powstanie i rozkwit mafii, która za część nielegalnie uzyskanych pieniędzy "kupowała" sobie nietykalność przez korumpowanie każdego szczebla władzy oraz aparatu ścigania. W grudniu 1933 roku po analizie doświadczeń Kongres Stanów Zjednoczonych ratyfikował 21 Poprawkę do Konstytucji odwołującą prohibicję. W początku lat osiemdziesiątych będąc w USA rozmawiałem z ludźmi, którzy rozpoczynali swoją "alkoholową karierę" w czasach prohibicji. Wspominali oni ten okres z rozrzewnieniem - już nigdy potem nie piło się tak dużo, ani tak przyjemnie.

W 1932 roku komisarzem Biura do Spraw Narkotyków w Stanach Zjednoczonych został Henry J. Anslinger. On to rozpoczął walkę z marihuaną. Wywołał olbrzymią kampanię we wszystkich środkach masowego przekazu finansowaną przez Biuro, opartą na wywołaniu psychozy strachu przed tą substancją. Publikowane opisy następstw palenia marihuany przypominały sceny dantejskie. Ta zbiorowa psychoza była niemal identyczna do wywołanej przez słuchowisko radiowe G. Orwella o lądowaniu Marsjan. Co ciekawe, nic się takiego nie wydarzyło, co mogłoby tą kampanię zainicjować. Palenie marihuany było w społeczeństwie amerykańskim obecne niemal od samego początku kolonizacji tego kontynentu. Tej aktywności oddawał się niewielki procent społeczeństwa. Co więc stało za poczynaniami Anslingera - do końca nie wiadomo. Przypuszcza się, że mogła to być chęć szybkiego zdobycia popularności w celu zrobienia kariery politycznej przez spektakularną akcję. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że cierpiał on na zaburzenia osobowości lub chorobę psychiczną. Na pewno nie wynikało to z jego troski o zagrożenie społeczeństwa amerykańskiego. Wtedy takie zagrożenie nie istniało, a przynajmniej nie było wcale większe niż dotychczas. W końcu 1937 roku Kongres Stanów Zjednoczonych zdelegalizował marihuanę i zagroził długoletnimi wyrokami więzienia jej używanie i dystrybucję. Dziś marihuana choć nadal nielegalna, jest w USA łatwo dostępna. Można ją nabyć o każdej porze dnia i nocy, trzeba tylko wiedzieć gdzie.

Volsteada i Anslingera już prawie nikt dziś nie pamięta.

A przecież konopie były znane niemal od początków cywilizacji. Rosną one dziko w wielu regionach - rosną też między innymi na Jamajce, gdzie są popularnym chwastem. Jest ich tam tak dużo, że nie da się ich zniszczyć bez zniszczenia niemal całej roślinności tej wyspy. Na Jamajce, kto ma ochotę na marihuanę, może palić do woli. Ocenia się, że około 90% mieszkańców pali marihuanę stale i nic szczególnego się nie dzieje.

W Stanach Zjednoczonych jeszcze przed uzyskaniem niepodległości uprawiano konopie nie tylko do wyrobu lin, worków, grubych tkanin (brezent np. na żagle), ale także w dużych ilościach do wyrobu papieru. Jeden hektar konopi znacznie przewyższa wydajnością jeden hektar lasu w produkcji papieru. Konstytucja Stanów Zjednoczonych napisana została na papierze z konopi (hemp paper). Wielu znanych i wpływowych Amerykanów było plantatorami konopi. Z zachowanych zapisków wiadomo, że George Washington osobiście doglądał przerywania męskich kwiatostanów konopi w swoich plantacjach. Zabieg ten prowadzi do znacznego wzrostu żywicy w kwiatostanach żeńskich. Po co więc to robił?

Z czasem z powodu wprowadzenia upraw bawełny i udoskonalenia technologii wyrobu papieru z drewna (przy tanim jego pozyskiwaniu) rola upraw konopi zmalała. Palenie marihuany było nadal dość powszechną praktyką zastępującą picie alkoholu wśród biedniejszych Amerykanów, których nie było na alkohol stać.

Historia kokainy jest podobna. Po zakazie produkcji, handlu i posiadania kokainy cała Kolumbia i duża część Ameryki Południowej i Środkowej wpadła w ręce szefów gangów kokainowych, którzy są tam praktycznie bezkarni i wszechwładni. Ich bezwzględność jest dobrze znana wszystkim.

Sam pamiętam uprawy konopi i maku w Polsce. Choć było tych upraw dość dużo, nie słyszałem, aby ktoś używał zawartych w tych roślinach substancji w celu odurzania się.

W 1970 roku uzyskałem dyplom lekarza i mogłem przepisać komukolwiek każdy lek, także morfinę i inne substancje psychoaktywne na zwykłych receptach. Nie istniała wtedy reglamentacja niektórych leków. Nie pamiętam ani jednego przypadku, aby ktoś domagał się ode mnie przepisania mu leków psychoaktywnych. Wtedy po prostu nie było problemu nadużywania tych substancji. Jeśli nawet ktoś ich nadużywał, to były to naprawdę sporadyczne przypadki i wszyscy te osoby znali. Alkohol był niemal wyłącznie jedyną powszechnie nadużywaną substancją psychoaktywną. Nie było w tamtych czasach ani problemu narkotyków, ani problemu przestępczości zorganizowanej na taką skalę jak dziś. Nawet, jeśli te zjawiska istniały, były one sporadyczne.

Co się od tamtego czasu zmieniło i dlaczego? Wprowadzono regulację prawną wszystkich (z wyjątkiem alkoholu) substancji psychoaktywnych. Tak samo jak w przypadku alkoholu w czasach amerykańskiej prohibicji otwarto "czarny rynek", który zaspokaja popyt tak samo dobrze jak każdy inny rynek. Niestety, "czarny rynek" rządzi się swoimi, bezwzględnymi prawami i nie podlega kontroli z zewnątrz. Dla szybkiego i dużego zarobku podejmowane jest każde ryzyko i stosowane są nawet najbardziej brutalne metody nie tylko dla zapewnienia zbytu, ale też do eliminowania konkurencji. Skutki takich poczynań są powszechnie znane i nie trzeba ich tu nikomu przypominać.

Niczego nie nauczyliśmy się z doświadczeń amerykańskiej prohibicji. Stąd motto: "Kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie". Oprócz prohibicji substancji psychoaktywnych musi być inne rozwiązanie. W chwili obecnej powrót do czasów sprzed ingerencji prawa nie jest już możliwy. Gdyby nawet udało się uzyskać stan zbliżony do wyjściowego - musi upłynąć conajmniej kilkanaście lat. Presja społeczna natomiast wymaga całkowitego rozwiązania problemu i to natychmiast, a najlepiej na wczoraj. Z doświadczeń amerykańskiej prohibicji wynika, że uzyskanie szybkich i dobrych efektów drogą wprowadzania restrykcyjnego prawa nie jest możliwe. Pozostaje ono w granicach myślenia życzeniowego. Ponoszone straty znacznie przewyższają wątpliwe zyski.

Jedno jest pewne: istnieje ścisły związek czasowy i przyczynowo-skutkowy pomiędzy wprowadzaniem zakazu posiadania i używania substancji psychoaktywnych a powstawaniem i umacnianiem się zorganizowanych grup przestępczych, dla których podstawą działania jest dystrybucja tych substancji. Istnieje również silny związek między wprowadzaniem zakazu używania tychże substancji a ich rzeczywistym używaniem. Niestety, jest to związek zupełnie inny niż zakładany. Liczenie zaś na to, że te same metody w końcu przyniosą inne rezultaty niż zwykle, nie jest niczym uzasadnione. Przez wiele lat metody te są doskonalone, pracownicy organów ścigania są na coraz wyższym poziomie profesjonalnym, istnieje szybka wymiana doświadczeń z innymi krajami - a jest coraz gorzej. Co dziwniejsze, nikt jakoś tego nie dostrzega. Czy opłaca się łudzenie opinii publicznej i samych siebie niezwykle drogimi działaniami, o których wiadomo, że nie prowadzą do niczego dobrego?

Moim jest celem przypomnienie tutaj zdarzeń i ich konsekwencji po to, aby można było wyciągnąć wnioski z historii i zacząć w końcu szukać skutecznych rozwiązań. Stare polskie przysłowie mówi: "Dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane". Same dobre intencje naszych prawodawców nie wystarczą do stanowienia prawa w Polsce. W tym przypadku - bardziej niż w każdym innym - przed podjęciem działań trzeba dokładnie rozważyć absolutnie wszystko. Stać nas na wypracowanie własnej, unikalnej polskiej drogi bez oglądania się na innych i uporczywego trzymania się starych, bezużytecznych i szkodliwych obcych wzorców. W końcu nieraz pokazywaliśmy innym, że potrafimy.

O prawdziwym znaczeniu prohibicji


Chcę tu podzielić się swoim spojrzeniem na “problem narkotykowy”, taki, jaki mamy obecnie i szukać alternatywy dla prohibicji. Zacząłem się zastanawiać na zimno i bez emocji nad przyczynami problemu Idąc dalej, poszukałem logicznych rozwiązań.

Wszystko zaczyna się od braku akceptacji faktu, że ludzie niemal od samego początku ludzkości używają różnych substancji psychoaktywnych i będą ich używać. Drugie, to brak akceptacji faktu, że używanie tych substancji (z alkoholem włącznie) jest osobistym wyborem osoby używającej. Trzecie – prohibicja to nie kontrola, lecz w rzeczywistości - wyzbycie się kontroli.

Co więc należy zrobić?

  1. Uznać i zaakceptować fakt, że ludzie używają substancji psychoaktywnych.
  2. Uznać i zaakceptować fakt, że to zjawisko jest zachowaniem i nie podlega żadnej kontroli z zewnątrz.
  3. Uznać i zaakceptować fakt, że wyzbycie się kontroli państwa nad dostępnością tych środków (prohibicja) oddaje tą kontrolę w ręce osób niepowołanych.
  4. Uznać co jest oczywiste, że zmiana zachowań jest dokonywana na zlecenie zainteresowanego pod nadzorem profesjonalisty (psychoterapeuty) a nie na zlecenie opinii publicznej pod nadzorem prawa.

Wniosek: wszystkie substancje psychoaktywne w czystej formie powinny pozostawać pod kontrolą państwa, a nie mafii. Powinny one być legalne i dostępne w aptekach z przepisu lekarza dla tych, którzy ich używają i zdecydowały się używać, a nie leczyć. Marihuana powinna być dostępna bez ograniczeń, na takich zasadach jak tytoń.

Nie zmniejszy się od razu liczba osób używających psychoaktywnych substancji chemicznych. Zmniejszy się natomiast liczba nowych zakażeń wirusem HIV i żółtaczki zakaźnej oraz innych powikłań pokątnie produkowanych i sprzedawanych środków. Należy oczekiwać, że w końcu spadnie też liczba osób, które po raz pierwszy wejdą w kontakt z tymi substancjami. Należy też oczekiwać, że część osób nadużywających psychoaktywnych substancji chemicznych trafi do terapii, tak jak to się dzieje w wypadku nadużywania alkoholu. W końcu alkohol to też substancja psychoaktywna, którą można nabyć legalnie.

Co się uzyska? Przestanie się sztucznie produkować przestępców z populacji ludzi chorych (uzależnionych). Prawdziwi przestępcy będą zmuszeni zająć się innym zajęciem, niż produkcja i dystrybucja do tej pory nielegalnych substancji psychoaktywnych.

Dla tych co myślą, że moje poglądy są zbyt radykalne – Szwajcaria już tak postąpiła z heroiną a Holandia ma niemal legalną marihuanę. Jamajka – tam prawie wszyscy “trawę” palą, bo jest za darmo i wszędzie. U nas już powstają “kliniki metadonowe”, popularne na Zachodzie.



    Autor jest lekarzem medycyny; kierownikiem Wojewódzkiej Przychodni Terapii Uzależnienia Od Alkoholu i Współuzależnienia w Tarnobrzegu.



Sonda

Czy jesteś za legalizacją handlu narkotykami?





Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu